by katachreza | Apr 8, 2013 | ja, kobiety
Straszliwie potrzebowałam i potrzebuję kobiet. Całej wioski kobiet. Żeby zrozumieć tę część siebie oddzieloną od własnej historii, mniej pojedynczą.
Mieszkam teraz w mieście, w świecie nie-mam-czasu. Jestem element napływowy, jak łzy do oczu, trochę sobie żyję, a trochę się boję, dzień jak co dzień. W rachitycznych ogródkach kamienic przeżywalność kwiatów jest znacznie niższa niż ta, w której ja wyrosłam. Nie poznam historii sąsiadek, bo wymieniamy się tylko zdawkowym nazwiskiem w domofonowym bon tonie.
Nie wiem, jak hodować tu swoje dzieci i jak się tu starzeć. Kiedyś ludzie pomagali sobie opowieścią, dzieląc się nią jak opłatkiem, rany opatrując komentarzem, dziedzicząc, współpłacząc. A teraz każdy wstępnie podejrzany, od pierwszego dzień dobry tania sensacja zwykłych życiorysów, taksonomia metek, twój szczęśliwy numerek to 997. Ja poszłam górą, a oni ciągle prą przed siebie.
Nie, nie ogarniam świata, choć głowę mam tak wielką, że nie chcielibyście kupować na nią czapki – każda mała. Wzorce czerpane z rodziców nie wystarczą, nigdy i nikomu nie mogą wystarczyć. Ja czerpana z rodziców powinnam się już dawno wywinąć podszewką i wziąć całkowitą odpowiedzialność za swoje terytorium. Tymczasem zbyt często patroluję samą siebie z lękowym skurczem serca, kobieta Ikea, skręcona w kostce z gotowych elementów, blada.
Wiem, że moja znieruchomiała historia mnie degeneruje, że potrzebuję więcej historii niż własna, więcej kobiet niż w lustrze, więcej cudzego, bo może właśnie moje. Ta potrzeba, naturalna, mocna i powiązana zwrotnie z potrzebą pisania, dorastała ze mną i trafiała we mnie wielokrotnie, a ze wzmożoną siłą powróciła niedawno, kilka miesięcy temu, i wreszcie wybuchła. Potrzeba wysłuchania kobiet. Poznania innych historii niż własna. Pogłębienia perspektywy, tak aby zrozumieć, co w przeszłości było wzorem i prawidłowością, co naturą, co kulturą, co społecznością, co rodzicem, co pokoleniem, a co patologią.
Zaczęłam pisać, żeby zaczerpnąć z opowieści, żeby przepisać się na czysto, silniejsza. Zaczęłam mówić po latach nieudolnego milczenia.
Wspólne darcie pierza. Czy możecie być moją wioską? Proszę?
by katachreza | Mar 22, 2013 | ja, życie
 |
| Gatto di Franco Matticchio |
Przez ostatnie 24 godziny życie przebiegło mi przed oczami. Po pasach. Ale na czerwonym świetle.
Bieg pod kojcem Kopciuszki uważamy oficjalnie za ukończony.
Właśnie wyszłam z głównego nurtu rzeki, otrzepałam się po psiemu i dyszę z radości.
Gabarytowo jest to zmiana co najmniej na klatę dużego, cieszącego się życiem nowofunlanda. Otrzepanym nowofunlandem zaczynam porywać się na zupełnie inne rzeczy. Na odzyskanie siebie, może być w formie metodycznego wypłukiwania pozostałych drobinek.
Jestem. I zaczynam się śmiać.
by katachreza | Mar 19, 2013 | ja, kolor, Pamięć
 |
| Brasilian bananas by Eliza |
Mais où sont les neiges d’antan? Bo te bieżące w szybko przybywających centymetrach zupełnie mnie nie satysfakcjonują, zwłaszcza, że wewnętrzny kalendarzyk księcia de Petit Berry anonsuje wiosnę.
Chcę tulipanów i przyrody, nie muszą pochodzić z legalnego obrotu. Doraźnie wywołuję w sobie kolor w oku za pomocą dostarczonych przez E. z Brazylii dowodów na istnienie innych niż nasza pór roku. Na widok zaśnieżonych kwiaciarni neurotycznie wspominam osiągniętą w innej epoce biegłość w nocnym wykaszaniu miejskich rabatek z tulipanem w ilości hurtowej. Dla samej przyjemności trzymania naręcza tulipanów oraz z potrzeby wystroju wnętrza burego pokoiku dla młodzieży uczącej się. Co tak sobie niegroźnie i de profundis clamavi projektuję. W moim nadmiernie subordynowanym teraz.
Jedyną dostępną obecnie przyrodę z racji śniegu i paranormalnej ilości dzieci mam zzipowaną w pamięci, głównie w archiwaliach non sunt turpia rodzinnych, więc proszę uprzejmie nie dziwić się zwrotom akcji, bo mi spadają. Gdzie popadnie. I wybaczcie wtrącenia w martwym języku, taka pogoda, ja też jestem kompletnie nieżywa, choć nie chcę.
Czy już wspominałam, że niegdysiejsi jak śnieg sąsiedzi moich rodziców celowali w życiu oszczędnym i samowystarczalnym, a ich obieg zamknięty surowców budził mój niekłamany podziw i zgrozę? Naszym przekleństwem była z niedbałym rozmachem powiększana przez sąsiadów domowa hodowla drobiu do bezpośredniej konsumpcji, jeden z licznych powodów, dla których z ulgą zostałam wegetarianką. Drób był bujny, w najlepszym i zróżnicowanym gatunku. Gęsi, kaczki, kury, perliczki, koguciki w wersji bonsai i duża ilość brzydkiego kaczątka, które nie ładniało przed garnkiem. Drób przemieszczał się pulsacyjnie po podwórku własnym, odmykał furteczkę siłą woli, osmotycznie wlewał się na nasze podwórko i wykonywał bezinteresowną przemianę materii. Do zeszłych wakacji wydawało mi się, że nie ma na świecie gorszego dźwięku aniżeli stadne gęganie z gdakaniem pod oknem, po którego drugiej stronie przez lata tak pracowicie się literaturoznałam. Dopiero rok temu drób został przyćmiony przez lokalną przyrodę nieożywioną, to jest mp3 ze sztucznym sokołem. Ścieżkę dźwiękową z dużym ptakiem czule zainstalowali w swoim sadzie wiśniowym sąsiedzi z drugiej strony podwórka rodziców, aby chronić dojrzewające owoce przed nalotami dywanowymi okolicznych wróbli, co kocham lubię szanuję, tak celnie łupie w środek czaszki. Silny Czechow w wyniku, choć tylko dwie siostry.
Ale wracając do sąsiadów i ich lokalnej odmiany recyklingu, otóż sąsiedzi owi w ciepłe letnie dni, po wstępnej inspekcji zawartości, suszyli na słońcu uzbierane skrzętnie pampersy swojego sympatycznego synka i włączali je do ponownego obiegu w rodzinie. Którą to rodzinę wraz z drobiem serdecznie pozdrawiam.
Co oczywiście miało być zaledwie skromną dygresją w mojej epickiej fali zmęczenia materiałem genetycznym, którego najmłodsza próbka ukończyła dziś w pięknym stylu piąty rok życia.
A czy teraz mogłabym już pobrać jakąś wiosnę z internetu? A może jest u Was?
by katachreza | Mar 16, 2013 | ja, zdrowie, życie
 |
| Nicola Tesla in his Laboratory |
Zsuwam się z ostatnich dni nieprzytomna, spać. Zjeżdżalnia jak zawsze w wygodnym kształcie wstęgi Möbiusa, budzę się ciągle po tej samej stronie. Choruję chyba na przewlekłą fikcję. Bo przecież niemożliwe, żeby coroczne nieszczęścia miały taki dar regeneracji i wracały jak zły szeląg w tym zdzierskim systemie płatniczym “sobą za życie”. Straszna lichwa.
Więc jak co roku o tej samej porze, siedzę na tym cholernym przerdzewiałym wieczku od puszki Pandory i dopycham je nogą. A tak okropnie chciałabym pójść w miasto z butelką wina i kraść tulipany z zieleni miejskiej.
by katachreza | Mar 13, 2013 | ja, język, kultura
 |
| Disneyland’s backstage cafeteria, 1961 |
Pierwsza Żona nie daje mi spokoju swoją niegdysiejszą refleksją o nieprzerwanym monologu wokół.
Emitujemy wszyscy, ledwo nadążamy wystawić sobie lajka, przyrost i reprint treści przewyższa odbiór, nawet odbieramy już reprodukując, w wygodnym kanale do uproszczonego odczuwania świata pospiesznie udostępniamy to, co nam się podoba, nie zatrzymujemy się, żeby pooglądać, jesteśmy daleko bardziej zaawansowani w konsumpcji sprzężonej z wydalaniem aniżeli Japończycy dziesięć lat temu w Musée d’Orsay, biegnący z aparatami, w których dawało się bezpiecznie zawieźć cały Paryż do domu. Kiedy ja tak stałam, gapiąc się na przetarte płótno Lilii wodnych. Dziś płyniemy tym samym strumieniem informacji, z elementami kalokagathia. Ładne imię dla dziewczynki.
Nasze od wieków hołubione szpiegostwo egzystencjalne, mikrofilmy doświadczeń i zostawianie śladów trwalszych niż ze spiżu są już czystą żonglerką, przechwytywaniem i recytowaniem, a komunikacja trwa krócej niż trzask migawki; źródeł nie ma, jest kryty basen kultury w obiegu zamkniętym, i tylko delikatnie wyparował przedmiot odniesienia. Ustawieni naprzeciwko siebie ludzie mówią równocześnie, dialog to zaledwie dwa monologi; nikt nikogo nie słucha, byle tylko zdążyć wypowiedzieć siebie.
Lubię to/ udostępnij, skrócone do minimum zanurzenie w rozmowie, liofilizowany kontakt, emocje prêt-à-porter, nic osobistego. Nieporozumienie bez przeszkód.
I tak, odczuwam ból fizyczny ludzi, do których mówię, taka zniekształcona stylem, który zamiast prostolinijnej propagacji fal dźwiękowych.
Czy jako taka jestem wciąż możliwa? Nie wiem. Ja tylko lubię i udostępniam słowa.
Dziś nadam dla Was coś okropnie niemodnego, zanim wróci wiosna i odsłoni ścieżki. Translator jest tutaj.
.— . …-… .-.. .. –.. .- .–. -.– – .- — –..– -.-. — ..- -.-. .. . -… .. . –..– -. .. . –.. .- .–. — — -. .. .— … .–. -.– – .- -.-.. — -. .. . — – — … .- — — .-.-.-
by katachreza | Mar 8, 2013 | ja, lost moments, Pamięć
 |
| I Gatti di Franco Matticchio |
Tanio wyryję się na ścianie jaskini.
Zrealizuję naskalnie.
Byle przetrwać. Choćby nawet w skromnym trybie window shopping.
Wewnętrzny krępy i uparty bawół uprasza o należny szacunek pokoleń. No, chociaż jednego. Które najsmarkatsze.
Bo jestem już tak rozproszona, rozszczepiona. Że wszystcy mnie miną.
Wypiekę sobie magdalenkę może.
Recent Comments