by katachreza | Mar 23, 2013 | kultura, lost moments, życie
 |
| Wi-fihawks [tribute to Edward Hopper] |
Do chwili, gdy piszę te słowa, doprowadziły nas wąską kładką czasy, kiedy komputery były jak pianole, czytające perforowane arkusze papieru. Z pierwszej pracy mojej siostry w wojewódzkim oddziale jedynego banku w tym kraju, pamiętam pożółkłe papierowe wstęgi z otworami, które zaledwie trzydzieści lat temu poniewierały się po starym domu.
Nasze wzruszające kodowanie supełkowe, ostrożna kładka prowadząca od glinianych tabliczek do Kindle Fire.
Piękna samozagłada gatunku, który interweniuje w ewolucję, tworząc maszyny, które go przekroczą, podając mu dane do obliczeń niedostępnych dla jego własnych mocy intelektualnych; każdorazowo jesteśmy kolejny krok dalej od siebie, niezdolni wykorzystać to, co stworzyliśmy, żeby nas tworzyło. Akceleracja genotypu, faza wyczerpania po gorączkowym biegu i śmierć. Bo czy w Waszych przenośnych urządzeniach memoryzujących zrobicie kopię zapasową życia? Czy da się Was zawczasu serwisować antyfuneralnie?
A komu właściwie służy to całe archiwum cywilizacji? W naszych zamkniętych książkach, wyłączonych telewizorach i komputerach, w naszym niepodłączonym internecie nie ma żadnej hibernacji znaczenia pod naszą nieobecność, przeciwnie, znaki nieprzerwanie oznaczają, Anna Karenina rzuca się pod pociąg zawsze w tym samym wersie, w operach mydlanych i telewizyjnych prognozach pogody bohaterowie nieustannie podejmują trud wypowiadania i wskazywania, sieć agreguje petabajty informacji i rozprasza źródła, wszystko tam istnieje,
i robi to bez nas.
Niech nie zmylą nas ciemne ekrany kultury, niech nikt nie ocenia jej po zamkniętej okładce, kultura reprezentacji odłączyła się od nas już dawno i emituje swoje znaki na własny rachunek, po coś innego, niż wtedy, gdy ją wymyślaliśmy naskalnie, żeby nie wszystcy minąć.
Melancholijnie i hobbystycznie płacimy stawkę stałą za przesył znaku i zasypiamy w naszym śmiesznym dobowym rytmie zmęczenia i radości, wystawieni na przemysłową emisję znaczenia, której nie inicjujemy, ani nie odbieramy w żadnym celu komunikacyjnym.
Więc czy ona jeszcze jest nasza.
Ewolucja.
by katachreza | Mar 22, 2013 | ja, życie
 |
| Gatto di Franco Matticchio |
Przez ostatnie 24 godziny życie przebiegło mi przed oczami. Po pasach. Ale na czerwonym świetle.
Bieg pod kojcem Kopciuszki uważamy oficjalnie za ukończony.
Właśnie wyszłam z głównego nurtu rzeki, otrzepałam się po psiemu i dyszę z radości.
Gabarytowo jest to zmiana co najmniej na klatę dużego, cieszącego się życiem nowofunlanda. Otrzepanym nowofunlandem zaczynam porywać się na zupełnie inne rzeczy. Na odzyskanie siebie, może być w formie metodycznego wypłukiwania pozostałych drobinek.
Jestem. I zaczynam się śmiać.
by katachreza | Mar 16, 2013 | ja, zdrowie, życie
 |
| Nicola Tesla in his Laboratory |
Zsuwam się z ostatnich dni nieprzytomna, spać. Zjeżdżalnia jak zawsze w wygodnym kształcie wstęgi Möbiusa, budzę się ciągle po tej samej stronie. Choruję chyba na przewlekłą fikcję. Bo przecież niemożliwe, żeby coroczne nieszczęścia miały taki dar regeneracji i wracały jak zły szeląg w tym zdzierskim systemie płatniczym “sobą za życie”. Straszna lichwa.
Więc jak co roku o tej samej porze, siedzę na tym cholernym przerdzewiałym wieczku od puszki Pandory i dopycham je nogą. A tak okropnie chciałabym pójść w miasto z butelką wina i kraść tulipany z zieleni miejskiej.
by katachreza | Mar 6, 2013 | państwo, zdrowie, życie
 |
| Sorry by Banksy |
Mam taki kaprys. Socjopatyczną zachciankę.
Żeby zmienić ustrój. Wykonać skromne działanie algebraiczne na kraju i ukrócić mnożenie się wydatków publicznych poprzez wyeliminowanie sektora publicznego. I poprzez konsekwentne zastąpienie go narodem.
Gdyż doszliśmy jakby do ściany i jest ona płaczu.
Nie myślę o komunizmie, socjalizmie, nie marzę o żadnych -izmach. Zauważam tylko surowo, że życie i zdrowie jest u nas obecnie najskuteczniej chronione i fundowane wyłącznie w modelu kickstarterowym.
Zrzucamy się gromadą, niespokojnym stadem na lekarstwa na raka, sztuczne nogi, płuca, operację serca. Zabezpieczamy najbardziej podstawowe potrzeby drugiego człowieka pospolitym ruszeniem, co w niemodnych słownikach określano współczuciem, miłosierdziem bądź czynieniem dobra. Bo nic więcej nie działa. Wyciągamy setki małych, słabych parasoli i śmieszni, ale nieugięci, stawiamy czoła nowym huraganom.
Co zdumiewające, naszych rozpaczliwie pierwszych potrzeb nie zabezpiecza państwo. Służba wypowiedziana zdrowiu. Lęk przed śmiercią mamy w tym kraju dwa razy: drugi raz – umierając, a pierwszy – słusznie bojąc się, że nikt nie zapłaci za to, abyśmy nie umarli.
Nie znam innych skuteczniejszych metod, aniżeli pomoc zwykłych dobrych ludzi.
Czy jest różnica między zrzucaniem się na realizację błyskotliwego projektu w http://www.kickstarter.com/, a cofundingiem życia?
Czy ja w tym potrzebuję państwa? I czy mogłabym uprzejmie zwolnić nasze władze, wyraźnie nie umysłowe? Chłopaki jakby nie są tanie w utrzymaniu, a mało obyte z naszą częścią rzeczywistości. Garną się do światła, i zawsze jest to światło przewodu pokarmowego. W dyplomacji skądinąd te same ruchy robaczkowe.
Więc bez państwa i władzy mam jakby więcej. Kraju, to co, może zabiorę Ci swoje podatki i wraz z resztą narodu zrzucimy się na autostrady? Będą do końca roku. Lekarstwa – w prostym modelu: chorzy je dostaną. Jedzenie? W moim prostym modelu świat wygląda na taki, którego wystarcza dla wszystkich.
To jak? Zrzucamy się na projekt Polska ;>?
Recent Comments