by katachreza | Mar 9, 2015 | kobiety
Dzień Kobiet w podstawówce co roku wyglądał tak samo.
Cała klasa wycinała pomarańczowe i brązowe kwiaty ze skrawków materiału i kulką plasteliny mocowała je na drucikach wbitych w plastelinowy wazonik.
Następnie szliśmy do domu wręczać kwiaty kobietom.
Kobiety cieszyły się bardzo.
Jak co roku.
Dziś pierwszy dzień całego długiego roku pomiędzy jednym, a drugim Dniem Kobiet, pomiędzy jednym a drugim bukietem tulipanów.
Rok Kobiet.
Kim dokładnie jesteście przez ten cały rok?
Kim się przede wszystkim czujecie?
Co dostajecie od siebie?
A co od świata?
Dawno dawno temu, kiedy byłam młodą doktorantką, pewnego razu wygłosiłam ważny dla mnie referat na międzynarodowej konferencji, starannie dźwigając cały stres odpowiedzi na potencjalne pytania i uwagi krytyczne. Byłam merytorycznie dozbrojona, gotowa mówić językami i cała spięta do skoku. Gdyby ktoś wyzwał mnie na pojedynek wiedzowy, podniosłabym rękawicę. Tymczasem – poklaskano bez żadnych komentarzy, a kiedy zeszłam ze sceny, podeszła do mnie ceniona profesorka, rozpromieniona, wręcz przepełniona zachwytem i ściskając moją dłoń, powiedziała: – Jak ty pięknie wyglądałaś w tym szaroniebieskim żakiecie! Świetnie pasuje Ci ten kolor do jasnych włosów!
I poszła.
A jak to wygląda u Was?
Częściej słyszycie, że świetnie coś zrobiłyście, czy że pięknie dzisiaj wyglądacie?
by katachreza | Mar 7, 2015 | dziewczynki, zmiana
Idę szybko przez publiczną bibliotekę kultury. Dział dziecięcy. Konsumpcja.
Okna wystawowe sklepów z zabawkami uczą dzieci podstawowych strategii narracyjnych, są pierwszymi bibliotekami, wypożyczalnią kostiumów na przyszłość.
Obserwuję w sklepowych witrynach pozycje tych lalek. Siedzą na krawędziach plastikowych basenów, w drzwiach plastikowych stadnin i zamków. Trzymają chudą dłonią plastikowe yorki. Są nieruchome, z ograniczonym rekwizytorium. Ich plastikowe wyposażenie aspiruje wyłącznie do zamożnej chudości.
Lalki bez prawdziwych przygód. Lalki do których nie można “wyobrazić sobie”, ponieważ są historią zamkniętą. Skazaną na Kena i chromowaną armaturę w lofcie.
Małe dziewczynki dostają od nas lalki do czytania. Lalki przeprowadzają nasze córki przez dzieciństwo w stronę dorosłości. Uczą bycia rekwizytem, w trybie stand still.
Jak długo można iść za rękę z historią niemożliwą, z kimś biernym i sztucznym? Do czego można używać plastikowego ciałka skrępowanego skąpym bikini? Ile jeszcze wytrzymają dziewczynki z lalkami bez właściwości, skoro nie mogą się w nich przejrzeć, dopóki nie zostaną nimi?
Biernie siedzące na krawędzi plastikowego basenu chude lalki są jak psy Seligmana, które w eksperymencie pozbawiane były poczucia wpływu na sytuację. Dziewczynki długotrwale uczone bezradności idą bezwolnie usiąść w witrynie życia. Zarażają się poczuciem braku sprawstwa. Widowiska kobiecości utrwalają w nich przekonanie o braku związku przyczynowego pomiędzy własnym działaniem, a jego konsekwencjami. Akceptacja w ich odczuciu naturalnie i każdorazowo pochodzi z zewnątrz, poświadczenie ich wartości jako ludzi odbywa się wraz z przekazaniem dyplomu komplementu dla nich jako kobiet.
Kiedy zachowają figurę pomimo urodzenia dziecka.
Kiedy „uda im się” łączyć karierę zawodową z macierzyństwem.
Kiedy zostaną dobrą żoną, matką i kochanką.
Kiedy określi się je jako całkiem dobre w czymś pomimo bycia kobietą.
I kiedy zachowają figurę i atrakcyjny makijaż podczas bycia całkiem dobrymi w czymś mimo bycia kobietą.
Jestem zniecierpliwiona tą inscenizacją.
Chciałabym nie przeznaczać córek do roli lalek.
Czy można mieć lalkę pomagającą wziąć udział w prawdziwym życiu?
Jak w projekcie Tree Change Dolls, w którym artystka Sonia Singh wykonuje na starych lalkach Bratz make-under w miejsce zastygłego przesadnego make-upu.
Spod warstwy cieni do oczu i szminek na ustach złożonych do aktów strzelistych wyglądają prawdziwe twarze zwykłych dziewczyn. Nie muszą dłużej chodzić w bikini i złotych sukienkach, dostają spódniczki midi, wygodne spodnie i bluzeczki w kwiatki, sweterki i zwykłe buty, w których da się biegać po ogrodzie.
Lalki w Tree Change Dolls wchodzą do prawdziwego świata.
Mogą bujać się w huśtawce z opony, spotykać się z innymi prawdziwymi dziewczynami, chodzić po drzewach, bawić się razem w nieporządnie rosnącej trawie. W zwykłych strojach kąpielowych, bez oglądania się, która chudsza i bardziej charcia, siadają na plaży. Mogą się kąpać i śmiać, zamiast ciągle wyglądać.
Lalki Sonii Singh odpoczywają od długotrwałego wyglądania.
Rolą w świecie nie jest już żmudne bycie adorowaną.
Przyszłość przestaje zależeć od ilości centymetrów w talii.
Po tej zmianie w lalkach jest mnóstwo zwyczajnej radości. Zabawa pozwala na pełne zaangażowanie, nie tamuje się w niej udziału w prawdziwym życiu. Można się zanurzyć w świecie. Cieszyć się sobą, taką, jaką się jest, najlepszą z możliwych, decydującą o sobie. Dojść wszędzie tam, dokąd postanowi się pójść.
Co za ulga.
by katachreza | Mar 2, 2015 | kobiety, kultura, piękno, zmiana
Państwo pozwolą.
Piękna Helena.
Cóż za świetnie rozegrany kadr.
Występująca w reklamie BOHOBOCO 81-letnia aktorka Helena Norowicz swoją nieskazitelnie wyprostowaną nogą przerzuca nas w odległą przyszłość. Kiedy dopiero zostaniemy sobą.
Może to najważniejszy zabieg reklamowy ostatnich lat: w miejsce naiwnej konsumpcji teraźniejszości jako przedmiot pożądania pokazać nasz odległy wiek podeszły. Patrząc na piękną Helenę starości, oddychamy z ulgą. Ciąg dalszy istnieje. Nieobecny publicznie schyłek życia otrzymał oficjalne prawo emisji w czasie antenowym.
Społeczeństwo się starzeje, więc oczywiście pojawienie się u nas tego rodzaju reklamy było kwestią czasu, a BOHOBOCO jako marka premium musi trafić do zamożnych kilkudziesięciolatków, których stać na to, aby ją nosić. Dzięki Helenie Norowicz pole znaczeniowe reklamy jest jednak czyste i ładne: bogactwo starości. BOHOBOCO jako marka premium wprowadza starość jako produkt premium.
Wszyscy chcemy zostać tą piękną osiemdziesięciolatką. Helena Norowicz w naszym imieniu swobodnie prostuje nogę w seksownych czarnych spodniach. Wraz z reklamą pojawia się poważna obietnica, nieskładana dotąd w tej szerokości geograficznej: starość przyjdzie na naszych warunkach. Przezroczysta wstawka w materiale odsłania całe dotąd nieobecne pokolenie 70+. Dyskretny trik projektantów pozwala nam podglądać piękne stare ciało; siatkowy wizjer daje szybki wgląd w przyszłość lepszą, aniżeli dotąd nam mówiono.
To nieobojętny kulturowo moment. Wraz z sesją BOHOBOCO, kultura popularna objęła życzliwym zainteresowaniem późną starość. Pracująca w reklamie idealizacja przedmiotu odniesienia kreuje zupełnie nową kobietę dojrzałą. Zawstydza wszystkich, którzy ośmielali się dawać jej co najwyżej leki na reumatyzm. Fundamentalny gest w kraju niewidzialnych starych ludzi, ważne przesunięcie metryk, trudna nagroda za późny wiek emerytalny.
Dzięki wyprostowanej nodze Heleny Norowicz odległość od teraz do bliżej nieokreślonego momentu w czasie, kiedy postanowimy zostać trochę starzy, stała się imponująca. Helena Norowicz dała nam więcej niż wszystkie dodatki socjalne w wolnej Polsce razem wzięte: kilkadziesiąt lat godnego życia więcej.
Poprzez sesję Bohoboco w trudnej figurze starości dodano nieoczywisty wymiar: bycie nieustannie i w pełni obecnym we własnym życiu. Starość, przedstawiana jako ubezwłasnowolnienie, powolne wykrwawianie się w przymusowych wnykach chorób, pułapka powodująca śmierć, zapowiedź końca, w prostych kadrach sesji modowej odzyskuje blichtr i splendor wieku dojrzałego.
Epicki rozmach tego gestu nie przestaje mnie zdumiewać. Helena Norowicz jest w tej sesji gościnnie. Żyje w najlepsze. Jest w trakcie samej siebie. Ubrana do wyjścia, pokazuje: mamy jeszcze tyle do zrobienia. Tyle do przeżycia. Zmarszczki nie są inscenizowane, na ramiona spływają siwozłote włosy, Norowicz nie została przebrana za kogoś, kim nie jest. Reklama zagrała va banque i dała nam marzenie o prawdziwej starości.
Pierwszy raz dzięki reklamie możemy marzyć o samych sobie – starych.
Żyjących z godnością.
Akceptowanych jako ciało.
Dyscyplinujący społecznie obraz.
Poszerzenie decorum.
Być jak Helena Norowicz.
Nie przestawajmy o niej myśleć.
Możemy bić się o nią przez resztę życia.
Będzie wspaniale długa.
Dostaliśmy sporo czasu, żeby zostać sobą.
by katachreza | Feb 13, 2015 | Europa
Wszystko jest kwestią odpowiedniej skali. Ziemia to małe osiedle, blokowisko z zepsutymi windami, skwerek obsikany yorkiem atlantyku.
Myślę, co też w moim wschodnim bloku. Dansing, Ciechocinek, ruchomy chodnik doby, zapalczywe tarło. Oczy przechodniów z uwagą wlepione w czubki brudnych butów, kiedy tuż obok dzieje się nieszczęście. To jest takie stadne, obojętność również schodzi meksykańską falą.
Koczujemy zaledwie jedno pastwisko od wojny. Przebieg tamtejszych wydarzeń nie zakłóca niczego, co u nas wciąż tkliwie nieistotne. Nasza dieta eliminacyjna nie nawiązuje przyjaźni korespondencyjnych z głodem. Jest wysoki sezon, wyprzedaż, lada chwila wiosenna kolekcja, w atelier Europy układamy śniadanie do codziennej sesji. Czy naprawdę niczego nie potrzeba zmieniać? Śpimy? Wiek igliwia, poszycie tłumiące odgłosy wystrzałów, warstwa gazet podłożonych pod nieprzerwany sen o starym świecie?
Jest gorąco. Lekarski obchód ciężkich rocznic głodu sprzed ponad półwiecza, podczas ledwo zarejestrowanych wznowień. Ile trzeba, aby straszne dzisiaj komisyjnie zatwierdzono do zauważenia? Gdy nie wszystkie minie? W czym jeszcze wypada nam nie brać udziału?
Czy nie jesteśmy zwykłą karuzelą obok murów getta? Obozową willą?
O ile to dalej?
by katachreza | Jan 23, 2015 | ja, kobiety
Śmiech jest dobry.
Przeczyszcza drogi oddechowe i rodne.
Wyłącza tryb autopilota.
Wichrzy przylizany tupecik.
Podchodzi bliżej.
Śmieję się i wiążę bukiety z kwiatu lotosu.
Energia okazała się samoodnawialna, odrastam sobie jak ogon jaszczurki.
Mama też odrasta.
Troszkę.
Jak zawiązki liści.
Idzie wiosna. Na gałęziach pęcznieją zgrubienia przepowiadające, świat szykuje się na nadejście słońca.
Powoli wraca światło.
Mamie dodałam do prezentu pod choinkę (tę, którą wykonała spięcie) maskę z drobinkami złota, odmładzającą, nic wielkiego. Mama jest altannik i sroka w jednym, łasa na błysk i lśnienie oraz z dyskretną wyższością okazywaną młodość cery. Pytana przez moje przyjaciółki, jak zachowała taką piękną cerę, wyznała kiedyś, że przez lata pracy w mleczarni aplikowała sobie co rano maseczkę ze świeżej śmietanki, a co wieczór łykała witaminę A+E, bo przecież nie zaszkodzi. I nie zaszkodziło, a cera pozostała piękna, u niespełna osiemdziesięciolatki zdumiewająca z racji niewielkiej ilości zmarszczek. Mój kochany altannik co prawda mocno marudził, że po co komu maseczki w tym wieku, ale wsypał się wczoraj okrutnie w rozmowie telefonicznej o zakupie leków, który w ilości hurtowej właśnie realizowałam dla rodziców w poznańskiej aptece. Oczywiście w poetyce mieści się obowiązkowe wzdychanie nad ilością tabletek, ceną leków i marnością ludzkiej egzystencji, ale zajęło nam to chwileczkę jedynie. Po której mama odkaszlnęła i zapytała mimochodem, czy gdybym nie robiąc sobie kłopotu przypadkiem przechodziła obok jakiejś drogerii, nie mogłabym nabyć dla niej nowej maski ze złotem. Gdyż ta się skończyła. A skóra była po niej wyraźnie gładsza. I zdrowsza, dodała przebiegle. Dużo zdrowsza w wyglądzie.
Tu cię mamy, ptaszyno, uścisnęłam ją w myślach, przydybaną na samej sobie. Dobrze. Oczywiście kupimy maseczkę.
Szłam dziś wieczorem z Mają na lekcję gitary, (karnet na lekcje też spod choinki, szczęście i praca Mai – nie do opisania). Drogeria. – Maju – mówię, – wracając, kupimy babci nową złotą maseczkę do twarzy.
– Tak? – uprzejmie zdziwiła się Maja. – A po co? Przecież babcia wygląda w niej jak morderca.
Upłakana ze śmiechu, już po nabyciu maseczki, i owszem, tym razem w formie tkaniny nasączonej kolagenem i innymi kawałkami zdrowia, zadzwoniłam zameldować mamie, że mamy już naprawdę wszystko, worek lekarstw i maseczkę do twarzy. Jeszcze bardziej wygładzającą skórę. Przekazałam mamie również nieocenzurowaną opinię Mai. Mama śmiała się tak bardzo, że aż się obie popłakałyśmy. Łkając z radości, mama uchyliła rąbka tajemnicy na temat nakładania złowrogo połyskującej złotem maski odmładzającej w niesprzyjających warunkach domowych, po których pałętał się jej słabego zdrowia mąż lat prawie 85. Mama starannie wybierała moment, kiedy tata drzemał w sypialni, ukołysany łagodnie ulubioną litanią z modlitewnika Towarzystwa Dobrej Śmierci, do którego należy, jako jedyny mężczyzna wśród gospodyń wiejskich. Mama zasiadała na sofie w maseczce, cała połyskując złotawą materią, z regulaminowymi otworami na oczy, nos i usta. Czekała, z zegarkiem w ręku. Cichutko. I wtedy znienacka nadciągał tata. Zobaczyć, co u niej. Że tak cicho siedzi. Im bardziej się zasłaniała ręką, nonszalancko, że niby grzywka, a właściwie to najlepiej jej się odpoczywa z twarzą zasłoniętą rękawem, tym bardziej zaglądał jej w oczy. I patrzył. Po czym grzecznie wracał do sypialni. Jakiś stroskany. Po którymś niespodziewanym nalocie taty mama, ze złotą maską na twarzy, zniecierpliwiona i butna, spytała zaczepnie: – No i jak wyglądam, powiedzże wreszcie.
– Ładnie – ostrożnie powiedział tata i wycofał się do sypialni. Odmówić litanię.
Kiedy maska zużyła się już i wyschła, mamie tak bardzo jej brakowało, że nawilżyła ją wodą, żeby nałożyć chociaż jeszcze jeden raz. Ukradkiem przeniosła się na sofę, próbując przytrzymać mokry materiał, który ciągle spadał. Tata obserwował ją znad kuchennego stołu, pijąc kawę, w milczeniu. Mama w końcu poddała się i zdjęła maskę z twarzy. I wtedy tata znienacka powiedział:
– Ale ty nie masz zmarszczek, nic się nie martw.
No i tak to, drodzy Państwo. Dostawa maseczek niebawem.
A ja?
Ja zaczynam z Wami rozmawiać.
Pewnie zajmie mi to parę lat, ale chcę bardzo usiąść z Wami przy jakimś kawałku stołu i pogadać.
Na blog wjeżdża niniejszym nowa strona Rozmowy, na której będę chomikowała linki do rozmów – wywiadów – rzek, strumieni egzystencji z Wami. Tak sobie w nich będziemy iść, skacząc po tematach.
Samo się nie porozmawia przecież.
Do niebawem!
Recent Comments