by katachreza | Mar 26, 2013 | kobiety, rodzice
 |
| Sur de rien by Clod |
Kobiety w naszej rodzinie są, tak się złożyło – pamiętliwe.
Wytrzymują długo, mają serca duże i miękkie, opatrują rany kłute i szarpane, taktownie, serdecznie, ze śmiechem.
Tryb Marusia – preinstalowany genetycznie.
Do czasu.
Jeśli masz taką ułańską fantazję, aby metodycznie podręczyć kobietę z naszej rodziny złym słowem, pomówieniem, niesprawiedliwą oceną, uporczywym krytykowaniem od a do z – nie będzie Ci się żyło gorzej, albowiem model ten przygotowany został do zastępowania konia przy pługu i przeżyje w najbardziej ekstremalnej sytuacji.
Natomiast nie pożałuje sobie cichutkiej, skromnej, prywatnej zemsty. Do wiadomości własnej.
Moja fenomenalnie zaprawiona w tej kwestii mama nie wykonywała gestów ordynarnych i pochopnych, kiedy ojciec akurat winszował sobie wykonać jakiś nieładny zabieg na jej poczuciu własnej wartości.
Mama odkładała. W pamięci. Aż się uzbiera. I w punkt.
Mój ojciec miał słabość do pielęgnacji urody. Własnej. Najchętniej środkami naturalnymi, które gotował i mieszał przedwojennymi sposobami. W związku z czym latem na strychu suszyły się pokrzywy, z których ojciec sporządzał garnek mikstury do włosów, aby były gęste i zdrowe. Miksturę uważał za najlepszy środek pielęgnacyjny i codziennie uroczyście przynosił ją sobie w garnku ze strychu, aby urodzie nie stała się krzywda. Ponieważ nie mógł się zdecydować, czy lepiej działa picie mikstury, czy smarowanie nią włosów, robił jedno i drugie.
Któregoś nerwowego popołudnia w mamie akurat coś subtelnie pękło. Kiedy ojciec poszedł popracować w warsztacie, przyniosła sobie garnek z miksturą pokrzywową, postawiła go na podłodze w kuchni, usiadła przy nim, starannie umyła sobie stopy w drogocennej zawartości, a następnie odniosła garnek z powrotem na strych.
I przez wiele dni z cichym i serdecznym uśmiechem czekała na rytualne użycie pokrzywy.
Moja trenerka. Mistrzyni ognia i wody w zdrowych proporcjach.
A jakie są kobiety w Waszych rodzinach?
by katachreza | Mar 23, 2013 | kultura, lost moments, życie
 |
| Wi-fihawks [tribute to Edward Hopper] |
Do chwili, gdy piszę te słowa, doprowadziły nas wąską kładką czasy, kiedy komputery były jak pianole, czytające perforowane arkusze papieru. Z pierwszej pracy mojej siostry w wojewódzkim oddziale jedynego banku w tym kraju, pamiętam pożółkłe papierowe wstęgi z otworami, które zaledwie trzydzieści lat temu poniewierały się po starym domu.
Nasze wzruszające kodowanie supełkowe, ostrożna kładka prowadząca od glinianych tabliczek do Kindle Fire.
Piękna samozagłada gatunku, który interweniuje w ewolucję, tworząc maszyny, które go przekroczą, podając mu dane do obliczeń niedostępnych dla jego własnych mocy intelektualnych; każdorazowo jesteśmy kolejny krok dalej od siebie, niezdolni wykorzystać to, co stworzyliśmy, żeby nas tworzyło. Akceleracja genotypu, faza wyczerpania po gorączkowym biegu i śmierć. Bo czy w Waszych przenośnych urządzeniach memoryzujących zrobicie kopię zapasową życia? Czy da się Was zawczasu serwisować antyfuneralnie?
A komu właściwie służy to całe archiwum cywilizacji? W naszych zamkniętych książkach, wyłączonych telewizorach i komputerach, w naszym niepodłączonym internecie nie ma żadnej hibernacji znaczenia pod naszą nieobecność, przeciwnie, znaki nieprzerwanie oznaczają, Anna Karenina rzuca się pod pociąg zawsze w tym samym wersie, w operach mydlanych i telewizyjnych prognozach pogody bohaterowie nieustannie podejmują trud wypowiadania i wskazywania, sieć agreguje petabajty informacji i rozprasza źródła, wszystko tam istnieje,
i robi to bez nas.
Niech nie zmylą nas ciemne ekrany kultury, niech nikt nie ocenia jej po zamkniętej okładce, kultura reprezentacji odłączyła się od nas już dawno i emituje swoje znaki na własny rachunek, po coś innego, niż wtedy, gdy ją wymyślaliśmy naskalnie, żeby nie wszystcy minąć.
Melancholijnie i hobbystycznie płacimy stawkę stałą za przesył znaku i zasypiamy w naszym śmiesznym dobowym rytmie zmęczenia i radości, wystawieni na przemysłową emisję znaczenia, której nie inicjujemy, ani nie odbieramy w żadnym celu komunikacyjnym.
Więc czy ona jeszcze jest nasza.
Ewolucja.
by katachreza | Mar 22, 2013 | ja, życie
 |
| Gatto di Franco Matticchio |
Przez ostatnie 24 godziny życie przebiegło mi przed oczami. Po pasach. Ale na czerwonym świetle.
Bieg pod kojcem Kopciuszki uważamy oficjalnie za ukończony.
Właśnie wyszłam z głównego nurtu rzeki, otrzepałam się po psiemu i dyszę z radości.
Gabarytowo jest to zmiana co najmniej na klatę dużego, cieszącego się życiem nowofunlanda. Otrzepanym nowofunlandem zaczynam porywać się na zupełnie inne rzeczy. Na odzyskanie siebie, może być w formie metodycznego wypłukiwania pozostałych drobinek.
Jestem. I zaczynam się śmiać.
by katachreza | Mar 19, 2013 | ja, kolor, Pamięć
 |
| Brasilian bananas by Eliza |
Mais où sont les neiges d’antan? Bo te bieżące w szybko przybywających centymetrach zupełnie mnie nie satysfakcjonują, zwłaszcza, że wewnętrzny kalendarzyk księcia de Petit Berry anonsuje wiosnę.
Chcę tulipanów i przyrody, nie muszą pochodzić z legalnego obrotu. Doraźnie wywołuję w sobie kolor w oku za pomocą dostarczonych przez E. z Brazylii dowodów na istnienie innych niż nasza pór roku. Na widok zaśnieżonych kwiaciarni neurotycznie wspominam osiągniętą w innej epoce biegłość w nocnym wykaszaniu miejskich rabatek z tulipanem w ilości hurtowej. Dla samej przyjemności trzymania naręcza tulipanów oraz z potrzeby wystroju wnętrza burego pokoiku dla młodzieży uczącej się. Co tak sobie niegroźnie i de profundis clamavi projektuję. W moim nadmiernie subordynowanym teraz.
Jedyną dostępną obecnie przyrodę z racji śniegu i paranormalnej ilości dzieci mam zzipowaną w pamięci, głównie w archiwaliach non sunt turpia rodzinnych, więc proszę uprzejmie nie dziwić się zwrotom akcji, bo mi spadają. Gdzie popadnie. I wybaczcie wtrącenia w martwym języku, taka pogoda, ja też jestem kompletnie nieżywa, choć nie chcę.
Czy już wspominałam, że niegdysiejsi jak śnieg sąsiedzi moich rodziców celowali w życiu oszczędnym i samowystarczalnym, a ich obieg zamknięty surowców budził mój niekłamany podziw i zgrozę? Naszym przekleństwem była z niedbałym rozmachem powiększana przez sąsiadów domowa hodowla drobiu do bezpośredniej konsumpcji, jeden z licznych powodów, dla których z ulgą zostałam wegetarianką. Drób był bujny, w najlepszym i zróżnicowanym gatunku. Gęsi, kaczki, kury, perliczki, koguciki w wersji bonsai i duża ilość brzydkiego kaczątka, które nie ładniało przed garnkiem. Drób przemieszczał się pulsacyjnie po podwórku własnym, odmykał furteczkę siłą woli, osmotycznie wlewał się na nasze podwórko i wykonywał bezinteresowną przemianę materii. Do zeszłych wakacji wydawało mi się, że nie ma na świecie gorszego dźwięku aniżeli stadne gęganie z gdakaniem pod oknem, po którego drugiej stronie przez lata tak pracowicie się literaturoznałam. Dopiero rok temu drób został przyćmiony przez lokalną przyrodę nieożywioną, to jest mp3 ze sztucznym sokołem. Ścieżkę dźwiękową z dużym ptakiem czule zainstalowali w swoim sadzie wiśniowym sąsiedzi z drugiej strony podwórka rodziców, aby chronić dojrzewające owoce przed nalotami dywanowymi okolicznych wróbli, co kocham lubię szanuję, tak celnie łupie w środek czaszki. Silny Czechow w wyniku, choć tylko dwie siostry.
Ale wracając do sąsiadów i ich lokalnej odmiany recyklingu, otóż sąsiedzi owi w ciepłe letnie dni, po wstępnej inspekcji zawartości, suszyli na słońcu uzbierane skrzętnie pampersy swojego sympatycznego synka i włączali je do ponownego obiegu w rodzinie. Którą to rodzinę wraz z drobiem serdecznie pozdrawiam.
Co oczywiście miało być zaledwie skromną dygresją w mojej epickiej fali zmęczenia materiałem genetycznym, którego najmłodsza próbka ukończyła dziś w pięknym stylu piąty rok życia.
A czy teraz mogłabym już pobrać jakąś wiosnę z internetu? A może jest u Was?
by katachreza | Mar 16, 2013 | ja, zdrowie, życie
 |
| Nicola Tesla in his Laboratory |
Zsuwam się z ostatnich dni nieprzytomna, spać. Zjeżdżalnia jak zawsze w wygodnym kształcie wstęgi Möbiusa, budzę się ciągle po tej samej stronie. Choruję chyba na przewlekłą fikcję. Bo przecież niemożliwe, żeby coroczne nieszczęścia miały taki dar regeneracji i wracały jak zły szeląg w tym zdzierskim systemie płatniczym “sobą za życie”. Straszna lichwa.
Więc jak co roku o tej samej porze, siedzę na tym cholernym przerdzewiałym wieczku od puszki Pandory i dopycham je nogą. A tak okropnie chciałabym pójść w miasto z butelką wina i kraść tulipany z zieleni miejskiej.
Recent Comments