by katachreza | May 18, 2013 | ja, kolor, rodzice
 |
| city colors by Katachreza |
Wydarzam się teraz trochę częściej. Znowu. Odrosłam sobie jak ogonek zwinki, porzucona przez siebie w czasach zagrożenia. Zachłannie zbieram kolory. Nowe i używane.
Nierealnie różowy niedopałek, pół spranej tęczy dziecięcych koszulek, trzy chude kolorowe torebki spięte żółtym paskiem, przejrzałe truskawki, ogórek, maślana zieleń sałaty cukrowej.
Staranne nazwy owoców i warzyw na brudnych straganach, w biegu skanuję kartoniki kodowane flamastrem. Ziemniak polski. Nasza truskawka. Wiosna importowana powoli przechodzi w krajową; nad rynek wraca zapach identyczny z naturalnym, ciepła zapowiedź leciutko sfermentowanych wieczorów.
Kalendarz stojący w miejscu znowu ruszył, mój ojciec jeszcze raz kosi pierwsze w roku wysokie trawy i udziela się towarzysko w przykościelnym Towarzystwie Dobrej Śmierci; jest to rodzaj ćwiczeń. Mama sieje, żeby zebrać, ale jak co roku nie wie, czy człowiek tego groszku, buraczka dożyje; ze mną udało jej się już trzydzieści sześć razy, z moją siostrą już ponad pięćdziesiąt. Więc groszek kolisty. Wszystko gotowe, ojciec wynosi na słońce garnitur z pięćdziesiątej rocznicy ślubu, ma wystarczyć. Mama ciągle nie wie, w co się ubrać.
Ja wyszłam z ich domu przez sklep z pamiątkami. I szafę czarnych ubrań. Powolna wylinka ze spranego płaszcza Konrada; wyrosła mi świeża turkusowa skóra, czuję się zabliźniona jak nigdy dotąd. Dostałam konwalie od E. i bzy od Zuzanki. I starą ulicę ciężko pachnącą upałem i dzikimi kwiatami, pomyłka dzielnicy i przepowiedni deszczu dziś jeszcze na moją korzyść. Jest noc śpiewających ptaków, dopiero teraz odzyskują przestrzeń. Rozumiem je dobrze. Słucham ich kosztem snu, płacę nim za wszystko, ale mnie też dopiero teraz słychać.
Moje niedaleko od szosy. Moje smutne. Moje miejskie grzebanie w śmietniku dnia. Mój brak ogrodu. Kolory jak krople do oczu. Pozdrawiam Was, drodzy ludzie. Jestem sobie. Blisko.
by katachreza | May 13, 2013 | dzieci, ja, rodzice
 |
| Il Nido by Franco Matticchio |
Czy zastanawiacie się czasem, co wyrośnie z Waszych dzieci? I co z Was samych wyrosło? Bo ja się mocno zastanawiam.
Kiedy tak chodziłam po Pradze w zeszłym odcinku, to wykonałam sobie nieodpłatną refleksję w zakresie świadomości własnej. Że właściwie nie jestem dzieckiem. (lat 36, wiem, że refleksja może wydawać się nieco spóźniona). I że jestem dorosła. (już połowę życia jestem dorosła). I że jestem rodzicem. (od prawie 15 lat jestem rodzicem). I że jakbym szarpnęła się intelektualnie na zmianę perspektywy i zaczęła patrzeć w przyszłość, zamiast w przeszłość, to byłabym trochę mniej zdenerwowana. I może mniej zmęczona. I mniej przygnębiona również.
I jeszcze pomyślałam sobie, zajadając wiaderko lodów (śmietankowe z parmezanem, przypominam), że chyba tych wszystkich fajnych rzeczy, których nie dostałam zasadzonych porządnie w głowie, jak pelargonii (w umywalce), mogłabym dorobić się sama. I tak je mieć i dawać sobie i własnym dzieciom i całej rodzinie. I w taki prosty sposób zmienić. To, co się da zmienić. Bo to, czego się nie da zmienić, wygląda na skamieniałe jak mydełko Fa znalezione w ręcznikach rodziców po jakichś 20 latach. I można to ewentualnie spróbować wymydlić, ale jest ryzyko, że potrwa zbyt długo i pokaleczy ręce nawykłe do opatrywania ran komentarzem.
Już po powrocie – miałam testowe nieprzyjemne przeżycie wewnętrzne. W domu rodziców, skąd odbierałam dzieci, ojciec usilnie mi coś próbował opowiedzieć. Jakąś historię rozgrywającą się na przestrzeni lat pięćdziesięciu, w kilku kartografiach o niejasnym zarysie granic państw ościennych, w języku i czasie zaprzeszłym. A ja, trzydziestosześcioletnia, nie słuchałam go, odsunięta i niechętna. Bo wciąż jestem na niego zła. Za to, jaki był dla mnie, kiedy byłam mała i duża trochę już też. I miałam ochotę mu to wykrzyczeć trochę, no ale nie wykrzyczałam i chyba tak jest lepiej. I chciałabym już odwrócić w sobie tę historię do końca, wyrosnąć z niej całkiem. Odebrać drugi dowód osobisty i wyprawić sobie osiemnastkę. I dobiec, dojść do siebie. Samej. Podpisać w sobie porozumienie bezstronne, zlikwidować barierki, wstawić większe okna, wybetonować trwały podjazd, ale bez wojny z szatanem, światem i ciałem.
Muszę tylko zastosować do siebie tę praską refleksję. Nie tam, nie w domu rodziców. Bo ja tam już nie mieszkam. Mieszkam tutaj.
Tutaj sobie będę siebie robiła. I rodzinę i teraźniejszość i przyszłość.
Sprzątam.
Ale tym razem swoje rzeczy. Tylko i wyłącznie swoje. Segreguję i wyrzucam albo zostawiam. Przepakowuję się do mniejszej torebki. Do której mieści się mało i trzeba to wybrać starannie. Czy wszystko co moje, warto nosić ze mną. Na początek wyplułam kamienie, które nosiłam latami, żeby się nie zająknąć na żadne niewygodne tematy. Są już białe.
I dociera do mnie, jak fala gorąca, że jestem tak bardzo kochana. W moim tutaj. I że ja – tak kocham.
Ale numer.
Jestem kochana. Podziwiana. Wielbiona. Dla mnie, słabej od wróżonego nieudania się, morderczo niepewnej kobiety, której nieosiągalny świat pokazywano na słabym żółwiu z piasku, i zawaliło się, to wielkie odkrycie. Że to ja jestem światem. Pozwalam sobie na to, żeby to do mnie całkowicie dotarło. Nareszcie. Bo bałam się słuchać. I komplementów. Wolałabym same złe rzeczy, wiadomo, w nich jak ryba w wodzie, do zadławienia się powietrzem. A tu miłość mojego życia. Zaczynam rozumieć, co do mnie mówiła. I mówi. Nie przestaje. Jestem z miłością mojego życia. I chce mi się śmiechu. Po kolana. Najbardziej na świecie lubię się śmiać.
A wspominałam, że kiedy smarkaty kolega z późnej podstawówki wiózł mnie smarkatą komarkiem z wyprawy na leśne dzikie czereśnie, to mnie zgubił i nawet nie zauważył? Wjechał w dziurę w leśnej drodze, podskoczyliśmy, ja zawisłam w powietrzu, komarek wyjechał spode mnie, kolega pojechał sobie spokojnie dalej, a ja, walnąwszy awersem o glebę – zostałam w lesie, a następnie grzecznie wróciłam pieszo.
Tak od tego układania sobie przypomniałam. I od śmiechu mnie boli.
Miałam zapytać – jak się właściwie hoduje dzieci w Waszej rodzinie?
Rodzic – wersja czujny bernardyn z baryłką ovomaltiny, wykopujący ofiarnie przychówek spod zaspy kilkanaście razy dziennie? Czy raczej myjnia ręczna bezdotykowa, samo wyszło, to samo wróci? Jak Was wychowywano? Jak lepiej? Jak teraz, kiedy na drodze 997, 112, wilcy? Jak ogarniać codzienność, pochwały i smutki, do kiedy wycierać po kąpieli, od kiedy stawiać na samodzielność, jak się rośnie w matczynej nadgorliwości, a jak na głębokiej wodzie, co w tym ważne? Jak to z Wami było?
Mój starszy brat na przykład z podróży po Europie Zachodniej regularnie przywoził dla swojego dwu- trzyletniego synka odżywkę mleczną Hipp w puszkach pięciokilogramowych. Późnopeerelowski synek wypasany na zachodniej odżywce rósł w oczach, również po odstawieniu odżywki.
Mój ukochany bratanek, którego tu serdecznie pozdrawiam, w wieku lat piętnastu był już wyższy od taty, a osiemnastkę świętował ze wzrostem grubo przekraczającym 2 metry, oraz numerem buta obsługiwanym wyłącznie przez firmy szyjące obuwie na wymiar i Reeboka. Co zbiegło się w czasie z przyswojeniem przeze mnie wymaganych języków obcych, dzięki czemu o wiele lat za późno udało nam się rodzinnie ustalić na opakowaniach odżywek Hipp, recyklingowanych na strychu rodziców do przechowywania śrubek, iż pierwotnie zawierały odżywkę białkową Hipp dla kulturystów. Co mógł komunikować obrazek kulturysty na pudełku, ale nie musiał, niegdyś pochopnie uznany za dobrą wróżbę dla prawidłowego rozwoju małego polskiego chłopczyka.
Kontynuując rodzinną tradycję odpowiedzialnego chowu potomstwa, daję wikt i opierunek wysokiej jakości w gatunku pierwszy bernardyn rzeczpospolitej, leczący zanim choroba, co również obecnie zmieniam, gdyż zmęczyłam siebie i materiał genetyczny, który się nieco wstąpił nerwowo. W tej zresztą materii i okoliczności towarzyszącej, jak niektórzy z Was już wiedzą, moja droga Zuzanka zapewniła mi ostatnio fantastyczny wstrząs sezonu.
Wykonując z Zuzanką sporadyczny transfer najładniejszych ubranek dziecięcych, przekazałam niedawno dla jej córeczki śliczne jesienno-wiosenne buciki, z których moja córka zasmucająco szybko wyrosła, choć niekarmiona przecież odżywkami Hipp.
W dniu dokonania cesji obuwniczej odebrałam od Zuzanki uprzejmy telefon z pytaniem, czy mam jeszcze jedną parę takich bucików, co uznałam za komplement i dowód, że buciki się podobają. Zostałam jednak ponownie odpytana, czy nie mam drugiej pary takich samych. Żeby dało się dobrać dwa buty tego samego rozmiaru do pary. Bo jeden z przekazanych jest w rozmiarze 24/25, a drugi 26/27.
Otóż nie miałam drugiej pary. Moje dziecko chodziło dzielnie w dwóch butach różnego rozmiaru całą jesień.
Więc pocieszam się, że może nie jestem znowu taka nadopiekuńcza.
by katachreza | May 6, 2013 | ja, kultura
 |
Sikający by David Černý by Katachreza |
Nie było mnie, bo wyszłam za jętyk.
Miałam siebie bezdzietną przez cały bity tydzień. Mogę jedynie powiedzieć, że różnica w zawartości siebie w sobie jest znaczna. I czasu w czasie.
Praga wiosną jest wspaniała. Bez biały i fioletowy kwitną na potęgę, w Angelato dają lody śmietankowe z parmezanem, świętemu Wacławowi David Černý osiodłał zdechłego konia, a Czesi są uśmiechnięci. W rejonach nieturystycznych nieprzymusowo serdeczni, w strefie zagrożenia turystą – ibidem. Bardzo, bardzo dziwne wrażenie. I starsi są. Widocznie starsi. Zza kontuarów i lad uśmiechają się panie i panowie, nie studiująca adolescencja. Nie zniknęli, jak w Polsce, z posad innych niż à la Pani Halinka. Są niearoganccy, uprzejmi po ludzku, pomocni i empatyzujący spontanicznie, rozmowni, ciekawi, nie burczą. Są staranni międzyludzko jakoś inaczej, zwyczajniej, nie z uwagi na zalecenie pracodawcy oraz kursy z zarządzania i sprzedaży. Czy ja wiem – może po prostu żyją?
Co już całkowicie wprawiło mnie w osłupienie – to uśmiechnięci, życzliwi policjanci, ochroniarze i strażnicy wszelkiego rodzaju. Najszczerzej ubawionych i najserdeczniejszych widywałam pod zdechłym koniem świętego Wacława przed kawiarnią Lucerna. Gawędzili spokojnie z turystami, tubylcami i kloszardami – żartowali i wyjaśniali, poczciwi i krępi jak Rumcajsy. Nie było zatrzymań, ani upozowanej grozy władzy, choć wykluwaliśmy się w tym samym żelbetonowym jajku socjalizmu.
Taką mam obserwację. O. A obserwacja wykonywana była podczas niespokojnej przebieżki przez miasto z takim jednym fajnym zapaleniem oskrzeli, które zabrało mnie w podróż majową i zapadło na zdrowiu paskudnie. Wyborny praski wieczór i noc upłynęły wyłącznie na studzeniu gorączki 39,3’C, na której żaden lek nie robił wrażenia. Jaka to była radość, kiedy po dwóch godzinach zimnych kompresów udało się zbić dwie kreski! Ludzie! Potem już tylko lekarz, badanie crp i antybiotyk i już można było wracać. U praskiego lekarza szczerze ubawił mnie pomysłowy system miar i wag – w tym szaleństwie była wybitnie środkowoeuropejska metoda.
Przed gorączkowym powrotem do kraju w zachwyt i euforię wprawił mnie praski Zamek, Hradczany, Złota Uliczka, kamienice z fasadami zdobionymi moją ulubioną techniką sgrafitto, wszystko samotnie schodzone, obejrzane, połknięte w zachwycie. Piękne miasto dla ludzi, otwarte i jasne, neurasteniczne i melancholijne, ale przejrzyste.
I nie wiem, jakim cudem jedno miasto i jeden naród mogą zawierać tyle autoironii. Wydaje mi się, że kończy się tutaj właśnie destylować własną historię do form bardziej życiowych niż ołówek z brzozy smoleńskiej i silniej ułatwiających trawienie niż wzbudzony w polskiej wątrobie orzeł żółciowy.
A ja – proszę Państwa – ja to jestem z Polski. I trzeba by sprawdzić mi na opakowaniu, co właściwie mam w środku.
by katachreza | Apr 29, 2013 | dzieci, ja, kobiety, państwo, rodzice, zdrowie, życie
 |
| Lizbona by Katachreza |
Drogi Pamiętniczku, przeszłam maleńki kryzys, na piechotę i bez butów. Jeszcze idę.
Od stycznia najczęstszą moją rozrywką były wzmożone wizyty u lekarzy dziecięcych. W najgorętszym okresie średnio 3 wizyty tygodniowo. Oraz badania. Na wszystko. Brakowało doprawdy już tylko szczepień przeciwko wściekliźnie. Mojej.
W ramach szeroko pojętego wypoczynku od tego wspaniałego rytmu życia, od zeszłego poniedziałku miałam na stanie pięciolatkę o stabilnej temperaturze 39’C, co trochę odebrało mi chęć do pisania i innych wyskoków na margines codzienności. Po pierwszej nocy spędzonej przez nas oboje na okładaniu rozpalonego ciałka mokrymi, zimnymi ręcznikami, bo leki nie dawały rady, słabiutka córeczka poinformowała lekarkę na wizycie domowej, że “rodzice zrobili wszystko, co mogli”. Co było szalenie miłe, aczkolwiek nie powstrzymało infekcji, jaka szkoda.
Po przejściu znanych wszystkim etapów pt. gorączka, większa gorączka, naiwne użycie leków antywirusowych, zapalenie gardła, zapalenie oskrzeli, antybiotyk, wczoraj udało mi się rzutem na taśmę odstawić podleczone nieco dziecko do dziadków, żeby rekonwalescencja odbyła się pod zapasową parą skrzydeł. I żebym pierwszy raz od roku pobyła bez dzieci dłużej niż kilka godzin w pracy. Przynajmniej 3 dni. Albo 4. Albowiem oszaleję. Kocham ogromnie moje dzieci, ale jeszcze dzień i zaczęłabym chodzić po ścianach. W wyniku ukochanego szczebiotu sumarycznie z mniej ukochanym kaszelkiem, infekcją, kontuzją, rehabilitacją i autoimmunologią.
Niestety, ach niestety, sama to sobie jeszcze wyolbrzymiam i wkładam na plecy w całości, dorabiając na posadzie domowego Atlasa, zrzędliwego ciecia od przyrośniętych do barków rzeczy drobnych i niespektakularnych. Kula ziemska kurzu i wirusów 24h? Ja, ja! Mam jakiś taki kłopotliwy instynkt macierzyński aka poczucie odpowiedzialności, które nie pozwalają mi podczas pielęgnacji chorego dziecka opuścić powierzchni mieszkania dalej aniżeli na balkon, nawet jeśli w domu jest reszta rodziny, wypoczęta i chętna do zastępstwa. Czy Wy też macie taki syndrom? Nikt ach nikt nie rozpozna niuansów kaszelku. Nikt jak ja. Co jest oczywistą nieprawdą i powinnam dać sobie siana, ale nie umiem, nie umiem spać, gdy nie śpi ktoś. Jak już zaśnie, to też nie umiem. Szkoda, bo jakby trudno się wówczas zregenerować ma kolejne 24 h.
Obecnie, na fali szeroko pojętych porządków wiosennych (with love for E, Zimno, Zakurzona, Bebeluszek, Alcydło, Zorkownia, Zuzanka, Chuda i Kaczka, u których pilnie pobieram nauki, jak być sobą i nie zwariować), staram się wybić na niepodległość, sprzątam strychy i piwnice w głowie, przeglądam się w lustrze, przechodzę wylinkę z ochronnej czerni w kolor, odkurzam marzenia i pomysły i zatrzymuję się na sobie, żeby poczuć, a nie tylko wiedzieć, że jestem szczęśliwa. To znaczy: sobą. I ukułam sobie doraźne hasło na czas wielkich życiowych porządków w głowie:
“Nie wylewaj kobiety z kąpielą, bo zatka rurę.”
I mimo wszystko i aż – spróbuję na tych kilka niewielkich dni wyodrębnić się, oddzielić się od dzieci, na moment, żeby przypomnieć sobie, jaką jestem sobą – niematką. Bo zwagarowałam z siebie mocno, aż wstyd.
W ramach porządków przywracam rzeczom i wspomnieniom właściwą miarę, traumy maleją, kiedy nakłoniona przez Was, odwracam się od rzucanego przez nich gigantycznego cienia, którym kładły się na moim wszystkim, co dobre i co kocham.
Idąc za ciosem, przez ten zaledwie jeden dzień w domu rodziców, ale spędzony po wielu miesiącach niewidzenia się, po tygodniach odwracania starego kota ogonem tu, na blogu, przyglądałam się przetartemu obrazowi rodzinnego gniazda i ważyłam, ile we wspomnieniach ciągle żywych zadr, ile moich łatwizn i przeoczeń, ile pobieranego przeze mnie dodatku kombatanckiego za nie-takie-jak-trzeba dzieciństwo. W ogrodzie świeżo zasadzone w umywalce bratki, ale poza tym wszystko jakby mniejsze. No i nowa spłuczka.
W głowie mam przy tym równoległy, wcale nie tak radykalnie odmienny wątek. W tle tli się, iskiereczka mruga, straszny żal, że mam tak dobrze, zwykłe wycie i czas, podczas gdy wysoko zorganizowana kultura bakterii ze szczepu homo sapiens, który przedłużam i na który łożę swoim DNA oraz utraconymi godzinami snu, wciąż jest w stanie podejmować w swoim własnym obrębie prymitywną wojnę i beztrosko, rozrzutnie pobierać daninę z ludzi. I dlaczego jedynym i najdalej cywilizowanym gestem, na jaki stać nasz gatunek, jest umiejętność antycypowania ofiar w kobietach, dzieciach i starcach? Pamiętacie? Widzicie? Nim wydarzy się wojna, nim zginą, nim stracą wszystko, wspaniałomyślnie to przewidujemy. Media troskliwie kolportują spodziewane miłosierdzie w wąskim zakresie: przyszłą akcję humanitarną przepowiadają teledyski z żyjącymi kobietami, starcami i dziećmi i napisem: oni niebawem stracą domy, majątek, rodzinę, zdrowie, życie, wpłacajcie datki a konto przyszłej katastrofy, której niestety nie zdecydowaliśmy się odwołać.
Dlaczego humanitarne są u nas tylko akcje?
I jak do tego doszliśmy od Wielkiego Wybuchu, który szczęśliwie nie był jeszcze podzielony na działki i którego atomy nie były objęte prowizją biur nieruchomości. Od całkowitego nieistnienia pojęcia własności do ścisłej reglamentacji dóbr i spontanicznego ucisku. A reglamentacja, niestety, sięga aż po życie i zdrowie, fraszka doprawdy, czuję się z każdej strony zbudowana, machnęliśmy sobie rodzaj Atlantydy do politycznej gry w statki, to jaki kraj zatopimy w przyszłym semestrze?
Ach, a leć, a piej, zaginął ośrodek dyspozycyjny mózgu w naszej cywilizacji, czy ktoś może pomóc mi go zlokalizować? Bo mam przemożne uczucie, że zamiast rozwoju gatunku odbywa się u nas podejrzany moralny product placement, lekcje historii z przeszłych wojen i zwijanie drutu kolczastego z tych obozów zagłady, które splajtowały, wspierają cichaczem konieczność dziejową przyszłych ofiar, bo tak już mamy, biedactwa, że lubimy sobie kogoś co parę lat wybić, pamiętając oczywiście o wieńcach z goździków na poprzednim nieznanym żołnierzu. Tak, gdzieś tam pałęta się pod nogami nasze człowieczeństwo, i pantofelek milszy mi jest od niego, a kto go zgubił – nie wiem.
Więc mam kulkę w brzuchu, za dzieci nasze i Wasze. Ich świat jednokrotnego wyboru wciąż ma wysoką gorączkę.
Chciałabym bardziej ludzkiej ludzkości, czy ona też mogłaby wykonać mniej krwawe wiosenne porządki i zmierzyć się z sobą jakoś bardziej bezpośrednio?
Jak dajmy na to – człowiek z drugim człowiekiem? Myślicie, że można do tego doprowadzić?
Nie myślę w żadnym sensie – politycznie, brakuje mi tego zmysłu, myślę raczej ogólnoustrojowo, jak zwykła mała bakteria, jak niekonieczna część chorego społeczeństwa. I chyba mocno – jako kobieta i matka. Taka nieparlamentarna w czułości i ocalaniu.
Czy można byłoby – przestać toczyć pianę i wojny? Którędy droga? Wiecie? Wiemy to?
by katachreza | Apr 21, 2013 | ja, kobiety
 |
| Il nudo by Franco Matticchio |
Nie ma mnie bezdzietnej. Wyginęłam. To w odpowiedzi na Wasze komentarze.
I nie chodzi tu o podział obowiązków w opiece nad sporą gromadą dzieci, bo mam ten podział wcale niezły, choć jeszcze do niego wrócę.
Chodzi raczej o ogólną dyspozycję do bycia sobą i wykonywania gestów de se ipso ad posteritatem w zdrowej proporcji do wyskoków na miasto i wysokich obcasów, których łaknę, a zarazem przepotwornie się lękam, z roku na rok czując się coraz mniej atrakcyjna – tak, taka się wewnętrznie czuję, taki mały demon siedzi na ramieniu i każe mi niechętnie odwracać głowę od mijanych luster, mówiąc jednocześnie, o rany, o rany, jak fatalnie. Mimo że powinnam wypasać się na zielonej łące syta i zadowolona z morza miłości i akceptacji z elementami podziwu i uwielbienia, w których się niezasłużenie kąpię w basenie ogniska domowego, że posłużę się opisem sprzecznym, ale – głębokim.
Jak da się zauważyć od samego początku mojej historii, w widzeniu i zapisie samej siebie mam niekoniecznie porządek, harmonię i inne akordeony samoakceptacji.
Nie umiem przykładowo myśleć, że mogę zrobić te wszystkie fajne rzeczy do samodzielnego robienia. Że tak dla samej siebie i sama. Nie umiem spokojnie odpalić modułu “wolność i swoboda”. Nie, ta petarda wybucha mi w ręce i urywa paluszek. Wolę być uwięziona, uciśniona i stłamszona codziennością z dziećmi, to daje mi wspaniałe poczucie bezpieczeństwa, sprawdzony przewodnik po nieznanej okolicy przyszłości, że o tu i teraz nie wspomnę. Nie potrafię wyjść sama bez heroicznego celu, który sprawi, że zasłużę na to wyjście. Celem może być “nierealnie szczuplutki paltocik dla pięcioletniej szkapiny, szyty z antyalergicznych włókien kwiatu paproci”, “zapas żywności wegetariańskiej w przypadku wojny nuklearnej w najbliższy weekend”, “sprawa niecierpiąca zwłoki, do pilnego pochowania, z dyskretnym piktogramem na szarfie choroby wieńcowej”. Ja mogłabym wyjść na basen oczywiście. Do klubokawiarni oraz z koleżanką. Mogłabym spędzić sen z powiek oraz czas na okolicznym klombie w celach rabunkowych na tulipanie w pluralis. Mam natomiast blokadę sypiącą szeregiem uzasadnień, dlaczego tego nie zrobić. Jak być może czytaliście w tej powieści w odcinkach, pokonałam jednokrotnie taką blokadę jakiś czas temu i poszłam sama do kina i kawiarni. O jakie to było trudne i jak mi było łyso – bo co się właściwie robi z nagle odzyskaną sobą? Wolałabym położyć spać córkę i wyprać cztery pralki prania, najlepiej ze zmianą pościeli. Nie jestem sama dla siebie dostatecznie pilną sprawą do załatwienia i zwycięstwem. Żeby było jasne – reguluję sobie z zaciśniętymi zębami brwi, grzywkę, koloruję paznokcie, wszystko od jakichś dwóch lat naprawdę cyklicznie, odświętnie, w salonie, ale wszystko z rozsądku, szybciutko i biegiem, jak witaminę i magnez. Wręcz dwa razy w życiu w ramach premii macierzyńskiej nałożyłam na siebie 45-minutową kurację pielęgnującą to drugie, nieumysł, jak mu tam, ciało. No i lipa, nie pomogło, ciągle byłam sobą. Może do takich spraw należy być damą de moll, urobioną przez pokolenia do kąpieli w biszkoptach bezmlecznych, a nie po łokcie, nie wiem. Migotanie w okolicach poczucia własnej wartości mam tylko w momentach ciężkiej pracy fizycznej, sekunda poczucia triumfu gdzie indziej niż na biuście. A całodobowo nie spoczywam przecież na laurach i filonach, zaktywizowana zawodowo, macierzyńsko i intelektualnie. Tylko że nie ciągnąc pługu w zastępstwie chorego konia tydzień po porodzie, którą to heroiczną historię ze swojego trudnego życia opowiadała nam mama, nie odczuwam reglamentowanej w moim pokoleniu kobiet pękającej w czole żyłki marmuru.
A wiecie, co szczególnie głupie? Nie umiem stawić czoła sukcesom równie mocno jak klęskom, co w uogólniony sposób każe wszystko traktować jak klęskę. Odwlekam odbiór nagród i deprecjonuję osiągnięcia. Robię to konsekwentnie od 20 lat – odkąd pierwszy raz jako 15-latka w liceum zwagarowałam z rozdania nagród na najlepszy felieton. Nie radzę sobie z komplementami – strasznie ich potrzebuję, ale w nie nie wierzę i cieszę się z nich przez jakieś dwie sekundy, a następnie staram się udawać, że ich w ogóle nie było, a najchętniej – uciekam na drugi koniec świata, w inny wątek. Nie czuję się specjalnie wybitnie, wbita w ładną sukienkę, w połowie podejmowanej ze dwa razy do roku próbnej wyprawy antykompleksowej, kiedy to jestem przebrana za kobietę. Najchętniej zawróciłabym na pięcie, sukienkę odwiesiła do szafy i wskoczyła w spodnie. Żeby tylko już nikt na mnie nie patrzył, bo czuję przez skórę, że spojrzy nieprzychylnie. Czuję się śmieszna, jakby już teraz wisiała nade mną klątwa naszych matek, które w pewnym wieku odmawiały i odmawiają bycia kobietami. Brzydkiemu i staremu we wszystkim brzydko, co tam takiej starej potrzeba, gdzie tam włosy starucha będzie farbować. Tradycja obumierania za życia, odrzucenia siebie, nim zrobi to społeczeństwo, które narzuciło sobie pewną średnią estetyczną w miejsce dawnego szacunku dla wiedzy, mądrości i doświadczenia starszych. To nie jest kraj dla starych ludzi? Ale ja chcę żyć do końca, do ostatniej kropli, chcę być sobą, lubię siebie, cenię siebie, tylko że tak niezbyt długo, a potrzebowałabym tego nieco więcej, żeby na jakiejś dobrej energii dociągnąć do późnej starości.
Anybody knows, o co może chodzić? Bo samodzielnie diagnozuję się jako odwrotność Narcyza. Podrcyz taki.
Gdyby ktoś miał pytanie pomocnicze: mimo tej radykalnie dziwacznej niewiary w siebie, oburza mnie najmniejszy okruch krytyki. I jednocześnie uspokaja – krytykują, wspaniale, teren dobrze znany, mój prywatny gułag znany od dzieciństwa. Uradowana, że znowu będzie dodatek kombatancki za uciskanie mnie, krzywdy ogólne i wysiedlenie z siebie, zarazem spalam się w przeogromnym buncie – że to niesprawiedliwe, tak mnie krytykować, morderczo na to wściekła, przydaję temu nieadekwatną, jak mi mówią, skalę. Może. Urządzenie do konstruktywnego przyjmowania informacji zwrotnej mam wybitnie źle skalibrowane.
To taki mam kłopot, doktorze społeczność.
I nie wydaje mi się, żebym była taka jedyna z tym problemem. Drogie koleżanki moje. Główki w środku mamy duże, mądre, bogato zdobione we wspomnienie i cytat, życie wewnętrzne śródziemnomorskie i kolorowe, z rukolą, kulturą i sztuką, natomiast kostium zwany ciałem latami trzymamy na strychu, i zakładamy wyłącznie w porze karnawału. Podczas gdy na co dzień post i w lustrze domniemanie zbyt tłustego czwartku.
Jak nastawić ten potencjometr? Którędy droga?
by katachreza | Apr 12, 2013 | ja, Pamięć, zdrowie, życie
Dziś mam dużo pierza do podarcia, oskubałam pół ptaków Hitchcocka, więc siadajcie. Czy Wy wiecie, że ci cholerni starzy rzymianie, a wszyscy nie żyją, więc że ci cholerni starzy rzymianie oznaczali sobie dobre i złe dni w kalendarzu w białych i czarnych kamyczkach, co jest zapisem uciążliwym do archiwizowania, ale wyjątkowo czytelnym. Taki prototyp infografiki do twardych danych. Widok czasu.
Ciekawe, jak im się układały wzory. Z życia. Czy szczęście i klęska migotały pepitką, kodem kreskowym, białym krukiem, czarną owcą? Czy po latach widać było równiutki, cykliczny ścieg czarnych rozpaczy i krachów po błogosławionych bielach ulgi? Czy te proporcje radości i smutku, nagle takie widzialne, ciągnące się przez dekady w uskokach i wzniesieniach, niosły komuś pocieszenie, stając się tą dobitną, spójną całością życia?
Myślicie, że przezwyciężali czarny kamień? Że dążyli do bieli? Mieli tylko laur, oliwę i wino, starożytne warsztaty z wizualizacji, oczyszczające podpalenia Rzymu i nowe peplum dla zakupoholiczek, oderint dum metuant. I co za paradoks, że przeżył ich własny język, a nie kalendarze, poczytałoby się te uproszczone biografie, porównało, kto, ach, kto miał gorzej.
Mocno waham się w ostatnich dniach nad wyborem koloru swojego kamyka. Wróciłam do świata z całą energią, a on mi się przedstawił i bardzo go lubię. Ale nie jest lekko, moja ulubiona skoczna piosenka łacińska Fortune plango vulnera stillantibus ocellis (losu opłakuję ciosy z łez pełnymi oczy) świetnie pasuje jako piosenka tygodnia. W ręce nieco bezwładniej niż zwykle nagle trzymam trochę nieoczekiwanie niedobrych wyników. Bardzo dyscyplinujące, zaskoczone uczucie, że to się wydarza, równie naturalne jak dialogi Isaury, znakomicie opisane u Zakurzonej.
Biały kamień, czarny kamień.
Czy mam wpływ na wzór końcowy?
Jak to podrzeć? Wiecie?
Recent Comments