by katachreza | Dec 4, 2013 | ja, lost moments
Kimkolwiek jesteś, pomyśl też o sobie.
Co tam chowasz w środku?
Jakie niespełnienia?
Jaki błękitny koralik wydalisz, zanim przyjdzie koniec?
Kazali nie łopotać skrzydłami, więc złożone? Nie, to nie jest to samo, co dać komuś po pysku, choć też ładnie klaszcze w chwilach niepokoju. Wspomnienie powietrza z czasów, gdy ludzie jeszcze oddychali.
Miejsce bezpieczniej do końca to samo, najlepsza meta na lęk przed falstartem. Ale bielizna czysta na wypadek, jeśliby w spożywczym zdarzył Ci się niezobowiązujący romans.
Od wielkiego dzwonu robisz sprzątanie w kieszeni, uzbierało się siebie, naniosło, dodało, teraz się wyrzuci. Miękkie wyświetlacze wystaw, jezior, okien uśmiechną się Twoim odbiciem. Czujesz na swój widok radość czy robisz korektę?
Nic nie mówię, tak tu sobie wszyscy śmiesznie brniemy w brudnych zaspach czasu, chłodno kalkulując, którędy do piątków, sobót, prasowanych niedziel. Nietłukące nadzieje, że przetrwamy jeszcze jeden sezon, bo dobrze nam ostatnio poszło, miejscami nawet wir, taniec i monetyzacja.
Jakkolwiek trudno odróżnić Cię od reszty życia. Gdzie masz zarys granic?
Coś ołówkowego, spódnica, kwit, blaknący paragon.
Gdzie Ty masz na imię?
Czy możesz czasem zrobić coś tylko dla siebie?
Jakby miało się kiedyś okazać, że nikt prócz Ciebie nie zostanie Tobą.
by katachreza | Nov 3, 2013 | dzieci, ja, lost moments, radość, wychowanie
 |
| Butterfly by Katachreza |
Zachęcona Waszymi komentarzami pod moim niespokojnym postem “Ptaki“, chciałabym zadać Wam wyjątkowo krótkie pytanie:
Kto Was uczył w dzieciństwie odwagi?
Bo ktoś przecież musiał.
Kiedy, jak?
Mojego najukochańszego człowieka na świecie uczył odwagi dziadek. Nauka odbywała się na trzecim piętrze bloku i zasadzała się na stawianiu małego wnuczka na parapecie okna. Od zewnętrznej strony. Jestem przekonana, że systematyczne stawanie na parapecie od zewnętrznej strony może człowieka mocno odblokować, ale może macie jeszcze jakieś inne pomysły.
Mnie ośmielano do pomysłowości, samodzielności, samotności – i latania. Najczęściej chyba bawiłam się w życie. Chodziłam po podwórku z młotkiem, gwoździami, obcęgami i deskami, robiąc sobie ławeczki i półki. Rozpalałam ognisko, na którym w blaszance gotowałam w wodzie liście malin. Przynosiłam poduszki i kołdry pod drzewo czereśniowe, żeby nie złamać nogi, jak spadnę, ucząc się wchodzić. Zimą chciałam jeździć sankami, ale nikt nie miał czasu mnie wozić, więc wymyśliłam na zamarzniętym jeziorku nieopodal domu nowy sport, w którym siedziałam na lodzie na sankach i odpychałam się kijkami z wbitymi na końcach gwoździami o odciętych łepkach. Myślę, że nauczyłam się odwagi do własnych pomysłów i korekt sytuacji, tego pamiętam najwięcej i za kogoś takiego się właściwie mam – niepraktykującego wynalazcę.
Ale największym marzeniem było latanie. Wycinałam z przynoszonego przez mamę z mleczarni kartonu kolejne szerokie skrzydła, przez zrobione cyrklem dziury przeciągałam w nich gumkę i tak przygotowane zakładałam na ręce. Biegłam długo, zawzięcie machając skrzydłami, i za wszelką cenę próbowałam się unieść. Marzyłam, że długie ćwiczenia dadzą w końcu efekt. Mroźną zimą uprawiałam szybkie zbieganie z zamarzniętego kopca buraków. Rodzice ofiarnie polewali kopiec wodą, żeby lód był mocny i gładki, a ja – brałam ogromny rozbieg i ślizgałam się z przypiętymi skrzydłami.
Dzikie dziecko. Muszę przypomnieć sobie, czego dokładnie nauczyłam się wtedy nie bać.
Zanim jeszcze okazało się, że jestem dziewczynką i trzeba mnie chronić przed spódniczką zła.
by katachreza | Nov 2, 2013 | ja, kobiety, macierzyństwo, pisanie, rodzice
Sobota, dzień kobiet. Mewy matek w wysypisku tygodnia. Instynkt każe uzbierać pożywną niedzielę.
Pomidory, chleb, dynia, pietruszka, płyn do prania, wysoki płacz chłopczyka, któremu odmówiono ciastek, ciężkie drożdżowe ze śliwkami szuka nowego właściciela. Drewniane stragany z daszkiem zdrutowanym z podwozia spacerówki i suszarek do prania oferują parasolki Guccio, przezroczysty róż płatków dalii, suche grudki ziemi na łodygach pora. Naniosło się nieporządnej przyrody do miasta, trzeba ją będzie zdrapać, obrać, wytrzepać i wywieźć.
Niespokojnym matkom bez ogrodów pęka lakier na paznokciach, trwa maniakalne zbieranie witamin, przebieranie w skrzynkach, nie to, tamto, trochę więcej, i może tamtego. Część już wraca z siatkami pełnymi najdzikszych korzonków, posiedzieć w wymytej platonem jaskini, z szyfonową zasłoną nie dającą cienia. Ciężarne wiek temu suplementowały potrzebny minerał wgryzając się w bielone wapnem ściany, i tak ładnie urodziły nam pokolenie naszych zrozpaczonych matek. Ich gospodarne córki kopią dziś w stosach używanych ubrań, a każda patrzy, co znalazła druga. Tak niewiele okazji, żeby być najlepszą. Tak mało wszystkiego, znikąd zwycięstw i pochwał, wykształcenie instynktu ledwie podstawowe, ale kipi, wściekle ważąc zdobycz, kilogram ładnego.
Doganiam zjawiskowo piękną starszą panią i mówię jej, jak wspaniale wygląda, dziękuje, wyjaśnia, że jej żorżetowa sukienka w kwiaty jest z tego straganu, idzie kopać obok. Czy zechciałaby mnie poduczyć przetrwania? Nie, przecież nie poproszę, spłoszona i wyobcowana, szybko idę dalej, z rumieńcem na twarzy, samozwańcza towarzyszka obcych, posiwiała dziewczyna Dobre-Słowo-Nikt-Nie-Prosił. Żadna tu nie stoi bezczynnie, zbieraczki zbierają, sprzedawczynie brudnymi palcami zręcznie wiążą przedostatnie świerkowe wieńce, kwiaty z woskowanej krepiny zostawiają mi na płaszczu srebrną nitkę brokatu, przez chwilę wyłącznie się tędy przesuwam, niczego nie kupuję, pochłonięta cudzym odchodzeniem, dobrymi gatunkowo swetrami umarłych, pobliski rynek bezrefleksyjnie ocala dla mnie czas kolisty, jarzębinowo wiążę go sobie na szyi, jak lisa, który połyka swój ogon i się krztusi. Kłaczek.
W ostatni dzień października mama zawsze siedziała w altanie, układając wieńce ze ściętej świerczyny. Pozwalała plamić się żywicy, cierpliwie przyjmując ukłucia igieł i drutu. Uroczyście tłukłyśmy dla jej wytrwale nieżyjących rodziców srebrne choinkowe bombki. Czerwone kwiaty z pergaminu zanurzałyśmy w klej stolarski i bombkową stłuczkę, nadając blask wieńcom na dwa łóżka grobów. Czuła ostrożność pamięci, ample make this bed, make this bed with awe. Potem ostatni raz podlewałam chryzantemy, okup, który jak co roku musiał za nas zginąć w mroźnym powietrzu cmentarza. Widziałam, jak mama tęskni za rodzicami, a oni tak ciągle nie żyją. Przydomowe milczane dziady, dla babci Marty i dziadka Wiktora, których nigdy nie poznałam.
Nie mogę uwierzyć, że ja też niczego ze sobą nie wezmę, odchodząc. Jestem równo w połowie, słoneczna blondynka z posiwiałą grzywką. W myślach kandyzowane fiołki. Fleur de violettes cristallisées, słodkie płatki, kolor w cukrze, zaprawianie obrazu. To mogłaby być naprawdę dobra jesień, w tej części, nad którą objęłam panowanie, taka mała szuflada jesieni, chroniony schowek w czasie. Proszę, aby mnie kandyzowano po śmierci, żebym ślicznie opalizowała i została na później w niczego nie ujmującej niegdysiejszej treści formie, bez rozterek w rodzaju co na siebie włożyć, ciało, duszę, powietrze. Co wieczór kandyzuję pamięć, aby nabrać wprawy, piszę cukrem i wodą, nic więcej nie umiem. Gorączka pisania, niech nikt mi jej nie zbija, błagam, jestem przerażająco szczęśliwa, pisząc, chcę być na to chora bez przerwy, niosę do domu świeży chleb i słowa.
Dla żartu przecinam ręką rajskie jabłka. Cios i siniak. Mokra od soku skóra i biały miąższ przetkany czerwonymi żyłkami. Do krwi, jak i ja. Śmieszne, łaskoczące nieprawidłowością użycie istnienia, ziemska społeczność jest ogromnie czuła na poprawność gestów. Tnę powietrze czym mogę, chętnie przecięłabym to moje tutaj ostrymi skrzydłami, wizzair listopada. W bieżącej jesieni wyczuwam sam środek życia i jest tak przeraźliwie pusty. Nie znam imion tutejszych kobiet, mijamy sobie bez słowa, nawzajem. Być może czuję się podobnie samotna, wracając z odświętną porcją czasu do zjedzenia. Być może dlatego, że do wewnątrz zawsze idzie się samemu.
Wszystkie poprawiamy przed wejściem chustkę z zetlałej koronki, bo czy nie miało być troszeczkę inaczej? Dzieci wycierają nosy. W domach ptasi z profilu książęta oczekują największego schabu, wysikawszy się wcześniej roboczo do zlewu. Odlew jest spiżowy.
by katachreza | Nov 1, 2013 | dzieci, ja, wychowanie
W topornej aplikacji na iphonie moja pięcioipółletnia córeczka pracowicie i z wywieszonym z ekscytacji językiem napisała i nagrała książeczkę
“O Małej Dziewczynce”.
Ci, którzy obejrzą i odsłuchają pi razy ucho to, co pod żółtą ikonką głośniczka na każdej wątłej stroniczce, pojmą jasno, jakie naprawdę wychowanie funduję swoim dzieciom.
Nieźle mnie zszokowało, to, co usłyszałam. Echo moich słów. Chciałabym bardzo wyhamować na pięcie, usiąść i zmienić się w matkę zen bądź zenon, ale jak? No jak? Lęk, zakaz i trwoga wbudowane w głowę. Czy nie da się inaczej? Zrobiłabym wtedy jakiś ładny sweterek z tego kłębka nerwów, jakim jestem.
Marzyłam o wychowaniu wolnych ptaków, a każdego trzymam w klatce, wystraszona, że coś mu się stanie, tak jak mi się stało.
Jak to zrobić, żeby pozwolić dzieciom być sobą? Jak się pozwala fruwać?
by katachreza | Oct 22, 2013 | ja, radość
.JPG) |
| Chamer see in Vilette Park by Piotr Sekulski |
Więc jestem łasa na turkus i błękit. Jeśli miałabym jechać na jakimś paliwie, to na zdjęciu jest ten właśnie opalizujący odcień, pogranicze powietrza i wody, zszyte na zakładkę fale, wielka przezroczystość. Kolor jak cieniutki film benzyny, dwie części wodoru i jedna część tlenu do pochopnego głaskania, powierzchnia wszystkich rzeczy.
W takiej chwili nie boli mnie nawet przemijanie, spotykam się z sobą jakoś oficjalniej, na odległość zmarszczek na twarzy i nagłej siwizny w ciągle jasnych włosach. Czas mruczy mi w brzuchu, minutnik, co też ugotuję?
Zwalniam o połowę, słucham tylko siebie. Mam parę spraw do załatwienia na drugim końcu języka. Wygląda na to, że napiszę książkę.
by katachreza | Oct 12, 2013 | ja, szablon
Tak bym się chętnie położyła delficko i rozrzuciła wnętrzności, zerkając ciekawie, co dalej. Żeby było czytelnie i jasno, jakbym w gazetę telewizyjną patrzyła. We wtorki górą, w czwartki doliną, a przeżyje się słodko jak z telepromptera. Człowiek ciekawy przecież, co dalej, a boi się, spać nie może, nie wie, samemu sobie tę przyszłość? Czy niech lepiej ona się sama na oślep wyszywa? Na okrętkę, po palcach, przez mgłę.
Że też to tak nie wiadomo, co lepsze w tym gorszym. Tak by się chciało, żeby szóstka i trzy cytrynki, niechby przecież czasem szło gładko jak zamek błyskawiczny na przyrodzeniu zapinając się bez przycinania zzzzzzzyt. Tymczasem ta uporczywa pewność, że los nie chce współpracować, los szkodnik o’grodnick, zrób to sama, kochana, wierzę w ciebie, jezus cię kocha i prosi o twój numer telefonu.
Biorę tabletkę białych rzeczy, osłaniam się światłem i wodą, jestem taka zmęczona, że krwawię brakiem snu, ślepa i zagnieciona jak chlebowa kulka. Niezupełnie odnajduję się w gotowym świecie, mam narzędzia do stwarzania, lecz po wielokroć ich nie chcą. Chcą sprawnych odtworzeń, dam do recytacji i piłki plażowej, a nie wypada okazywać ludziom jednorożca, gdy nie podlega akcyzie, i wręcz miejscami wstydliwie wyginął. Takie czasy, jednorożca szybciej do schroniska się odda, do drzewa w lesie przywiąże, niż pokaże w towarzystwie, jednorożec jest jak łysienie plackowate, słabość do żywego, pępek świata z przepukliną, więc czy ja mogę w tej sytuacji zaraportować Państwu jednorożca i pokazać, jak przynosi w pysku patyk w jedwabistej korze, jak strzepuje z papierosa srebrny popiół, diament? W życiu. Róg już spiłowany, trzymam go w torebce, pachnie jak mirt, zieleń.
Nie podoba nam się pani, lub podoba, nie mamy śmiałości do mówiących kobiet, nie rozumiemy pani dwóch języków, są sycące, podczas gdy my się leksykalnie odchudzamy, dieta spójnikowa + wykrzyknik, nie skorzystamy z pani tapeinosis, nagłych zstąpień stylu, gdyż zakłopoczą nas publicznie jak ciepły kołnierz z włosów łonowych, lepiej nosić panią w domu.
I to jeszcze – nie sprzedali mi przedwczoraj losów totalizatora naszego lotto, bo było zbyt późno i system nie działał. Smutno mi było, jakby wstrzymali czterolistne koniczynki, wieczór mógł być w formie zdrapki, a tak, człowiekowi zaraz robi się jakoś białorusko, przypadek wstrzymany pod postój maszyny losującej, mojry niecałodobowe cienko przędą. Może chociaż Magda pocałuj pana?
Żyję z uczuciem, że to nie jest wszystko, co potrafię, taka niezdrapana, z przeczuciem możliwej wygranej, znowu chowam się w wysokiej trawie, dziki paw z obsmyczonym od ucieczek ogonem, mój wewnętrzny płochliwy podgatunek nie przetrwa bez opalizujących kolorów, bez nieskrępowanego rozsunięcia tęczy, bez jasnej dumy i prostej radości z siebie. Zagoniona w systemy cudzych ocen, trwam w bezbrzeżnym zdumieniu, że ktoś myśli, że może tymi kryteriami. Mnie. Że mu nie przecieknę kwantowo, że zasłużę, aport. Wiążę się z tym światem na krótko, jak beton z wodą, dość, żeby zastygnąć i ulec punktowemu rozbiciu. I niech tak się stanie. Bo skądinąd wiedzieć, kiedy lepiej skończyć?
Niech ja już się wypalę do końca tej serii, żeby włączył się automatyczny feniks. A teraz bieg, myślę do Was, kiedy znów biegnę w czasie na czerwonym, ale rozpaczliwie nie mam czasu mówić. Słucham tylko łapczywie, przetykając Waszym to moje małe, znów smutniejsze. Uściski.
Recent Comments