by katachreza | Oct 7, 2013 | ja, kolor, podróże
|

|
| Yellow pumpkin by Katachreza |
Idzie jesień, i na tę okoliczność przypominam sobie rozliczne historie mamy o tradycyjnych nalewkach i winach, jakie w jej rodzinnym domu i okolicznych obejściach dla ogólnej zdrowotności szykowano późnym latem i zlewano z owoców przed zimą. Tak mi się podobało, że kiedy jeszcze miałam dużo czasu, pasjami szykowałam rozmaite nalewki ze starych przepisów. Największym uznaniem rodziców cieszyła się moja nalewka pokrzywowa, oczywiście przez ojca stosowana zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie, czego nie dało się ukryć, bo latem miał intensywnie zielone ręce i kolana. Ale na reumatyzm pokrzywa jak lekko tylko błotne złoto. A jak pamiętacie, dobra też na włosy :-).
W mojej ulubionej historyjce o dawnych nalewkach wystąpiła natomiast żona właściciela miejscowej gorzelni, stajenny z PGR-u, i gościnnie – pegeerowskie konie. Otóż późną jesienią żona właściciela gorzelni pracowicie zlewała spirytusową nalewkę ze śliwek. Jedzenia się nie marnuje, więc śliwki z nalewki oddała stajennemu z PGR-u, który krzątał się w pobliżu gorzelni. Śliwek było wiadro, więc i stajenny się najadł, i konikom podsypał. Jak już się razem najedli do syta, to i stajenny sztywny i koniki sztywne wspólnie przespali jedną dobę w sianku. Co i Wam polecam na nadchodzące chłody :-).
Ale nie ma tak, żeby było zbyt różowo, zwłaszcza jak człowiek niezamierzenie niepijący, a procenty widuje najczęściej w excelu.
Więc jakby wczoraj był dzień dość niespójny i walący się na łeb, na szyję. Jak tydzień, jak miesiąc. W ciągłym niedoczasie, i w suple nerwów, w paśmie chorób dzieci, leżałam w turkusie niedzieli i lizałam mniej lub bardziej wyimaginowane rany, w szczytowym zaś momencie kuracja zasadzała się na otępiałym wertowaniu nowego katalogu Ikea, metodycznym, tak jak skanowanie, z długości, szerokości, głębokości wołałam do ciebie, nie kupię, nie sprzedam, zostawię, co moje, tylko niech nie boli, albo boli, nie wiem.
Mam wiele atencji dla katalogów Ikea, od lat przesyłanych mi jako substytut zmiany, której nie dokonam w całości, bo na to trzeba pokolenia pakowanego w płaskie paczki i ekipy, która je zmontuje, ale to już innym razem. To właśnie jeden z roczników katalogu Ikea podarłam niegdyś na drobniusieńkie strzępy w apogeum poporodowej depresji i rozpaczy, kiedy nie widząc na zapłakane oczy, byłam pewna, że nie wstanę już więcej, matka nerwica dramat, suma własnych niepowodzeń. Niebotyczną rozpaczą była dla mnie wtedy samoodnawialność pracy, a moje ostateczne załamanie nerwowe przyszło z kolejnym praniem maleńkich ubranek, wieszałam je na balkonie po uśpieniu dziecka i płakałam w klamerki, wiedziałam, że nie zdążę, bo ubranka już mijają, już brudzą się znowu, podobnie jak naczynia, dom, głowa. Byłam w samym środku szczeliny istnienia, i kto złamany od środka czytał Brach-Czainę, wie, jak blisko stamtąd do widzenia w depresji. Nim ukochany zabrał mnie do lekarza, klęczałam na podłodze w ciemniutkim pokoju i darłam katalog na kawałki mniejsze od płatków kwiatów, pantonowe morze martwe i magazyn liter, kapitalnie i lekko brodziłoby się w tej drobnicy, gdyby nie musiało się tyle godzin płakać.
Dziś, dziękuję, jestem szczęśliwie wyzbierana jak maliny w chruśniaku, pozszywana lalka straszny gałgan, pagoda ducha zmontowana z zagubionych dzieciom klocków lego, miałam, nie mam, co hormon, to moje, od depresji mijają już ponad cztery lata, a rok od diagnozy Hashimoto, której szaleństwa niepotrzebnie opłacałam sobą, choć jasne, nie była wyłącznym bólem i powodem.
Została mi w pamięci tylko jedna mała blizna, albo sześć, zależy jak liczyć pusty blister, czy wzdłuż, czy stromo, a zatem miewam czasem wielki żal do życia i lęk, że nie podołam niczemu, kiedy mi czasem jak każdemu coś nie wyjdzie, gdy coś się zepsuje, a wiedzcie, że w świecie pozbawionym pochwał i pozytywnych informacji zwrotnych trzeba potężnej woli i samoświadomości, aby podołać życiu w wersji emocjonalnej liofilizowanej. Największy kłopot w trudnych chwilach sprawia mi powracające na moment poczucie, że nie panuję nad rzeczywistością, nie ogarniam, długotrwale pozbawiona snu, czasu, koloru, powietrza. Nawykowo już przywołuję się wtedy do porządku wyuczoną prostą czynnością, wyizolowuję z nieogarnialnej całości jeden wykonalny drobiazg, coś jak wysprzątanie pojedynczej półki, pars pro toto, uczciwa stawka za rosnący chaos, trick na uleczenie entropii, podagrę jesieni. Zaczynam coś małego i kończę, natychmiast pomaga, waleriana w końcu bije szalej.
(I, drodzy Państwo, czy ja jestem w takich niepokojach i awykonalnościach sama? Byłaby to szkoda i nieznośna samotność. A więc?)
I teraz, na przedzimiu, uroczyście oświadczam, jestem jak ostatni pan kleks, bez piegów koloru nie działam, dziękuję. Lada chwila temu kawałkowi świata grozi ponowne popadnięcie w szarość, a szarość przyrody średnio ożywionej znoszę dobrze tylko na kocie, więc tydzień temu w akcie desperacji wzięłam niezbyt zdrowe dzieci i kota, zawinęłam w ciemną drogę i nocą dotarłam do ogrodu rodziców, pod czarne niebo z czystymi gwiazdami, w wysoką ciszę i superatę zieleni.
Po drodze migotały do nas świątecznie cichutkie wiatraki, rytmicznie włączając czerwone światła ostrzegawcze na wspólnej choince widoku.
Noc oddychała jasnymi falami, było zimno w policzki, gwiazd więcej niż piegów Katarzyny Dowbor, w odrealniających światłach samochodu robiło się wewnętrznie i przeciwmgielnie, zegar przestawiony na lata świetlne cicho tykał, przez chwilę mijałam w spokojny, dobrze znany sposób.
Ulga. Jak miecz z rozżarzonego żelaza zanurzony w wodę.
Byłam krótko, nie zdążyłam nawet uwierzyć, że tam pojechałam, deiktyczna i blada, w zmęczeniu, w środku zupełnego braku czasu, w wysokim sezonie rzeczy-do-zrobienia-na-przedwczoraj, jak przystało na wielodzietną matkę pracującą, z aspiracjami i wewnętrzną kieszenią na marzenia i grzebyczek plastikowy męski.
Ale ja po prostu musiałam. Do koloru i ziemi.
Po najkrótszą możliwą przerwę od biegu tygodnia i od szumu w głowie. Tak krótką, że nie wystarczyło jej nawet na relację w czasie teraźniejszym, rozumiałam to i przyjmowałam z senną pokorą, leżąc w swoim dawnym łóżku, symultanicznie przekładałam leżenie na bok przeszły ledwo dokonany, owijając nieważne izolacyjną pianką zapisu, kładąc w bursztyn, słoiki i pawlacz. Śmiesznie rozedrgana między byciem i pamiętaniem bycia, jak pies zakopywałam na później to, czego tak mało, ogryzione kości chwil, patyki spokoju, które teraz tak pilnie aportuję w opis.
Więc drodzy Państwo, tam, gdzie mnie teraz nie ma, jest jesień, wnęka czasu. Ostatnie dni nadmiaru, ogród jest bujny do szaleństwa, odbywa się gorączkowe kwitnienie i rośnięcie, dramatyczna walka o tłustszą wyściółkę i intensywniejszy kolor opadania. Chłodny pożar nasturcji, trzask fuksji, tu się dogorywa płatkami z płomieni, woskowa zieleń jako zadośćuczynienie za szarość i piasek, brudne chmury września, czerwony październik.
Możecie nie wiedzieć, ale mają tam pory roku. Dla nas, tych, co wypadli z czasu, wysadzonych z kalendarzy, to taki ładny teatr, z zaśmieconymi mansjonami obejść. Miejscowi odkładają wrzesień na pryzmę marnych w tym roku buraków cukrowych, wstrzymują opadanie dalii do dnia nauczyciela i nie wykluczają listopada, czyszczą kamień i mimochodem opłacają miejsce w ziemi na ćwierćwiecze, odwrócona paleontologia, miękkie zwijanie się do zastygnięcia. Żyje się tak blisko śmierci, jak sąsiadów, wzajemne drobne przysługi, pożyczanie czasu, godne opadanie z sił na jesieni życia, golutkie gałęzie ramion przytulają wnuki, dzieci z trzaskiem spadają niedaleko od jabłoni, nie ma wyraźnych granic między ludźmi, ukorzeniają się blisko, splątani, a ja, ogłupiała, po latach jeżdżę między nimi jak w papa mobile, nadmiernie odrębna i chroniona, neurotycznie odbierając zezwolenie wstępu na mój teren prywatny, to jest wszędzie. Na dobre wypadłam ze stada, a chwilami tak lubiłam nienawistny zapach wspólnej sierści, gromadny bieg w czasie. Zaprzęg.
Patrzyłam ukradkiem, z ruchomej widowni, ze środka dziewczęcej gry w siatkówkę oka, przysięgam, wokół trwa krzątanina, zaawansowane przemijanie lata. Ludzie i myszy wykonują spiżarniane gesty, cierpliwie prują patchwork pól przed zimą. Zwożenie, zbieranie, ścinanie, kopanie, mocny zapach ziemi.
I dojmujący brak straganów, bo kto nadrukuje pieniędzy na coś tak płodnego. Wzorzysty horyzont zupy jarzynowej ma odliczone kolory, tyle, co zdąży zawiązać na Twój obiad własny, przydomowy ogród. Tu się nie kupuje, sklep jest czystym błędem, wystawą spłowiałej tektury, zabawką dla kilku przyjezdnych, tabletką na uspokojenie. Masz tylko tyle, ile zasiejesz i zbierzesz. Wszystko zaczyna się tutaj i kończy na sobie, ćwiczenia z automotywacji są prowadzone co sezon i mają związek z samodzielnym przetrwaniem, silne Ja chroni przed głodem i zimą, a jak trzeba, nakarmi Innego.
Na chwilę mam poczucie, że nie jestem znikąd i spokojna patrzę, jak ta chwila mija.
Na odjezdnym błogosławi mi podwójny łokieć Jezusa z Utrąconą Ręką.
 |
| Jesus with the broken elbow by Katachreza |
by katachreza | Sep 15, 2013 | ja, radość
Nadciągają nowe kobiety.
Seria mnie.
Jedna jest zła i przegrana, druga się waha, trzecia siada na chwilę, czwarta zaczyna nasłuchiwać, piąta rozumie.
Idę z nimi na wino. Równiutko opadamy w powietrzu, chyba będziemy razem mieszkać i pracować.
Nie będzie nic sztucznego, niczego nie upiększę. Sama fabryka rtęci, kiepska dniówka, pakowanie w papier.
Mam czysty dygot i drżenie, same skaczące słowa, które ze mnie wywożono latami, odnalazły mnie przez czerwony krzyż i facebooka, tyle poszukiwań i listów, ratunkowych bibliotek, zaniechań i mimikr.
Moje kochane słowa, moje kochane szare zwykłe historie Biały Jeleń, o tym, jak mi się nie uda, moje opisy z mydła i wody, moje wycinanie, moje kartki z nieszczęśliwymi niedokończeniami, moje wszystko to, co znam tylko ja jedna i tylko ja mogę napisać.
Ożywają we mnie głosy, każdy jest mój, słyszę.
Zaczęłam słyszeć historie.
Jedna o tym, że do niczego nie jestem przygotowana i zepsuję, druga o tym, że nie mam narzędzi, trzecia, że nie mogę, czwarta, że spróbowanie zajmie mi tyle samo czasu, co niespróbowanie, piąta o tym, że jednak spróbuję.
Patrzę w tył, czego się nauczyłam przez te wszystkie lata.
Że nie zadowolę innych. Że nie znajdę niszy, wyspy, państwa miasta.
Że umiem skończyć, jeśli muszę.
Że umiem też zacząć.
Że opływam w pomysły, których nikt nie zamawiał i nie potrzebuje.
Że moje słowa zderzają się z sobą i lecą z nich wtedy takie fajne iskry.
Że mi wróżono i prawie pozwoliłam, żeby się sprawdziło. (I tak przy okazji, bijcie swoje wyrocznie delfickie po pysku, bo Wam wróżą ze własnych rozrzuconych wnętrzności, a Wasze życie nie pochodzi z kury.)
Że mnie nie umiano i że nie nadaję się do ogólnego rozumienia, że będzie mi wytykane i że tak jest dobrze, bo po tym się rozpoznaję, wynikam z nadpisań i błędów, literówka życia.
Że zanim mnie nie będzie, muszę cała pobyć, że się bez siebie nie obejdę i nie stanę i niektóre rzeczy nie będą możliwe, a inne nie powstaną, nie wynikną ze mnie.
Że kiedy patrzę w tył, wszystko się dobrze poskładało na mnie. Idealnie, a przecież płaciłam ludziom, żeby to ze mnie wyjęli, żeby się nie pamiętało, nie mówiło, spało.
Że myliło mi się to, o czym ja decyduję, z tym, co inni mogą o mnie zdecydować.
Teraz zacznę mówić.
Wasza Katachreza.
ps. Dziś cały wpis jest podziękowaniem dla Bebeluszka, bez którego w życiu bym tu nie wylądowała.
by katachreza | Sep 11, 2013 | ja, podróże, radość
 |
| Follonica by Katachreza |
Jestem i czuję się jak substancja smolista, albo inny czarny charakter, generalnie coś osadzonego.
Z krótkich wakacji wróciłam już dawno, ale dopiero w ostatni weekend – z długiego zbierania się po tych wakacjach i niekontrolowanego popadnięcia w jesień. Najdłużej wracałam głową, jak po każdym zanurzeniu w radość i słońce. Powrót niemal przetrącił mi kark, bo wpadłam prosto do chomiczej karuzelki, tej, w której instaluję się sama, powarkując lekko na wszystko, za czym biegnę. Karuzelkę włącza pierwszy bęben pralki, ładowany torbami wakacyjnych ubrań, jasne, wiem, mogłabym czyścić konia, zanosząc się po wysadzeniu z siodła gruźliczym szopenem, i idąc nałożyć korekcyjny monokl na cyprysowe oko księżyca, mogłabym dopierać barchany w radionie, mogłabym odfiletowywać dinozaurzy ogon dla zrejonizowanej jaskini, mogłabym nigdzie nie być, jak przez lata, ale nic, nic nie daje mi obuchem tak nagle jak świadomość, że właśnie zjadłam ten chudy kawałek wakacji w wykresie kołowym roku i muszę o własnych siłach dożyć do następnego, pielęgnując urodę umysłu i optymizm identyczny z naturalnym.
Szczęśliwie i nagle uratowały mnie dwie kobiety, pamiętajcie, plastry na dużą głowę robi się z rozmowy z mądrymi kobietami i spędzania z nimi czasu nareszcie innego niż codzienne zwykle. Pierwsza w jeden wieczór obłaskawiła we mnie najstarsze strachy i pomogła wyczyścić pamięć, jak sztućce. Aż błyszczy, od uśmiechania się i zrozumienia. Druga w jedno popołudnie zrobiła mi z za krótkiego dnia przed poniedziałkiem długą i słoneczną niedzielę, z gnającego na oślep czasu czas przyjazny i wolny, chodzący przy nodze, wypoczęty, czuję się, jakby mnie mały kawałek poniosła w ten przyszły tydzień, jestem lekka, ucieszona i bliżej własnych rzeczy.
Dziękuję Wam obu.
I nareszcie zatrzymałam się znowu, obejrzeć, co przywiozłam z podróży, rozpakować głowę, zrozumieć, kim przez chwilę byłam, z lejącą się przez mdlejące dłonie kolczugą, rycerz nieistniejący.
A więc wcześniej, jak to wcześniej, skoro wszyscy mieli wyjść na słońce, to i ja poszłam, własna fanaberia. Byłam najeść się srebra i chleba z oliwą, sypiałam w świetlistej luce metafory, z lufcikiem, i byłam szorstka jak spód liścia, ale to od zmartwień. Na mijanych w pędzie południowych polach stały suche prysznice słoneczników, dotarłam tamtędy aż nad samo morze, cofnęło się przede mną i pozwoliło wejść w siebie i brodzić po kolana w płynnym srebrze. Przez chwilę byłam niemal niewidoma od blasku i krzyczałam do siebie cichutko, nie wierząc, że w tym, że tam, że ja jestem, kilka minut szczęścia, kąpiel jak w powietrzu, rozcinanie skórą tlenu i wodoru.
Patrzyłam, jak w wodzie bawią się piłką dorośli mężczyźni. Brodzili w falach bez piwa i nie grillowali kiełbasy, śmiali się zwyczajnie, do siebie, ucieszeni zabawą, weseli. I rozumiecie, wszystko tam było jednoczesne, pływanie, suchy tymianek przy dróżce, pewnie śmierć, rozmaryn, jest jak jest, najpierw rośnie, potem można zbierać. Jak Wy, jeszcze nie umiem umierania, a już raz nie żyłam – stamtąd pocieszenie na nieznaną przyszłość,bo przezupełnie nie wiedziałam wtedy, że nie żyję.
Na południu zgadłam, że ja już nic więcej nie dostanę – mam to i tamto i albo to wykorzystam albo nie i zajmie mi to tyle samo czasu, cały. Już zostałam sobą i nie zostałam kimś innym, przy czym wiem raczej to drugie, a za mało pierwsze, jeszcze zaskoczona inwentaryzuję, co się na mnie składa, chyba będzie superata.
I tak z Florencji do Sieny jechałam i myślałam, a teraz jeżdżę z Grunwaldu na Jeżyce, pocieszny coehlo, czkawka tej kultury, miewam coś jakby promocję opisu, talon na gotowe, teleprompter harlequinów, nawrót złotych myśli, resztki, śmietnik wykształcenia, coś bym chciała z tego skleić, choćby makatkę nad łóżko, słomianą jak zapał.
A wiecie? W południowej pamięci przewracały się szare konie z fresków, krew kredkowa wysychała w słońcu, widziałam ślady po następstwie czasów. W wydychanym powietrzu była czysta i serdeczna radość, czy ktoś bada na obecność szczęścia, poziom wewnętrznego światła? Gdzie policja, szpital, gdzie suplementacja? Gdzie balonik z helem?
Kataloguję tutaj moje prześwietlenie słońcem, rentgen lata. Te pola wyschniętych słoneczników i urodzaj nasion, zbiegłe lato się na jesień złuszczy, zaschnie i zasklepi, jak rana do żywego, która do wesela. Lato, zabliźnione pod śniegiem, za kilka miesięcy pęknie w ziemi i urodzi młode, jestem pewna, wszędzie w wynajętym przez nas na chwilę widoku stały posągi wilczycy, remusy i romulusy zakładały miasta, ciosały z drewna ciepłe okiennice, coś fundującego przyszłość zawsze ma początek w mleku. W katedrach, w galerii Uffizi, na ścianach cichutkich pałaców miękko siedziały samotne Madonny, wszystkie tuliły do łona malutkie Bohdany Łazuki i były takie blade, nad wiek poważne, jakby bez okresu, dżumy. Żadna nie paliła, nie wiem, co z przyjaciółkami.
Nie było mnie wtedy tutaj zupełnie, miałam zamknięte okna od północy i szłam przehandlować ten bursztyn pierwszych piastów, z każdym ciepłym miastem zdejmując łupiny, obierki ziemniaka, byłam piękna, tymczasowo jasna, gładka łuska na niepokój i dzieci.
W nierozstrzelanych rynkach obcych krajów nadchodził we mnie język potężniejszy od wahań, falą dat szedł pobliski napoleon i wzbierała elba. Chodziło o trwałość, pod pachnącymi kamieniami domów, pod pocztówkowym praniem, na które zapinały się wąskie uliczki, pod wieżyczkami zdobionymi świeżą plastikową rybą chciało mi się pochodzić, dziedziczyć, pamiętać cyprysy z niemożliwych opowieści matki, która tu nie była, współprzebywać. Dziwiło mnie lekko, że tam a priori nie boję się ludzi, jakby nasz flagowy program “997”, wieczorynka rodziców, nasz tyci hammurabi prowincji i przedmieść miały zbyt mały zasięg, żeby wstrzymywać we mnie ubranie króciutkiej sukienki i kazać uciekać od wzroku i tłumu. Chodnik mówił do siebie dzień dobry i śmiał się do mnie i do dzieci, na sekundy wrastałam w uśmiech, cień i wino.
Byłam.
Po wymianie biletów wstępu na widok i pęknięty werniks, płynęły we mnie rodowe srebra obcych rodzin, dziedziczenie i kradzież, rzeczy srebrne, delikatne płótna. W rewanżu chciałam okazać wstydliwe pamiątki, wyjąć z kuchennej szuflady rodziców srebrne łyżeczki z cudzym monogramem, zrabowane przez stryjów podczas Wielkiej Wojny, pokątny korytarz, którym nasza historia miała stać się chociaż posrebrzana. Przy Botticellim szalałam za uruchamianiem wiosny, za instalowaniem kwiatów w szarych dekoracjach, to jak brawurowa instrukcja życia w moim kraju, było mi wstyd za własne peelingi i stryjowskie plądrowanie dworów. Myślałam – u nas stare drogi, więc niedługo umrą, co i rusz będzie tasowanie czasu, na szczęście dzieci różowe, szczepione, gładkie, chociaż bez tradycji, i od pieluch konsumpcja w czasie teraźniejszym prostszym, razem z wydalaniem, od którego roku można podawać renesans?
Stałam przed Botticellim pełna jego kwiatów, na krótko urodzona z samych miękkich opowieści, nitek, pokoleń, koronek i mereżki wspomnień, zaszyłam się u niego, a był uroczo pęknięty na brzegach, człowiek niby palił w piecu już niejednym krzesłem, a wciąż wstyd, że jak dotąd odwzajemnia się nieżyjącej europie tylko tym jednym obrazem z płatków róży, osadzonym w ramie z drzwi klatki dla królików, skromnym, choć w werniksie.
Jeszcze w biegu poznałam Hermesa po skrzydełku nad piętą, a nigdy nie sądziłam, że rozpoznam go w tłumie, coś jak potem Palikot spotkany na niemieckiej stacji. Potem były sekwencje pożegnań, rzeczy pierwsze stały się ostatnie, spełniałam własny plan dalszej części życia jak w drugiej połowie urlopu, biegnąc najstaranniej i sycąc się każdą rozetą w pomijanym oknie, zdjęciami zdejmując z wystaw srebrnego koguta i głaszcząc na drzewach figi, który nie zdążyły dojrzeć. I ostatnią katedrę obiegłam w pięć minut, byle łyknąć surowości po białej sieneńskiej koronce i renesansowym komiksie pinacoteki.
I już mogłam wreszcie wykonywać różne gesty, spowolnione, bo z niedowierzania, że wraz z przemieszczeniem się na mapie zsunę się w zupełnie inaczej ściągnięte rysy twarzy, sznurowane usta, smutek ulic, na których nikt ze sobą nigdy nie rozmawia.
Kiedy odjeżdżałam, suche wzgórza leżały jak golden retriever, sierścią do słońca, płowiejąc po psiemu. Dwa tysiące lat i kilometrów skakało we mnie do gardła i w powietrze, rozhuśtane, stygnące, jak czarno-białe zdjęcia tęczy w starym podręczniku, w tylnej szybie widziałam pół świata i narodziny Wenus, wyszła przy mnie, koniec abordażu, północ.
Odzyskałam już siły po szoku powrotu, jem ostatnie słońce, ćwiczę jesień, odpytuję się z przyczyn i skutków, mówię i jestem mówiona.
Teraz czas coś zrobić.
by katachreza | Aug 13, 2013 | ja, radość
 |
| Les coiffeuses au soleil by Robert Doisneau |
Khm, khm.
To mówię ja, do Was.
Idźcie nazbierać słońca.
Słońce jest zdrowe i jak przypomniała mi M., nie wolno o nim zapominać, bo bez niego jesteśmy niepełni.
Mój starszy od Was o jedną wojnę ojciec ma taką teorię, że słońce wszystko leczy. I nawet jeśli nie wierzy w istnienie tych małych, biegających po skórze witamin, i choć maluje paznokcie gipsowej Najświętszej Panience, farbą olejną czerwoną, to każdego lata, w bezpieczne upały i chłodne dni słoneczne, rozbiera się do rosołu i w zakątku ogrodu siada na starym krześle, celebrując kąpiel słoneczną, godzinę lub i dwie dziennie. Kąpie w słońcu plecy, kąpie głowę i nogi. I taki już malutki i wyschnięty, osiemdziesięciotrzyletni, liofilizowany, zaprzeszły, skwapliwie zajada się tym słońcem i ciepłem, na zapas.
Więc i Wy idźcie. Przystanąć. I usiąść. Bo kiedy się usiądzie, to się lepiej przystanęło. I najlepiej, żeby przystanąć też w głowie. Siadać w głowie też można, nawet jak nie każą. Wolno. Teraz, za chwilę, przy najbliższej okazji. Stańcie i popatrzcie w słońce.
Można się najpierw zagapić na wyschnięty rumianek i na wystawę z kolorowymi torebkami. I na korale. I indyka z koralami. I na sukienkę tej pani. I na karoserię, jeśli ładna. Co tam kto ma do łowienia słońca. I potem prosto na niebo i w słońce. Wystarczy trochę podnieść głowę, o, tak właśnie, niech pomyślą, że wariat, nie szkodzi. Jakby się miało w środku słoneczniki, a w słonecznikach Van Gogha, a w Van Goghu ucho. Nieodcięte, bo wszyscy mieliśmy kiedyś nieodcięte ucho. Bo to będzie właśnie powrót do słońca, wielki zwrot słoneczny, czy splot okoliczności, jak kto woli, a każda własna, każdziusieńka. Nikt inny jej nie ma w takim połączeniu.
Albowiem, kochani, skoro już się umiera samemu, to niech się samemu najpierw trochę pożyje.
Idzie mniej więcej o to, aby okoliczność do splotu bardziej samemu napędzić, popedałować własną wolą w dynamo moskwa, a niech ma, niech wolna wola zachomikuje trochę energii, niech schowa do policzków światło.
Żeby zrobiły się pod powiekami op-artowe kręgi i kreski, kiedy takie nagrzane słońcem potrzeć rękoma. Jak wtedy, w czasach oranżady, której bąbelki były z cukru i czerwieni, a wszystkie rzeczy miały w miarę jedną nazwę.
To patrzenie na słońce, wygrzewanie się, po kociemu, w swoim tu i teraz, bez kompleksów względem cudzego i gęstszego futra, zoom, boom optyczny, wszystko to będzie całkowicie niepotrzebne, kąt uniesionej ręki mocno niestosowny i odchylony od normy, trochę będzie dziecinny, a trochę też ładny. Podbródek zadarty, ostrzegam, mogą zorientować się, że odpoczywacie, a po czym tutaj odpoczywać, oni to się dopiero kiedyś zmęczyli. Musieli polecieć w kosmos i przekopać się pod oceanem, i umrzeć tyle razy, a zawsze za kogoś innego, a my tutaj pieluchy jednorazowe i lekka praca biurowa i pastuch elektryczny i kserokopiarka zamiast powielacza, nic heroicznego, więc tak, przygotujcie się na niezasłużone ciepło słońca.
Najlepiej, żeby było jak ta rzecz, której nie mogliśmy się dawno temu doczekać. Niecierpliwa radość. A jaka głupia, jezu. Że aż rwało w brzuchu. I oddech.
Ostatni raz, kiedy wierzyłam w boga, modliłam się, żeby dał mi organy elektryczne i kurtkę dżinsową i wszystko dostałam, ale od siostry. Do dziś nie wiem, co o tym myśleć. Przy czym już żadne z nich nie dało mi komputera IBM, a myślałam, że tak dobrze mi idzie, i potem komputery były już zupełnie inne i musiałam sama na nie zapracować, i okazało się, że bóg nie jest dobrą wróżką, a tak się dobrze zapowiadał, i miał takiego ładnego gołębia, jakie mój brat hodował, pocztowe, z obrączką, to miało szanse swobodnego lotu, ale z ludzkich przyczyn zawsze popadało w rosół.
Pamiętam z dzieciństwa dławiące uczucie pragnienia, gorące pragnienie, wolę, chcenie, żądanie, głód, żeby już nadeszło i żeby się stało.
Potem byłam tylko dobrze wychowana. Ale dobre wychowanie uczy, żeby nie przekraczać granic, żadnej konkwisty, kolanka równo i razem, i mówić tak, żeby nikomu nie było przykro i pracować tak, żeby nie było lekko i nie cieszyć się za dużo i za głupio i nie okazywać.
A ja tak uwielbiam okazywanie. I za potwierdzeniem odbioru. Jak mi w środku wszystko rtęciowo z radości skacze i jest temperatura uczuć.
I ja po to wracam, do siebie, dzieciucha, i ubieram tę kurtkę dżinsową i gram na enerdowskich organach, taka śmieszna i taka szczęśliwa.
Pamiętajcie, bądźcie gorzej wychowani, proszę. Idźcie na słońce. Zgłodnieć. Chcieć. Siebie i dla siebie. Poznacie po tym, że będzie bolało z radości od środka. Kiedy nie można nie mieć uśmiechniętych oczu i wzrok wszystko wyda. Niech Wam się zrobi kula w brzuchu z radości. I skacze.
To się nazywa szczęście i nie uczą tego w tym kraju.
by katachreza | Aug 11, 2013 | ja, kobiety, lost moments, Pamięć
A wiecie? Wczoraj mój ukochany zagrał koncert. Okropnie lubię nasze życie. Ekwilibrystyczna radość bycia sobą, wykręcanie bezpiecznika w karuzelce dnia. Absolutnie własna i równoległa do zmęczenia i codzienności ścieżka dźwięku.
Wiem, od pewnego czasu mam tę świadomość, budzę się z taką wiedzą – jestem w nieubłaganie drugiej połowie życia. Jest to część zawierająca pętlę przekierowań, wadliwa i samozwrotna, jak wyjście z domu bez majtek – nie można myśleć o niczym innym, a nie ma czasu wrócić.
W drugiej części wszystko jest mniej więcej znane, ale w osłupienie wprawia myśl – to już ja? To moje? Intensywne, choć mgliste uczucie – wiem, że mam nieprzedłużalny okres trwałości, chcę przeżyć go jak najlepiej. Skupiona, świadoma. Wyłącznie z powodu radości, jaką daje życie, nic więcej. To jak druga część urlopu – idziesz wolniej, mniej nieuważnie, zachłannie wsuwasz pod powiekę obraz, zapach, smak, starannie chłoniesz całość i łowisz detale, żeby je sobie pokazać po powrocie, którego być nie musi, ale może będzie, chociaż do Howards End. I stąd to wszystko. Blog, muzyka, część druga, życie. Odwrócenie się od przeszłości wymagało u mnie nieludzko trudnego piruetu na pięcie, był podwójny tulup, żeby wygrać siebie i wszystko, co swoje.
Niemal jednocześnie z powrotem do siebie śnią mi się miejsca porośnięte trawą. Ślady po ludziach. I po mnie. Jakbym zbiegała się w środku siebie, dawna i nowa, spotkanie w połowie drogi, w samo południe, ostrzeliwujemy się spojrzeniami, obie cudowne i głupie jak buty, na szczęście od pary.
Chodzę po dawnym świecie i wstępnie już mnie w nim nie ma, jestem zdumiona zanikiem, atrofią, trzciną i wodą.
To aż niemożliwe, bo nigdzie indziej nie wrosłam tak bezkolizyjnie jak w tamte jeziora i lasy. Nieodgrodzona sanepidem od jagód i malin, nieznająca strachu, zielna. W starym pałacowym parku nad tamą jeziora wchodziłam po zwalonych pniach w środek wody, pozbywając się granic dla wzroku, zapinając suwakiem wodę i powietrze. Było pusto i nieustannie byłam sama, robiąc sobie zabawki z tego, co pod ręką, ziemia, świat, pora dnia i roku.
A teraz nie ma tam po mnie najdrobniejszego śladu, może poza jednym.
Kiedy chodziłam do szkoły, mama kazała mi regularnie pielić i zagrabiać mały ogródek wokół figury Jezusa, przy której co maj śpiewałyśmy z innymi kobietami melodyjne nabożeństwo, radośnie i słodko, jak początek pogrzebu. Kradłam stamtąd pierwsze narcyzy, kwiatowa kleptomanka, niespokojna, ale upojona zapachem, dla kwiatów wszystko umiałam sobie wytłumaczyć, bo bóg patrzył, ale za to grabienie przymykał oko na narcyzy, to było dla mnie oczywiste. Jednego nieostrożnego popołudnia grabiami zdjęłam nieposprzątanemu bogu z nadgarstka wysuszony wianek majowy, z zetlałą wstążeczką. Aż tu nagle – razem z wiankiem odpadła cała dłoń Jezusa. Co się wtedy wyprawiało! Mama prawie zemdlała, jak przygnałam wyznać, że utrąciłam figurze rękę, i to tę, która błogosławi. Razem z mamą ułożyłyśmy rękę na cokole, markując pielenie ogródka – i w długą. Nie wiem, co mówili ludzie, dość, że po jakimś czasie lokalny murarz naprawił nam boga jak umiał najlepiej – utrąconą dłoń dolepił, okleił, ale że znał się na domach, a nie na boskiej anatomii, tak wydłużył i wykręcił gipsowy nadgarstek, że od tamtej pory stary wiejski Jezus w jednej ręce ma dwa imponujące łokcie. Jak pojadę do rodziców niebawem, zrobię dla Was zdjęcie :-).
Czy teraz już zawsze to ja będę brała świat na ręce, jak to się stało, że mam być wciąż mądrzejsza i podarowana innym? Kiedy niemal 15 lat temu przyjechałam ze szpitala z pierwszą córeczką do domu rodziców, najbardziej na świecie chciałam, żeby mama podniosła mnie i ponosiła, aż zasnę. Nie wszystko było w umowie, nie każdy dorosły ciężar przewidziałam i udźwignęłam, teraz to w sobie rozumiem i cierpliwie noszę, małe, senne smutki, naftalinę rzeczy przeszłych dokonanych.
Nie, dziś, kiedy opowiadam, kompletnie nie wierzę, że moje dzieciństwo minęło, jak to? Miałam wtedy taką ładną sukienkę i czas bez godzin, i lody śmietankowe, które lodziarz rozwoził po okolicznych miasteczkach w wielkich blaszanych kanach, a wszyscy zjeżdżali się rowerami kupować i równie szybko znikali, na odległość topnienia. W równoległym świecie, w tych samych upałach i deszczach rósł mój ukochany, którego dziadek miał budkę z lodami, pojawiłam się w ich życiu o wiele lat za późno, miejsce po lodziarni zarosło już trawą, ale wiem, że 1 sierpnia o godzinie 17:00 dziadek nigdy nie sprzedawał lodów. Idę, dzierżawiąc to wspomnienie i obraz, ostrożnie, żeby nigdy nie stopniało.
Latem każdego roku odzywają się bóle fantomowe, kwitną we mnie stare ogrody i niesłyszalnymi dzwonkami opadają na piaszczystą drogę płatki polnej róży, wyrzucane wysoko w powietrze przez całe dzieciństwo; lubiany na prowincji trening czystości duchowej na zawsze będzie miał różany zapach i białą sukienkę z koszyczkiem.
W dawnych czasach byłam tak cierpliwa i zaczynałam się jak pszenne ciasto, rosłam, ciepła, wyuczały się we mnie spojrzenia i przyrośnięcie do ziemi.
Wszystko we mnie pochodzi stamtąd i z wtedy, za każdym razem teraz jestem starsza niż myślałam, posiadam biegłą pamięć pierwszych gestów. Liście, kolce głogu i czerwień, obrazy z płatków kwiatków pod werniksem, zieleń, gorzki rumianek i herbata lipowa. Uzupełniam sobie niedobór przestrzeni, suplementuję opisem, bliska i czuła dla siebie w dotkliwym braku pierwszego świata przyrośniętego do skóry.
Niczego tak bezkresnie jak tam nie wiedziałam i nigdzie nie umiałam tak godzinami milczeć na niepojęte tematy, nie było jeszcze żadnej biblioteki, myśli wyłącznie spoza katalogu, rosłam sobie jak błąd językowy, utrwalając się z czasem, możliwa, choć oficjalnie niedeklinowana. Mój kontur był jak nawyk materii, odcięty z powietrza. Kształtowałam się w sobie, w wiśniach, w niesłodkich winogronach, którym nie starczało sierpnia, żeby wezbrał cukier, w porzeczkowym winie, pitym ukradkiem przez pięć połączonych słomek prosto z butli w piwnicy, w pijanym śnie na stercie ziemniaków, w próbach latania kartonowymi skrzydłami.
Nie miałam wtedy, więc nie mogłam stracić. Adres był z obrzeża. Strych starzał nam się samowystarczalnie, jeśli chciałam czegoś nowego, szłam wyjąć i przerobić stare, niezdarne krawiectwo przy maszynie Singer dawało naukę, że zmiana to praca, a nowe to praca nad starym, wykrój w Burdzie, pozwólcie, że przeliteruję to sobie, zapomniałam na trzydzieści lat. Gdybym ja to sobie wcześniej ładnie pozszywała, moje krawiectwo metafizyczne, gdy przeszywał mnie dreszcz, pokój z widokiem wewnętrznym, śmiech, wszystko od dawna byłoby już lepsze, ale nie wolno żałować, tamta to też ja, innej nie będzie, ją też lubię.
Jestem bezgranicznie szczęśliwa, kiedy myślę. Mam wtedy głębokie uczucie bycia sobą, jakbym wprowadziła się do samej siebie. Na metę. Jestem w głowie, to będzie jeszcze niekoniecznie przyszłość, ale wróciłam tu, skąd wychodziłam niegdyś na spotkanie, mniej zaprzeszła, wyszorowana z formaliny, odnalazłam się sobie i staram się na powrót samej siebie użyć. Wydarzają się małe, piękne zmiany. Bywam z siebie dumna.
A Wy? Gdzie dorastaliście? Lubicie tamto swoje dzieciństwo? To dobre. Bo każdy miał kawałek dobrego. Gdzie dzięki niemu jesteście, co o sobie myślicie?
Pozdrawiam Was serdecznie, machając ręką. Z podwójnym łokciem, rzecz jasna.
ps. Dopiero odpisałam na wszystkie komentarze, miałam szaleńczy tydzień, który zawierał niespodziewanie fajne nowe rzeczy tylko moje i dla mnie, czuję, że idę we właściwym kierunku!
by katachreza | Aug 5, 2013 | ja
 |
| Alone (Swimming pool) by Belhoula Amir |
Co u Was? U mnie ja.
Łowię połyskujące światło, wodę, powietrze, kataloguję płochliwe odbicia w lustrze, srebrna sroka, szklana figurka i popiół, płynę jak krople cyny pod samą krawędź lutownicy, łączę i spajam minione z nienadeszłym, kruche z nieistniejącym, pudrowy cukierek na języku, muszę być gdzieś naprawdę blisko.
Szukam małych przyjemności. Brakuje mi w dniu tych nieistotnych drobin, zamyśleń, błahych samotnych milczeń, siebie.
Drobne euforie, kostki lodu w upalnym mieście, czy mi się zdarzają, czy je przynajmniej dostrzegam? Czy o tym pamiętam, czy potrafię nimi opowiadać sobie siebie?
Tęsknię. Do siebie, czy za sobą? Chcę tej nowej, przyszłej, zazdroszczę jej trochę – żyje lepiej niż ja, odrobiła ćwiczenia z rozszerzania czasu, upływa skupiona. Ja też chcę, wkładam patyk w szprychy, przerywam bieg na orientację po krawędzi karuzelki, w którym początek i koniec sklejone niewielką ilością snu, chciałabym nareszcie zrealizować plan na samą siebie. Od tego malutkiego po wielki.
Od tygodnia robię nowy porządek w dniu i w wychowaniu dzieci. Mam dzieci rozrzucone po całej dobie i roku, i muszę je inaczej ułożyć, zmiany z dnia na dzień odważniejsze i głębsze.
Jednocześnie robię porządek w moim podręcznym mieście, skupiona na tym, żeby sprawić samej sobie, tylko sobie radość. Kiedyś byłam dla siebie najważniejsza, potem skądś się we mnie wzięło przekonanie, że już nie powinnam, a teraz wyciągam samą siebie z pawlacza i dalejże – w świat.
Robię małe rzeczy.
Zapomniane.
Chodzę sama na kawę i lody. Nad kawą czytam książki w ulubionych metajęzykach i tasuję brawurowe fikcje. Nie wracam zdławiona wyrzutem sumienia, żeby się niepowtarzalnie zająć pralką. Karuzelkę raz na co najmniej dwa dni wyłączam na kilka godzin. Świat, o dziwo, nadal istnieje.
I (nie śmiać mi się tylko) – przedwczoraj późnym wieczorem, zamiast schludnego, szybkiego prysznica kobiety pracującej, wzięłam długą kąpiel, pierwszą po chyba czterech latach. Godzina w pianie. Bajka. Takie proste! I owszem, wstrząsa mną fakt, że przez jakichś tysiąc czterysta wieczorów wybierałam trucht przez urojone częściowo obowiązki i ten wieczorny nerwowy pośpiech, bez którego nie da się być matką polką.
A pławienie w wannie, dziękuję, wspaniałe, czytałam tak długo, aż niemal zasnęłam, fala myśli i wspomnień, robił mi się bezwiedny gombrowicz, patyk, wróbel, łączenia neuronów, wyświetlał mi się niezamierzony album z przezroczami, aż trudno uwierzyć, że to wszystko przeżyłam, małe, błahe i gęste, niepodręczne, z dna szafy.
Strasznie dziwne uczucie – uprzytomnić sobie, że przez tak długi czas biegłam bez przystanku na siebie.
Aż tu nagle jestem. I strasznie się lubię.
Recent Comments