Przemoc: zabawa w chowanego

Przemoc: zabawa w chowanego


Camouflage by Axel Chang

Jason Katz w książce “Paradoks macho” opisuje eksperyment, w którym dwie obecne na sali grupy: mężczyzn i kobiet, mają wypisać na tablicy wszystkie sposoby, jakich używają, aby uchronić się przed przemocą.


W tym niedługim eksperymencie mężczyźni nie wiedzą, co wpisać, śmieją się. Na tablicy pojawiają się dwa wpisy.

Następnie podnoszą się kobiety i błyskawicznie zapełniają tablicę niezliczonymi sposobami, na jakie każdego dnia starają się uchronić przed przemocą.

Lista jest bardzo długa i pomysłowa. 

Drobiazgowo przemyślana.
Bardzo dobrze ją znamy, potrafimy ją dowolnie poszerzyć. 

Unikanie niebezpiecznych miejsc.
Noszenie przedmiotów do samoobrony.
Skromne zachowanie, skromny strój, niewyzywający makijaż.
Trzymanie nóg razem. 
Zabezpieczenia dodatkowe. 
Wisiorki z lusterkiem odbijające twarz natarczywie przyglądających się mężczyzn.
Rajstopy mocno kryjące.
Nieubieranie obcisłych ubrań.
Brzydnięcie. Nieepatowanie urodą. Kameleonizm, wtapianie się w otoczenie.
Brak makijażu.
Groźny wyraz twarzy. 
Unikanie pustych ulic, chodników, parków, zarośli. Niewychodzenie w nocy. 
Unikanie obcych. 
Unikanie grup. 
Unikanie pijanych. 
Unikanie nieznajomych trzeźwych. 
Niepicie alkoholu. 
Pilnowanie drinków. 
Noszenie bielizny sportowej, mocno przyciskającej biust do ciała. 
Niezakładanie wysokich obcasów, ponieważ są wyzywające, a dodatkowo trudno się w nich obronić i jeszcze trudniej uciekać. 
Niepatrzenie pijanym w oczy, nieprowokowanie potencjalnego sprawcy. 
Nieustanna analiza sytuacji, kontrola okolicy. Sprawdzanie wzrokiem mijanych bram, podcieni.

Niekończąca się weryfikacja, którego z przedmiotów noszonych przy sobie można użyć do obrony.
Kluczyki do samochodu przy przejściu przez parking.
Parasolka.
Torebka.
Buty.

Ciosy. W co, jak mocne.
Kalkulacja – bić czy uciekać.
Ocena – bronić się podczas napadu czy ulec, aby nie ryzykować większej brutalności.

I jeszcze coś: mała dziewczynko, nie chcielibyśmy cię smucić, ale jest coś, o czym powinnaś wiedzieć.
Ty też uważaj.
Zacznij już powolutku uważać.
Z roku na rok powiemy ci więcej, nie chcemy za szybko cię wystraszyć.

Tymczasem nie podchodź.
Nie ufaj.
Na plac zabaw spodnie, nie spódniczka.
Nie kupimy ci tej bluzeczki, jest zbyt wyzywająca.

Kogo wyzywają te bluzeczki?
Co za sprytna metonimia.
Bluzeczka na ramiączkach nie jest ZAMÓWIENIEM PRZEMOCY PRZEZ DZIEWCZYNKĘ.
UBRANIE NIE JEST ZAMÓWIENIEM PRZEMOCY PRZEZ KOBIETĘ.

Edukacja do życia w przemocy.
Co za mordercza, wieloletnia praca. Egzaminy codziennie.
Lista sposobów na przetrwanie bezradnie ściskana w ręce.

Dziedziczymy tę listę w linii żeńskiej.
Proszę, dla ciebie, koleżanko. I dla córki. I wnuczki.
Żeby się pilnowała.

Zdumiewający brak polityki równościowej w dziedzinie przemocy, hrabio narodzie.
Nie chodzi wyłącznie o dzielenie się odkurzaniem i gotowaniem.
Bezwzględnie trzeba podzielić się tą odpowiedzialnością za ochronę przed przemocą.
Od początku.

Ucząc małych chłopców, napominając codziennie, zwracając uwagę, przekazując obowiązki.
Każdy mały chłopiec powinien zostać wyposażony w listę poleceń i zakazów mających na celu ochronę przed przemocą. Ochrony nie tylko siebie, ale też innych. Listę rzeczy, na które nie wolno mu się zgodzić. Przeciwko którym ma wystąpić.

I tak, mam taką osłupiająco prostą refleksję:
Nikt tego nie uczy.
Chłopców nie uczy się nieprzemocowego zachowania.

W wolnych chwilach ojcowie wyśmiewają się z ich matek.
Mówią im, że brzydko wyglądają.
Można je właściwie uderzyć.
Są głupie i nic nie warte.

Świat gwiżdże, kiedy obok przechodzi kobieta.
Kładzie jej rękę na tyłku.
Gapi się w jej biust.
Seryjne “nic wielkiego”.

Dopóki nie musisz puścić córki samej, tą samą ulicą.
Będziesz na nią bardzo zły, kiedy nie uda jej się uchronić.

Tam, dokąd idzie dziewczynka, a potem kobieta, jest bardzo ciemno.
I nikt nie ma pewności, czy stamtąd wróci.
Dla pewności wydłuża jej się listę sposobów na przetrwanie.

Lista jest naprawdę bardzo szczegółowa.

Komenda Powiatowa Policji w Lubinie, jak podają wytrwali tropiciele z Mocy przemocy, doradza w “Policyjnym Poradniku dla kobiet”:

Wygląd zewnętrzny

  • często, wygląd zewnętrzny stanowi jedną z głównych przyczyn zaczepek ze strony mężczyzn,
  • krótkie spódnice i wydekoltowane bluzki zostaw na spotkania w gronie ludzi, których znasz i z którymi czujesz się bezpiecznie, 
  • mocny makijaż, mini spódniczka i buty na wysokim obcasie nie są najodpowiedniejszym strojem na przejście przez park w nocy, 
  • pamiętaj, że Twój prowokujący wygląd wielu mężczyzn potraktuje jako zaproszenie do krótkiej i owocnej znajomości.

    Zachowanie
  • nawet w gronie dobrych znajomych kontroluj granice wzajemnych kontaktów damsko-męskich, 
  • jeśli spożywasz alkohol na spotkaniach towarzyskich, zakończ jego spożycie na etapie, kiedy wszystko wokół widzisz i postrzegasz wyraźnie. Istnieje takie chamskie przysłowie „baba pijana to cnota sprzedana”, 
  • gdy czujesz się skrępowana nowym otoczeniem nie dodawaj sobie odwagi alkoholem. 
  • uważnie przyglądaj się nowym znajomościom – zwłaszcza z mężczyznami, 
  • nie prowokuj mężczyzn zbyt zalotnym zachowaniem. 
  • To zaledwie wycinek, polecam uważną lekturę całości.
    Przypomnijmy sobie eksperyment Katza: warto w nim zastosować technikę kłębka odwijanego wstecz, dojrzeć narodziny obu list, obu tablic, obu spisów, obu technik egzystencjalnych.

    Dociera wtedy z całą mocą to wygwizdowo wychowania do życia w przemocy, ten wilczy dół, pustkowie, nieobecny adres: brak policyjnych poradników dla mężczyzn. Brak poradników dla chłopców. 

    Mężczyzn nie uczy się i nie napomina nieustannie, nie wychowuje się do niegwałcenia, niebicia i nieponiżania. Są – jako dzieci, jako nastolatkowie, jako dorośli – poza tym uporczywym systemem zakazów. Obejmuje ich po męsku kodeks karny. Już po. Ale nie żadna banalna przezorność, odpowiedzialność społeczna. Żadne napominanie drugiego, żeby nie robił. Żadne: zero zgody na przemoc. 

    Skąd to przeoczenie?

    Mężczyźni od kobiet różnią się tylko jednym drobiazgiem.
    Nie są obciążeni obowiązkiem skromności. 


    Skromność – bo czy to nie ona powoduje, że kobiety, a nie mężczyźni, odpowiadają za zapobieganie przemocy?

    Skromność jest oczekiwaną strategią bycia i przymusową strategią języka, w jakim wypowiadana jest kobiecość. 

    Pewne zachowania i pewne części ciała należy ukrywać. 
    Najlepiej – całą kobietę.
    Nie nosić jej przy sobie. 
    Tak jest dużo bezpieczniej.

    Biologia kobiety, całość kobiety została nacechowana kulturowo.

    Kobiety są tymi, które zostały obciążone odpowiedzialnością za jej schowanie, nienoszenie kobiecości. 

    Noszenie kobiecości grozi przyjściem po nią. Nierespektowaniem kobiecego “nie”.

    Język kobiet jest językiem nieobecności, ukrywania się. Dziedziczy przemoc, jak wiedzę o dojrzewaniu ciała. Dojrzewanie ciała powiązane jest z dowiadywaniem się dziewczynki o narażeniu ciała na przemoc.


    Musisz się schować, kochanie. 
    Dłuższe i szersze ubranie. 
    Mniejszy dekolt.
    Ochrona.
    Kamuflaż.

    Jeśli będziesz miała szczęście, to cię NIE ZAUWAŻĄ.

    Kodeks przemocy zakłada, że to kobiety powinny uciekać. Plemię wyznaczyło im rolę antylop, zwierząt uciekających przed drapieżnikami.

    Właśnie ta część wychowania jest zepsuta i powinna ulec zrównoważeniu.
    Doskonale wyjaśnia to poznańska pedagożka i socjolożka dr Iwona Chmura-Rutkowska w rozmowie o przemocy w gimnazjach i o reakcjach społecznych. 

    Nie wolno pozwalać na wychowywanie chłopców do bezkarnego naśladowania przemocy.
    Należy zatamować ten model wychowania u powielających go rodziców i nauczycieli.

    Nie wolno tolerować braku reakcji na przemoc.
    Nie umetafizyczniać przemocy. 
    Nie pozwalać ofiarom zniknąć z relacji o zasmuconych sprawcach.
    Nie usprawiedliwiać.

    Mam kurwa dość usprawiedliwiania przemocy.
    Przepuszczania jej z miernym do następnej klasy.
    Przemoc to przemoc.
    Nie interesuje mnie, ile ta przemoc ma lat.

    Żądam wysłania wszystkich jednakowo na ten sam lektorat.
    Z mówienia “nie”. I rozumienia, że “nie” znaczy “nie”.

    Chciałabym, żeby ktoś nam pomógł nie chować ciała. 
    Chciałabym je spokojnie ponosić, zanim ono umrze. 

    Chciałabym, aby moje córki nie bały się brać ciała ze sobą. 

    A jak Wy bronicie się przed przemocą?
    Czy kiedykolwiek musiałyście się bronić?
    Czy zachowujecie ostrożność w jakichś sytuacjach? W jakich?
    Czy uczycie córki, żeby były ostrożne?

    Co naprawdę można zrobić, aby podzielić się odpowiedzialnością za przemoc?


    ——
    aktualizacja 20 maja 2015, 10:20: 

    Agnieszka z Mocy Przemocy przysłała link do zdjęć wprost ilustrujących listę sposobów ochrony przed przemocą – koniecznie obejrzyjcie Guarded by Taylor Yocom


    Guarded by Taylor Yocom



    Porzucenie siebie jako narodziny przemocy

    Porzucenie siebie jako narodziny przemocy

    The Servant by Luc Tuymans

    Co u Was?

    Ja pracuję na umór.
    A w wolnych nanosekundach tropię.
    Idę po śladach.
    Różdżkarka kultury przemocy wobec kobiet.

    Początkiem przemocy wobec kobiet (tak, z całą surowością ustawiam tę dyskusję na moich warunkach, jestem ofiarą przemocy, życzę sobie ustawiać dyskusję właśnie w ten sposób) jest coś INNEGO, co ukrywa się pod niewinną, wręcz chlubną nazwą.

    Świetnie znamy tę nazwę.
    Cały naród od kilkuset lat pisze z niej egzamin dojrzałości. Ta nazwa obejmuje honorowy patronat nad każdą relacją międzyludzką. Jest najwyższym dobrem, półautomatyczną aspiracją emocjonalną, zawiązkiem rodzin i formularzem rozliczeń z poprawnie przeżytego życia.

    Nie, nie chodzi o szczęście, jakkolwiek w jego papierek jest to chętnie owijane i sprzedawane kolejnym pokoleniom.

    W papierku ze szczęścia, odkąd konik uciekł, leży nasze dobro narodowe, brązowa draska na bieliźnie miłości romantycznej:

    Poświęcenie.

    Nasze drożdże instant – nomen omen – więzi.

    Nienaturalnie pociąga mnie ten zaczyn, początek.
    Jak toto ładnie rośnie. Szybko.

    Imponująco sprawna sztafeta.

    Pokażcie ręce.
    Wam też już przekazano pałeczkę? Jak czujecie?

    Bo mnie

    tak.

    O, tak.

    Cała bym się.
    Całą siebie.
    Że dla siebie nic.

    Niegroźne przecież.
    Wystarczy tylko odrobinę zmienić sposób myślenia.
    Skalibrować transfer własnego życia do żyć cudzych.
    I po prostu zmęczyć się do końca.
    Oddać wszystko. Żeby nie mieć siebie, wówczas poświęcenie jest pełne.
    Liczy się.
    Sakralizacja oddania wszystkiego przysługuje z urzędu i pomaga w ogólnej samorealizacji.
    Poświęcenie jest kompetencją wysokiego rzędu, cementuje rodzinę, pokolenie, naród i wallenrod.

    Nienaturalnie mocno interesują mnie fale poświęcenia uderzające gniewnie o brzeg zastanej przeze mnie kobiecości. Jestem tam. Biję o brzeg, ręka, sygnał, że chcę przestać.

    Tutejsze poświęcenie to silna żarówka ogrzewająca wtulone w siebie wyleniałe kurczęta kobiet.

    Światło demokratycznie dobiega z domów jednorodzinnych i bloków, znad kuchennych blatów i wspólnych kont bankowych, z wymuskanej struktury rodziny. Poświęcenie chronione jest właśnie w bursztynie rodziny, doskonałym, niezawodnym mechanizmie reduplikacji materiału memetycznego.

    Dlaczego uważam, że poświęcenie siebie jest początkiem przemocy?

    To bardzo proste: poświęcenie siebie logicznie wyklucza wspólnotę osób równych sobie w potrzebach, obowiązkach i prawach.
    Hierarchizuje.
    Ustanawia zależności.
    Uszkadza równość.
    Przechyla.

    W rodzinie zbudowanej na poświęceniu siebie dla innych zaczyna się nierówność każdego wobec każdego i uruchamia się patologiczny mechanizm: miłość jako system wymuszeń. W naszej zielonej, obsianej dzięcieliną części Europy, nierówna jest na samym początku matka polka i przychówek matki polki. Nierówny i wyzyskiwany po ostatni, odłożony specjalnie kotlet pożywnie schabowy jest też ciężko tyrający w kopalni codzienności ojciec.

    I nie idzie tu o to, co następuje krok później, o relację windującą dziecko ponad wspólnotę, przyznającą dziecku prawa do pobierania niezrozumiałego dlań haraczu od rodziców, którzy dla dziecka muszą wszystko, podczas gdy ono dla nich jedynie czasami może, chyba że akurat nie będzie chciało. Nie zdążę nawet wspomnieć o tym, jak pozorowana wspólnota wyklucza z siebie dziecko, nie pozwalając mu nic dla siebie zrobić. Niczego od dziecka nie chce, niech się ładnie bawi, nic więcej nie umie. (W Peru już trzyletnie dziecko pracuje dla dobra wszystkich. W Brazylii dziecko pyta, jak się czujesz i co może dla Ciebie zrobić. Ale dobrze, klocki zostały rzucone.)

    Idzie tu o nas, dorosłych.
    Tak, tych zmęczonych, z zagryzionymi ustami, tych, którzy nic dla siebie.
    Z niepojętego powodu zaczynamy używać rodziny jako struktury do całkowitej utraty siebie, w głębokim przeświadczeniu, że tak właśnie realizuje się dobrą, głęboką miłość.

    Nie ma tu śladu Jaspera Juula, badanie nie wykazuje obecności rodziny jako dobrze koegzystującej wspólnoty.
 Jest wyłącznie juulinek, rodzinny cyrk, tresura we wstrzemięźliwym odczuwaniu potrzeb własnych  i przymusowe skoki przez płonącą obręcz dnia, nagradzane rybą z ławicy “tak trzeba”.

    Struktura wyrzeczeń, na jakiej zbudowane jest delikatne ciało rodziny, podatna jest z natury na wszelkie tektoniczne ruchy zażaleń i rozgoryczeń. W modelu poświęcenia siebie rodzina stworzona jest jako “dobry ucisk”. Pas wyszczuplający na własne oczekiwania względem świata. W dobrym ucisku każdy traci kosztem drugiego. Poświęca się drugiemu. Nie żyje własnego życia, żyje cudze.

    Ofiara nagradzana orderem muss seinem.

    Rodzina.
    Tu się znika.
    Tu się nie ma czasu być.
    Nie istnieje się dla własnego dobra.
    Wykonuje się szereg gestów zrzeczenia się przywilejów jednostki na rzecz ciepłego ciała rodziny, które pochłania więcej, aniżeli daje.

    Nikt nie wpadł na to, że rodzinie nie można nieustannie oddawać.
    Rodzina, której nieustannie oddaje się wszystko swoje, choruje.
    Rodzina musi być źródłem, z którego się bierze. W której dla każdego wytwarza się więcej aniżeli mogłoby się stworzyć samemu, i z której dzięki temu wszyscy mogą brać po równo.

    To niepopularna wersja.
    Matki trzymane za spódnicę przez płaczące dzieci nie wychodzą z domu. W relacji poświęcenia się dzieciom cholernie łatwo przepaść. (Dzieci mamy czworo, nie teoretyzuję.)
    W trybie myślenia potrzebami innych cholernie szybko wygasza się umiejętność artykułowania potrzeb własnych.
    Potrzeb nie ma się.
    Nie używa się.
    Nie żyje się.

    Siebie porzuca się.
    Do okna życia.

    Czasem tylko jakby trochę rośnie w gardle żal.
    Do wszystkich.
    Za wszystko.

    O ściany samodzielnie sporządzonej klatki wściekle zaczyna obijać się starannie wyhodowana podległość rodzinna, pełna rosnącej niechęci i karłowaciejącej miłości, która w imię poświęcenia siebie od długiego już czasu robi wszystko dla innych, nie siebie.

    Wszystkim, rozgoryczonym, wówczas telepie się jedna myśl.
    Że im też przecież należy się. Jak psu miska.
    Którą idzie się po raz kolejny oddać, nienawidząc.
    Każdy zły, zżyma się i mści za nieotrzymane.
    Każdy rano wstaje ze swojego ołtarza conocnej ofiary całopalnej i idzie mścić się za wyczerpanie i brak.

    Gryzie.
    Rozżalony na niewdzięczność tych, dla których tak się poświęca.
    Taki zły, wkurzony.
    Skazany.
    Rodzina codziennie zabiera mu życie.
    Jest na nich taki zły.
    Nie chce dawać więcej ponad to, co poświęca, bo przecież poświęca wszystko.
    Nie chce dawać dobrych rzeczy i energii, bo daje już dużo, nie dostając nic w zamian.
    Więc nie pozwoli dłużej się wykorzystywać.
    Gryzie z całych sił.
    Za karę.
    Że go ukradli i nie oddali.
    Jeszcze się zemści.
    Nie, nie chce nic dla siebie, nie potrzebuje.
    Po prostu niewdzięczni są ci, dla których to wszystko.

    A idzie jedynie o to, że nie biorąc, nie można dawać.
    Ale kto by tam wypluwał tę rtęć, która tak ciepło skacze, kiedy zaczyna się

    krzyczeć.

    Techniki hodowli nieletnich

    Techniki hodowli nieletnich

    Building a better baby by Casey Weldon

    Daliście mi do myślenia komentarzami pod poprzednim tekstem.

    Słomiany zapał, przestrzegacie przy mikroprojektach.
    Tu nie do końca się zgodzę.

    W słomianym zapale jest mnóstwo słomek, nitek i wątków, wyciągnę dwie nitki z brzegu, a Wy możecie następne, wedle uznania.

    Najbliżej, najdłużej powierzchniowo czynna jest nitka strachu o dziecko. W tej słomie.

    Dorośli hodują dzieci w nieustannym lęku.
    Lęk jest o to, że dziecko sobie nie poradzi. Nie nauczy się, nie zda, nie znajdzie pracy, nie utrzyma się.

    Że projekt egzystencjalny obleje z hukiem.
    I lipa.
    Pozamiatane.

    Nazywa się to u dorosłych homo sapiens klęska rodzica, pohybel, pantałyk, i nie daje spać po nocach, zwłaszcza przed sprawdzianami.

    Pielęgnacja dziecka zasadza się na żmudnym zapobieganiu domniemanej klęsce i kluczowym przekonaniu, żeby zrobić wszystko, aby dziecko sobie poradziło.

    Powiedziałam: poradziło sobie?
    Przepraszam.
    Chciałam powiedzieć: żeby poradziło sobie najlepiej, bo przecież dopiero wtedy można powiedzieć, że sobie poradziło.

    Zapobieganie klęsce nazywa się bowiem dla uproszczenia pracą nad zwycięstwem.
    To mój znienawidzony model edukacji, w którym, co wielokrotnie już mówiłam, największą nagrodą staje się brak kary, największym zwycięstwem – brak klęski.

    To nie jest uczciwa asercja. To zwykłe dyscyplinowanie wstydem.
    Po prostu rób tak, żeby nie przegrać.
    Nie spadnij.
    Nie przynoś złych ocen.
    Nie pomyl się.
    Buzia czysta.
    Nie bądź dzieckiem najgorszym. Bądź chociaż drugie od końca, ale staraj się nigdy poniżej czwórki.
    Po prostu musisz, trzeba, bo wszyscy tak robią.

    W tak wykreślonych ramach normy społecznej pewne zachowania dziecka z zasady stają się niepokojące.
    W wychowaniu – nie są przez rodzica promowane.
    Źle rokują.
    Pozwala się na nie w okrojonym zakresie.
    Inwestycja w pochopne zmiany, niestałość uczuć trącącą lenistwem, w niezrozumiałą labilność charakteru, mogłyby zaszkodzić na giełdzie dobrze rokujących dzieci.
    Poddaje się je delikatnej korekcie.
    Po prostu postaraj się jeszcze, spróbujmy dwieście razy i wtedy polubisz.

    I żeby sprawa była jasna – dziecko warto wspierać w każdym działaniu, nie w tym rzecz, aby je opuścić, o tym dokładniej na sam koniec wpisu. Nie warto natomiast stosować tych wszystkich podłych wymuszeń na dziecku, wskutek których wykona z miłości do rodzica żmudny Julinek powtórzeń i osiągnie pożądany poziom mistrzowski w dziedzinie dowolnej, kompletnie nielubianej przez siebie.

    Wracając jednak do działań prewencyjnych w obszarze wysokiego zagrożenia słomianym zapałem.
    Eksperymenty i mikroprojekty dziecka przyjmowane są przez dorosłych jako wątek poboczny, margines – nomen omen – błędu.
    Domniemana niestaranność (przykład: rysunki dzieci w wieku 3-7 lat, rysowanie konturów i niechęć do kolorowania reszty) brane są w miarę upływu czasu za lenistwo, zły omen, sprawę wymagającą interwencji.

    Rodzicowi chodzi żyła. Ileż lat może czekać (powinien 7), żeby doprosić się starannego rysunku. Rodzic spodziewa się najgorszego.
    Przewiduje niezaliczone szlaczki po wejściu w edukację zintegrowaną. Grafomotoryczne niechlujstwo. Niedoinwestowanie pilności dziecka, które zaskutkuje utratą punktów, szkół i domniemanych posad.

    W to wstępnie już nerwowe dzieciństwo błyskawicznie interweniuje szkoła, ze swoim bagażem przymusowej wiedzy. Wraz z pojawieniem się przymusowej wiedzy rodzic ostatecznie pęka jak popcorn, beztroska i duma z nabywanych kompetencji kończy się wraz z pierwszym zapomnianym przez dziecko zadaniem domowym, w szkolno-domowym natarciu uruchomiony zostaje nakaz, ocena i kara. Z elementami kozy, jak w poznańskim gimnazjum Da Vinci.

    Co najczęściej słyszy dziecko w czasie edukacji szkolnej?
    – Musisz!

    Czego nie wolno dziecku powiedzieć pod groźbą wejścia na tor kolizyjny z systemem oświaty?
    – Nie chcę.

    To może potrenujmy na sucho tu u mnie:

    – Nie chcę recytować, nie chcę szlaczków, nie chcę zadań domowych, nie chcę sprawdzianów, nie chcę historii, nie chcę matematyki, nie chcę angielskiego, nie chcę odpowiadać na ocenę, nie chcę pisać literek, nie chcę fizyki.

    To słownik stłumiony, blacklista wychowania, formuły wycofane z obiegu.
    Narzędzia dostępne rodzicowi kalibrowane są pod wabienie, aby dziecko jednak zechciało musieć.
    Relacja rodzic – dziecko wytraca naturalne zaufanie i wsparcie dla autonomii dziecka.

    Inwestuje się całą rodzinną energię w złamanie dziecka. Poddanie go rygorowi zarabiania na dobrą ocenę i bezpieczną przyszłość.

    A jeśli nie, to popamięta.

    I wiecie co?
    Mnie się tego wszystkiego już od pewnego czasu nie chce.
    W ogóle.
    Żyjemy inaczej.
    Mikroprojekty są w naszym domu przewidziane podstawą programową.

    Dzieci posłałam do szkoły demokratycznej, bez sprawdzianów i ocen.
    Cała edukacja demokratyczna zasadza się na oddaniu dziecku prawa do decydowania o sobie.
    I nauce napędzanej motywacją wewnętrzną.

    Nie chodzi o nieskończoną serię mikroprojektów w modelu z kwiatka na kwiatek.
    Stawką jest raczej swobodne odrzucanie wątków nieinteresujących dla siebie i konsekwentne, rozwojowe pozostawanie przy czymś, co okazuje się prawdziwą pasją.
    Bez obawy przyjmuję wąskie specjalizacje w zainteresowaniach. Stają się wspaniałym pryzmatem, przez który naturalnie prześwituje całość i który pomaga uczestniczyć w tej ogromnej całości z odwagą i wsparciem w samemu sobie. Pasja pozwala przekraczać niewiedzę, szukać nowych rozwiązań, dowiadywać się, jest nitką Ariadny rzucaną sobie w stronę rozwoju.

    Po 20 latach eksperymentów na ludziach, uczeniu studentów, nauczycieli i dzieci w klubie literackim, oświadczam uprzejmie, że system oświaty nie wie, co okaże się pasją mojego dziecka.
    Oraz nie pozwoli na to, aby była to jedna rzecz, a nie wszystkie z planu lekcji.
    Sprawdziany, kartkówki i wysoki poziom ministerstwo winszuje sobie z każdego przedmiotu, albowiem jest lekcyjny i należy go wchłonąć.

    A ja nie chcę więcej hodować wystraszonych, posłusznych pakowaczy wiadomości do głowy.
    Ja już byłam prymuską w takim systemie.
    Leczenie z prymuski trwa.
    Prymuski rozkładają się równie długo jak torebki foliowe.
    Jestem najedzona zakazów do końca życia.
    Do dzisiaj nie wierzę, że podoba się komuś to, co napiszę.
    Może przez chwilę, kiedy wystawia mi się piątkę.
    Trwa to krótko.
    Z pewnością nie wystarcza na wysokie poczucie własnej wartości przez kilka lat dowolnej pracy.
    A przecież trzeba iść, niepewnie żyć dalej poza swoim czerwonym paskiem na świadectwie, w świecie, który wymaga bycia sobą, premiuje samorealizację i kreatywność.

    Wmontowane w głowę posłuszeństwo ugina nogi w kolanach. Kim być, kiedy wyplują z systemu z dyplomem i całą surowością rozkażą następnie być sobą, ale nie pomogą stwierdzić, którym sobą, bo tej opcji nie ma w systemie?

    Jak dorosły człowiek ma zasypać rów mariański pomiędzy rubrykami “zawód wyuczony” a “zainteresowania”???

    Szkoła demokratyczna z zasady nie wykopuje tego rowu mariańskiego, hiatus, rozziew między sobą a akceptowaną społecznie wersją siebie nie powstaje.

    Warto przeczytać, jakie są różnice między szkołą tradycyjną a demokratyczną.

    Czy dzieci tracą na takim demokratycznym podejściu?
    Nigdy.

    Tracą w modelu pruskim.
    Tracą mnóstwo siebie.

    Model pruski wymusza posłuszeństwo w miejsce samodzielności.
    I rzecz tak znaturalizowana, a przecież nieobojętna dla późniejszego oglądu świata: tradycyjny program nauczania wymusza dyspersję, rozszczepienie doświadczanych zjawisk na osobne przedmioty. Doświadczenie egzystencjalne musi podwinąć ogon i rozpleść się na matematykę, biologię, fizykę i historię.

    W szkole demokratycznej, podejmującej ryzyko swobodnych skoków rozwojowych dokonywanych przez dziecko przez pryzmat własnych zainteresowań, dzieci odzyskują spójny obraz rzeczywistości, do którego edukacja zaczyna nareszcie powracać, jak w Finlandii, gdzie szkoła rezygnuje z nauczania przedmiotowego na rzecz nauki o zjawiskach właśnie.

    Jeśli edukacja wróci do świata, którego doświadcza dziecko i jeśli zrezygnuje z systemu ocen na rzecz mądrych mentorów, jeżeli odda immanentną odpowiedzialność za rozwój samemu dziecku, nie będzie słomianego zapału, tylko serie eksperymentów w procesie stawania się sobą i nieustannego wybierania spomiędzy. 

    To i tylko to nazwałabym rośnięciem. 
    My tutaj, duzi i przestraszeni, również rośniemy i obyśmy mieli stado, któremu możemy o tym powiedzieć. 

    Oferta edukacyjna zwana światem jest nieprzerwanie ogromna.
    Plan lekcji z życia oparty na nieustannym próbowaniu i testowaniu nie ma okienek i kwartału wakacji. Nie trzeba z wysiłkiem uczyć się jak zaaplikować wiedzę podręcznikową do rzeczywistości.
    Wiedza staje się nierozerwalną częścią świata, warsztatem bycia-w-świecie.

    Na pożegnanie – widokówka z norweskiej hodowli najsmarkatszych.

    Robią tam u nich inaczej niż my tutaj właśnie tę jedną jedyną drobną rzecz.
    Nie wyizolowują na użytek dzieci wiedzy teoretycznej, ilustrowanej pożytecznie fotowyimkiem z cudzego doświadczenia i zeszytami ćwiczeń. Ich dzieci używają wiedzy praktycznej, żeby z jej pomocą spowodować coś w rzeczywistym świecie. Noszą ją tam, gdzie nosiła ją wcześniej cała cywilizacja. W życiu.

    Może dlatego nie muszą potem uczyć się jak ją odzyskać. 
    Żyją spójnie.


    Arctic Outdoor Preschool – Intro from OSISA on Vimeo.

    PS.

    Rok temu na warsztatach dla rodziców, prowadzonych przez kilka miesięcy przez fantastyczną panią psycholog, superwizorkę poznańskiej szkoły demokratycznej, spisałam nieudolnie tabelkę, która mówi, co jako rodzice możemy zrobić dla naszych dzieci najgorszego w danym przedziale wiekowym.


    To szalenie praktyczna tabelka.
    Mnie mnóstwo spraw bezdyskusyjnie poukładała. Pomogła wykonać zwięzły rachunek sumienia z szesnastoletniego stażu rodzicielskiego i powściągnąć chociaż część dziedziczonego przez surowe pokolenia rodziców nawyku niepozwalania dzieciom na bycie sobą. W miękkim flashbacku wspominałam moje własne dzieciństwo i dorastanie, przypasowując do tabelki na tyle, ile się dało, to wychowanie, którego sama zaznałam.

    Punkt dotyczący przedziału 4-7 kompletnie zmienił moje podejście do najmłodszej córki.
    Może i Wam ta krótka lista się przyda. 

    Najgorsze błędy rodziców

    0 – 18 miesięcy – niekonsekwentna, ambiwalentna opieka rodzicielska. Dziecko uczy się wtedy, że coś może.

    1,5 – 3 lata – zachowania opiekuńcze i pozorujące. Dziecko uczy się, jak coś zrobić, żeby uniknąć konsekwencji.

    3 – 4 lata – brak konsekwentnej opieki. 9/ 12/ 16 tygodni bez treningu nawyku – nawyk wypada z indeksu rzeczy do zaopiekowania. Dodatkowo, żeby nieco później, w wieku przedszkolnym, dziecko wiedziało, kim jest, w wieku 3 – 4 lat musi odgrywać różne role. Ważne jest, aby rodzic umiał odzwierciedlać role.

    4 – 7 lat – To największy okres rozwoju kompetencji i ochoty ich okazywania. Najgorszym błędem, jaki może popełnić rodzic w tym okresie, jest brak chwalenia i nadmierny krytycyzm.

    7 – 13 lat – To czas na powrót rodzica. Największym błędem paradoksalnie jest uznanie dziecka za “odchowane” i wycofanie własnej uwagi. Oraz ograniczenie dziecku kontaktów społecznych.

    13 – 19 lat – Etap intymności. Poważnym błędem jest zbyt silna siła dośrodkowa i brak zgody na wyindywidualizowanie. Ważne: żeby nie przelać na dziecko SWOJEGO lęku, trzeba wykazać maksymalną otwartość na inność. Im silniejsza jest siła dośrodkowa, tym silniejszy musi być bunt nastolatka, żeby się wyindywidualizować.


    Mikroprojekty

    Mikroprojekty

    Maja by Katachreza


    Co u Was?
    Ja czekam na wiosnę.
    Najlepiej z dostawą do domu.
    W miarę możliwości w wariancie z kwitnącym sadem wiśniowym.
    Jeżeli macie – poproszę.

    W międzyczasie uczę się od mojej najmłodszej, siedmioletniej córki kapitalnej rzeczy.

    Mikroprojektów.

    Brania udziału na trochę.
    Przymierzania i porzucania kolejnych wersji siebie.
    Maja robi wszystko inaczej niż ja.
    Różnimy się tym, że ja najczęściej – nie robię w ogóle.

    Nie idę.
    Nie próbuję.
    Nie sprawdzam, czy lubię.

    Widzę natychmiast dorosłe deklaracje uczestnictwa, umowy na 24 miesiące z kaucją bezzwrotną, oceny 360, numerowane listy zwycięzców i zwyciężonych, niedostatecznie nabyte umiejętności, klęskę minięcia się z celem, powołaniem i resztą stada, które zgrabniej zgina nóżkę w kolanie.

    Tymczasem 120 cm mojej córki jest skłonnych zaangażować całą posiadaną energię w projekt, który ją właśnie zainteresował. Teraz. Bez rojenia przy tym jakichś obezwładniających snów o potędze, wirtuozerii i innych powodach odgryzania sobie głowy, w rodzaju “ale czy będę w tym odpowiednio dobra, czyli najlepsza”, które to myśli skutecznie blokują mnie, dorosłą, przed ROBIENIEM rzeczy.

    Maja po prostu angażuje energię i ciężką pracę własną na tyle czasu, ile wystarczy, aby sprawdzić, czy to coś lubi i czy stała się w tym wystarczająco dobra, żeby upewnić się, że UMIE SIĘ TEGO NAUCZYĆ.

    A dalej – ścieżki są dwie.

    Jeśli upewniła się, że umie się tej nowej rzeczy nauczyć, ale nie polubiła jej przesadnie – po prostu mówi, że więcej nie chce już tego robić.

    Ale jeśli coś naprawdę polubi – wtedy powtarza to niestrudzenie, od nowa, bez namawiania, setki razy, żeby upewnić się, że UMIE SIĘ TEGO NAUCZYĆ BARDZO DOBRZE, i żeby czuć lawinowo rosnącą radość robienia tego co lubi, wynikającą z robienia tego coraz lepiej w wyniku nieustannej pracy nad robieniem tego lepiej.

    Kiedy znajdzie coś, co lubi ogromnie – wszystko wokół fruwa od drobnych wyładowań energii i zawziętych ćwiczeń.

    Patrzę na Maję przez ostatnich kilka miesięcy.
    I mi wstyd.
    Że ja taka ciągle w miejscu w porównaniu do niej.
    Maja wykonała dziesiątki przymiarek i eksperymentów. Zostały po nich trzaskające pod butami chitynowe pancerzyki porzucanych pomysłów, składające się na mocny grunt pod próbowanie nowego i pracowite ćwiczenia z tego, co okazało się sprawiać wielką przyjemność.

    Przeszliśmy kilka lekcji baletu. Kilka lekcji gitary. Kilka lekcji wspinaczki. Na zdjęciu – świeża zawzięta samodzielna lektura podręcznika do fizyki. W stroju baletowym. Wszystko rozpoczynane jako ogromne marzenie Mai, starannie ćwiczone przez krótki okres czasu, a potem – dyskretne porzucane. Rasowe nawianie z szukaniem, co by tu jeszcze innego.

    W tym samym czasie najukochańszym zajęciem stało się czytanie. Ćwiczone pilnie na coraz wyższym poziomie, z ogromną satysfakcją i zawziętością, z nieporównywalną z niczym dumą z bardzo szybkiego czytania.

    Śpiew – wielbi. Piosenki powtarzane kilkaset razy, przed pulpitem na słowa zrobionym z drewnianego miecza wbitego w pudło z ukulele, z choreografią wymagającą wielu ofiar ze strony wykonawczyni, a zasadzającą się na licznych skokach w długiej balowej sukni, gdyż ulubiony utwór jest melorecytowanym miejscami dialogiem i Maja śpiewa i tańczy za dwie osoby jednocześnie.

    W tle dostaje masę rozmów o radości robienia tego, co się kocha. Na pochwały – fuka niechętnie, ale chętnie rozmawia o ćwiczeniach, trenowaniu, sposobach robienia czegoś, jest bardzo dumna z własnego wysiłku i pracy. Wyłuskujemy z podziwem każdą taką nową, starannie wypracowaną zdobycz Mai i Maja sama też już potrafi w ten sposób siebie oceniać, w skali – dużo ćwiczyłam i świetnie mi wyszło, czytam/ piszę/ śpiewam lepiej niż wcześniej, bo zrobiłam sobie takie fajne ćwiczenie i udało mi się coś nowego. Rzecz kluczowa: to doskonalenie umiejętności działa wyłącznie w tych dziedzinach, które ją szczerze interesują i w których sama bardzo chce pracować, bo sprawia jej to wielką radość i czyni ją szczęśliwą.

    Ja też chciałabym w taki sposób wybierać to, co będę robiła w przyszłości.
    Oczywiście, jak już dorosnę i zdecyduję, kim chcę zostać :-).

    Myślę o tym, jak ważne w nauce są tęsknoty, dążenie do celu przekraczającego detaliczne środki w rodzaju żmudnej nauki literek. Nie wiem, gdzie Maja byłaby w tej chwili, gdyby tłukła przez cały rok literki. Pewnie tłukłaby literkami o ścianę.

    Jeśli chcesz, żebym zbudowała statek – pokaż mi morze. Dokładnie tak uczy się Maja. Alfabet nie stał się celem samym w sobie, był wyłącznie kładką prowadzącą do samodzielnego czytania świetnych książek. Żadnego elementarza po drodze. W zamian – wielka radość czytania i zachłannej ciekawości, co było dalej. Nie da się wzbudzić zachłannej ciekawości elementarzem. Brakuje w nim morza właśnie. Same palta i tablety Toli.

    Kiedy patrzę na wybierane i porzucane przez Maję zainteresowania, uświadamiam sobie, że nawet te nieustanne zmiany hobby są projektem.

    Mikroprojekty są tabliczką mnożenia w nauce zmian. Treningiem czystości od robienia rzeczy, których nie chcemy robić. Testem na obecność radości w robieniu.

    Jako dorośli chcielibyśmy wiązać się z projektem egzystencjalnym na całe życie. Życzymy sobie braku pomyłek, mitygacji ryzyk, dobrych ocen z poprawnie wyuczonej przyszłości. Tymczasem jeśli pomylimy się raz próbując tylko raz, pomylimy się na całe życie.

    Zdrowiej jest spróbować inwestycji krótkoterminowych z błyskawiczną informacją o nas samych w świecie.

    Więc wejdźcie do przymierzalni. Sprawdźcie, czego się o sobie dowiecie podczas mikroprojektu. A potem podczas kilku kolejnych.

    Przymierzcie zmianę.
    I się.
    Aż w końcu znajdziecie to, w czym poczujecie się naprawdę świetnie.

    Ja sobie też trochę poprzymierzam.

    Kiedy spokojnie umrzemy

    Kiedy spokojnie umrzemy

    Crazy Woman – Lara Lisa Bella by Marko Köppe

    Kiedy spokojnie umrzemy, zostanie im po nas pokój. Rozmowa na nasz temat też umrze, bo wszystkich będziemy boleć.

    Pokój będzie nas pełen, zastygnie, nieutulony. Na miejsca, przez które biegliśmy, zejdą lawiny kurzu, z ostatnią drobiną naskórka.

    Zostanie nas dla nich niewiele, tyle co z dziennej wylinki. Może wejdą pod łóżko, tulić wyblakły paragon. Będziemy tam czekać, sukienką. Coś nam tam dla nich upadnie.

    Będą nas zbierać i wołać. Urośnie im las naszych rzeczy i Pompeje w poduszkach policzków.

    Nie będzie nas można wyrzucić. Tak długo, dopóki żywica będzie się lepić do palców.

    Czy skamienieją z rozpaczy, żalu i samotności? Nie wiem, nie chcielibyśmy, bo umrzemy im po nic szczególnie osobistego.

    Ale teraz niech otrzeźwieją, umrzemy im jeszcze nie dzisiaj. I najpierw niech przyjdą przeżyć z nami to wszystko, co wydarzy się wcześniej.