Dotykanie istoty szarej ze zmęczenia

Dotykanie istoty szarej ze zmęczenia

Pingüino con conejo by Jaume Montserrat 

Kimkolwiek jesteś, pomyśl też o sobie.
Co tam chowasz w środku?

Jakie niespełnienia?

Jaki błękitny koralik wydalisz, zanim przyjdzie koniec?

Kazali nie łopotać skrzydłami, więc złożone? Nie, to nie jest to samo, co dać komuś po pysku, choć też ładnie klaszcze w chwilach niepokoju. Wspomnienie powietrza z czasów, gdy ludzie jeszcze oddychali.

Miejsce bezpieczniej do końca to samo, najlepsza meta na lęk przed falstartem. Ale bielizna czysta na wypadek, jeśliby w spożywczym zdarzył Ci się niezobowiązujący romans.

Od wielkiego dzwonu robisz sprzątanie w kieszeni, uzbierało się siebie, naniosło, dodało, teraz się wyrzuci. Miękkie wyświetlacze wystaw, jezior, okien uśmiechną się Twoim odbiciem. Czujesz na swój widok radość czy robisz korektę?

Nic nie mówię, tak tu sobie wszyscy śmiesznie brniemy w brudnych zaspach czasu, chłodno kalkulując, którędy do piątków, sobót, prasowanych niedziel. Nietłukące nadzieje, że przetrwamy jeszcze jeden sezon, bo dobrze nam ostatnio poszło, miejscami nawet wir, taniec i monetyzacja.

Jakkolwiek trudno odróżnić Cię od reszty życia. Gdzie masz zarys granic?
Coś ołówkowego, spódnica, kwit, blaknący paragon.
Gdzie Ty masz na imię?

Czy możesz czasem zrobić coś tylko dla siebie?
Jakby miało się kiedyś okazać, że nikt prócz Ciebie nie zostanie Tobą.

Tajemnica mamy

Tajemnica mamy

Mama

Kiedy byłam mała i wieczorami wstrzymywano dostawy prądu, mama opowiadała mi swoją tajemnicę. Tajemnica zaczynała się tak:

un
deux
trois
quatre
cinq
six
sette
huit
neuf
dix.

Dawno dawno temu, tuż po wojnie, w maleńkiej wiejskiej szkole był sobie pan kierownik szkoły, który uczył dzieci języka francuskiego. Nauczył je wszystkiego co umiał, a było to akurat liczenie do dziesięciu.

Mama jeszcze raz ślicznie liczyła do dziesięciu w wytwornym języku obcym i mówiła na koniec:
– Bardzo chciałam się uczyć.
A potem zmieniała temat.

Niedawno, jakieś dziesięć dni temu, uświadomiłam sobie, że nie znam ciągu dalszego. Ani bliższego. A dokładniej: pytałam o nie wiele razy, ale ich nie zapisywałam, nie słuchałam tak, żeby te wszystkie historie wziąć z sobą na później. Wydawały się takie nabite życiem, pełne cudzej codzienności, nie do zapamiętania, za gęste.

Ale mam coraz mniej czasu, muszę.
Wziąć historie, takie jak dają, jak je tam do siebie mówią, z płótna, niebielone, muszę je sobie schować na później, jeśli nie rozumiem teraz, żeby się było czym najeść, jak będę głodniejsza.

Zadzwoniłam do mamy i mówię: – Chciałabym odwiązać wstążeczkę deoksyrybonukleinową na Twojej głowie i zobaczyć Cię młodą, w czasach, kiedy wraz z Tobą biegały w zieleńszej trawie głodne koleżanki o smukłych charcich pyskach, samolubnie chciałabym Cię bliżej poznać, aby zrozumieć, w czym jesteśmy do siebie podobne. Zobaczyć, co przyniosłaś w fartuszku, a ja wzięłam. Mamo.

Więc włożyłam słuchawki w telefon, otworzyłam czysty plik w wordzie, zadzwoniłam do mamy  i naprawdę mówię: – Mamo, a kiedy Ty poszłaś do szkoły, bo chciałabym to sobie zapisać? Pamiętam, mówię, jak mówiłaś, mamo, że tuż po wojnie, w maleńkiej wiejskiej szkole był sobie pan kierownik szkoły, który uczył dzieci języka francuskiego i że nauczył je wszystkiego co umiał, a było to akurat liczenie do dziesięciu.

Na to mama powiedziała, w swoim wytwornym języku obcym matek z innego pokolenia:

– Po wojnie każdy wygadany był kimś, więc nikt się nie pytał, kim był przedtem kierownik szkoły. Nie wiem. Umiał liczyć do dziesięciu to i ja umiem. Poszłam do szkoły w 1947. Miałam wtedy 12 lat i przyjęli mnie do 6 klasy.Próbowałam uczyć się tego francuskiego sama, bo książka w szkole też była po francusku, a kierownik nic w niej przeczytać nie umiał, więc co mnie mógł nauczyć. Jak już mi zaczęło trochę wychodzić to składanie, czytanie, to akurat skończyła się siódma klasa, a z nią szkoła.

Chciałam iść uczyć się dalej, ale rodzice kazali iść do roboty. Tata był sołtysem, więc chodził po zebraniach, a wszystkim w domu zadawał robotę, bracia starsi w polu, ja w domu. Miałam 13 lat.

Jak skończyłam 15 lat, to już wiedziałam, co chcę w życiu robić i bardzo chciałam się uczyć szycia, żeby zostać krawcową, a miałam do tego smykałkę, po swojej mamie, babci Marcie. Lubiłam szyć, wyszywać, w domu była maszyna Singera. Chciałam iść do krawcowej we wsi na praktykę, a potem do szkoły, na kurs.

Krawcowa ze wsi, pani Senska, do której pojechałam rowerem zapytać, zgodziła się wziąć mnie na taką praktykę. Ale jak powiedziałam o tym rodzicom, była wielka awantura i nikt się nie zgodził. Ani ojciec, ani matka, ani starsi bracia. Za dużo godzin nie byłoby mnie w domu i za dużo godzin nie pracowałabym w gospodarstwie.

Ile ja łez wylałam, że się nie mogę uczyć. Ale mój tata, jak mówiła o nim moja mama, z urodzenia był urzędnikiem, co choćby gówna z nieba padały, weźmie rower i pojedzie do gminy, a dzieciaki muszą w gospodarstwie robić. Mama mówiła mu wiele razy, tyś zawód pomylił, ty musisz mieć ludzi pod sobą, tyś jest do zarządzania i urzędnik do pisania, a nie rolnik. Odkąd pamiętam, tata ciągle się w coś angażował, prowadził spółkę wodną, robił do spraw doskonałą dokumentację, chwalili go w gminie zawsze.

Żaden z braci też nie poszedł się dalej uczyć. Chociaż – mój brat Gieniu miał iść na cukiernika, w 1939 roku miał 14 lat, skończył podstawówkę. Przed wojną do ostatnich trzech klas, 3, 4 i 5-tej chodziło się po dwa lata. Kiedy wyszedł ze szkoły, miał iść na praktykę do brata mojego taty, piekarza w Wysokiej, ale wybuchła wojna, mieszkaliśmy bardzo blisko niemieckiej granicy, bo przecież była niedaleko, przed Piłą, i na nas szybko trafiło, jeszcze jesienią 1939 roku brata taty rozstrzelano w górach.

Tata przed wojną był sołtysem i od 1946 znowu, do 1954, do samej śmierci.

Tak zaraz po wojnie był krótko sołtysem Kowalski “nieczytaty niepisaty”. Lata się z niego tata śmiał, jak mu w gminie pokazali kartkę dyktowaną przez Kowalskiego, który dziecko w wiosce urodzone do urzędu zgłosił. I tak podyktował: “Zgłasza Kowalski, że się urodził mały człowiek”, żeby go zameldować, a to nawet nie był obowiązek sołtysa, tylko to położna robiła, spisywała akt urodzenia.

Tata umarł w 1954, miał boleści w klatce piersiowej, miał guz na płucach, chcieli operować, ale tata 3 razy uciekał ze szpitala. Nastała potem penicylina, mama od lekarza z Wyrzyska dostała receptę na penicylinę, do Piły, do sióstr zakonnych trzeba było jechać, no to pojechałam, dostałam, kupiłam, ale tata już był wykończony, i parę dni potem umarł.

Oni wszyscy przez tę wojnę poumierali, tyle bici, przeziębieni, tata był strasznie bity, trzy dni i trzy noce go trzymali w Białośliwiu w gminie Niemcy, w czasie wojny, w 1939 roku, jesienią go złapali.

Pamiętam, że wtedy do mamy przyjechał Niemiec, pan Fenska, spod lasu, mądry człowiek, przyjaciel taty. Zamówił wcześniej u taty cielaka, przyjechał do mamy odebrać, mama w bek, że taty nie ma, bo policja go zabrała, pan Fenska jak stał, tak powózką do Białośliwia ruszył i tata wrócił wieczorem, cały pobity, posiniaczony, że tylko na podłodze leżał. Już by nie żył, bo resztę chłopów zabili w lesie wtedy, pomnik stoi, nigdy go nie pojechałam zobaczyć, nigdy, lata temu bratanica pojechała, nazwiska mi powiedziała.

Tata wrócił.

Naszą rodzinę całą wyrzucili z domu, na Łąki się kazali przenieść, do Niemki, do pracy. Niemka miała jedno gospodarstwo, a nam się dostał drugi domek i chlewik obok, puste, pewnie kogoś stamtąd zabrali.

Tata do końca wojny pracował u tej Niemki, był uczony, dobrze gospodarował, krowy jej pozmieniał, bo na łące krowy mogą być 2 – 3 lata. Tata z Niemką jeździli zmieniać krowy na polne, tyle mleka miała potem, aż Niemcy myśleli, że Niemka ma jakiś romans do naszego taty, bo krowy takie ładne miała. Ale widzieli, że tata się zna, dali spokój, nawet mama miała krowę swoją, biedy nie mieliśmy, ale pracować trzeba było, ja też pracowałam.

A swoją pracę piętnaście lat później dostałam, już mężatka, dzieci odchowane, Ciebie jeszcze na świecie nie było, jak do domu przyszedł razem z moim bratem Polikarpem sąsiad, Władek Delekta, zapytać, czy ja się nie chcę dać do pracy, do zlewni mleka. Wcześniej pracująca Wandzia Frydryszek narobiła wielkiego manka, nakradła rolnikom deputatu z sera i masła, więc szukali kogoś na jej miejsce, a ja, córka starego sołtysa, miałam w wiosce jakieś poważanie.

W domu omówiłam, że warto spróbować, dzieci odchowane, co szkodzi. Pojechałam do Białośliwia z wnioskiem do mleczarni, do kierownika. Kierownik pyta, jakie mam wykształcenie, więc odpowiadam, że 7 klas podstawówki… a dokładniej, że 2 ostatnie klasy zrobiłam. Kierownik łapie się za głowę, jak ja chcę pracować, na co ja mu mówię, że z matematyki nie jestem taka całkiem tępa. Kierownik słucha i prosi księgową, żeby mi pokazała jak się wszystko w papierach robi, potem nauczą mnie jeszcze, jak samodzielnie robić próby na zawartość tłuszczu w mleku i zacznę pracę. Na próbę mam im po miesiącu przywieźć pierwsze samodzielnie wypełnione rejestry.

Nie umiem jeszcze mnożyć, ale doskonale czytam, dodaję i odejmuję, studiuję w specjalnej książce tabelę do przeliczania litrów i procentów i robię te rejestry dla całej okolicy w dwa dni, bez żadnego błędu, aż pani Jutka, księgowa z Białośliwia dębieje. Nikt już mnie więcej o szkołę nie pyta.

Taka to była historia i takie słowa w mamie, której byłam wierną stenotypistką, aż trzasnęło burtą o moją historię, bo przypomniałam sobie, że jako pięciolatka i później, uczyłam się szybkiego dodawania na litrach, wypłatach za mleko i deputatach serowych w rejestrach mamy. A jako dziesięciolatka i później zaczęłam zarabiać po 5 zł za solidne mycie wielkich basenów do mleka, do których po drabince wchodziło się w białych gumowcach, żeby przepaść na godziny szorowania i płukania szlauchem.

Mleczarnia kończy się drugą tajemnicą, dumą mojej mamy, nietkniętą przez wiele lat najdrobniejszymi zmarszczkami, piękną, gładką cerą. Kiedy wiele lat temu w podziwie wraz z przyjaciółkami z ogólniaka pytałyśmy na wakacjach moją prawie sześćdziesięcioletnią mamę, jakim cudem nie ma zmarszczek, wyznała, że to dlatego, że całe dorosłe życie myła twarz najlepszą prawdziwą śmietanką. Deputat przydał się nad podziw.

Ale najważniejszą tajemnicą mamy było pragnienie nauki. Wiedza.
I choć jak pamiętacie, kiedy pisałam doktorat, płakała do słuchawki kuzynce, że ja się jeszcze uczę, to ta sama nauka była jej własnym, najskrytszym marzeniem.

Nauczyłam się od mamy dwóch rzeczy.

Pierwsze – zaczynać pracę nawet wtedy, kiedy się jej jeszcze nie umie, bo nauczyć można się chwilę później. Trzeba tylko zacząć, jak ona. Robiłam tak za każdym razem, nie umiejąc żadnej z prac zaczynanych, ucząc się ich zawzięcie i całkiem biegle je potem wykonując.

Drugie – mówić językami, słyszeć obce języki, rozumieć, widzieć, jak się ze sobą splatają. Uczyłam się esperanto, łaciny, rosyjskiego, francuskiego, włoskiego i angielskiego. I podsłuchiwałam, smarkata, jak rodzina opowiada sobie tajemnice w wojennym niemieckim rodziców i uniwersyteckim niemieckim mojej starszej siostry germanistki, tajemnice w rodzaju “cukier puder schowany na szafie w sypialni”, bo w stanie wojennym strasznie wyjadałam cukier puder, obojętnie gdzie go schowano. Wojennego niemieckiego rodziców wystarczyło mi na swobodne liczenie punktów w tenisie stołowym podczas harcerskiego obozu w Bantikow w 6 klasie i zrozumienie, kiedy autochton informuje mnie, że jestem małą polską świnią, łaciny wystarczyło na samodzielne przełożenie Carmina Burana, reszty języków na kulturę, sztukę, i espresso doppio, esperanto do odkrycia, że Europa mówi językiem lego, do siebie mówię płynnym polskim, raz dwa trzy, próba mikrofonu.

Oglądam jedyne zdjęcie z dzieciństwa mamy i liczę po francusku do stu. Może świetnie byśmy się razem bawiły po jej komunii, ciekawe, jaki miała głos wtedy, jak i czy się śmiała. Nasze dzieci tyle nas dostaną. Zdjęć, filmów, całe archiwa życia, byle wystarczyło czasu na odtworzenie nas od początku, feniksów odrodzonych z cyfrowego popiołu, stosik zer i jedynek, może z jakąś jedną szóstką na świadectwie.

Ja prawie nic nie mam i dorabiam sobie słowami balkon, historiami most do czasu rodziców.

Nie zapobiegnę niczemu, co się stało kiedyś i co jeszcze się stanie, ale może uda mi się zrozumieć, skąd się wzięłam i po co tu jestem.

Sen o odchodzeniu

Sen o odchodzeniu

Metamorphosis of the Giant Bear by Matt Pringle

Miałam dziś sen o odchodzeniu i mijaniu, podwodny.

Patrzyłam z ogrodu rodziców na dom i ogród sąsiadów. Wszystko było głęboko pod wodą, a pokoje zarastały wysokie pokrzywy. W wodną łąkę przed nami weszła sąsiadka z wędką, szła pewnie, nawet po zanurzeniu twarzy. Wiedziałam, że idzie do starego sadu z niemodnymi gatunkami jabłoni, otrząsać jabłka na spady, całe wozy spadów.

Kto raz widział sad otrząśnięty z jabłek, kto raz stał na dywanie owoców, kto brodził w pryzmach na wpół zgniłych antonówek, ten nigdy nie zapomni. To jest Beckett, Buñuel i Burton pod stopami, to jest piknik jak w kaplicy w Czermnej.

Zalany wodą dom sąsiadów z naprzeciwka był domem moich dziecinnych szoków i dość ekstrawaganckiej opieki nade mną, malutką. Codziennie rano zostawiała mnie w nim zabiegana mama, kiedy o świcie szła do swojej pracy w zlewni mleka. Opiekowała się mną bardzo stara babcia, pani Napierała. Pamiętam, że kiedy miałam kaszel, piekła na krawędziach piecyka – kozy plastry cebuli, a kiedy miękły, ubijała w misce i podawała mi ni to sok, ni to syrop. Jej miłe córki Wandzia i Janina, wszystko alkoholiczki, jej syn Tadzio, stary alkoholik pracowali ciężko w gospodarstwie albo ciężko pili w wiernym wianuszku kompanów. Pięćdziesięcioletnie córki, stare panny, miały piękną starą toaletkę, a na niej śliczne szminki, tusze do rzęs ze szczoteczką do zbierania czerni jak z pasty do butów, po napluciu, oraz buteleczki lakierów do paznokci Celia, którymi chętnie malowałam paznokcie i policzki, na chwilę nim naszą polną drogą do lasu pojechały szare czołgi, z czerwoną gwiazdką, jak ukryty warunek umowy, dzięki czemu na krótko miałam niepracujących rodziców i rodzinny stan lękowy.

W moim śnie ojciec opowiadał, a mama kazała nam słuchać.

Ojciec mówił, jak niedawno wchodził do tamtego domu i jak zapadła się pod nim podłoga, było pod nią czarno i pusto, ale spadł na miękkie pokrzywy i wyszedł, wlewało się coraz więcej wody. Zalana łąka była jasna i przezroczysta, akwarium snu miało krystalicznie czyste szyby, widzieliśmy szybko idącą pod wodą sąsiadkę z wędką, weszła do sadu i zniknęła. Łyby łowić.

To mój drugi sen o końcu tamtego świata. W pierwszym, wiele lat temu, śnił mi się nasz stary dom, przed którym wejścia pilnowali moi skamieniali, zastygli rodzice, siwe lwy obronne, dwa stare kamienie węgielne rodziny.

Sen przepowiadający.
Tyle lat lęku o dzień, w którym zejdzie lawina.
Tyle lat lęku, że zadzwoni telefon.

Czasem dzwoni.
Telefon z domu, kiedy inna sąsiadka ostrożnie informuje, że mama w szpitalu.
Telefon z domu, kiedy boisz się odebrać, choć w większości odcinków padnie uspokajające pytanie mamy “Co słychać?”. Jeszcze.

Najmłodszemu, późno urodzonemu dziecku ciężko się wyfruwa z gniazda.
Samodzielność ostatniego dziecka jest taka rozczarowująca.
Mogłoby przecież zostać, nigdzie nie wychodzić.
Odwrócona opieka, ciężkie skrzydła zamiatają ziemię i nastawiają wodę na herbatę.

Ale, mamo, musiałam.
Mogłam musieć.
Biegnę sobie.

Ochronka

Ochronka

Scambio comunicazione by Franco Matticchio

Ot, historia niesłychana. Kultura zrobiła sobie dziecko.

Dzieciństwo stało się obszarem specjalnego nadzoru. W Polsce hoduje się dzieci pilnie strzeżone, jak rottweiler, zeznanie podatkowe i pluskawica cuchnąca.

Hodowane szklarniowo, za rękę, na odżywce witaminowej warsztatów kreatywnych wesoło pną się po wyznaczonych tykwach nasze lekko naburmuszone dzieci, dla których zabawa na dworze, na podwórku i samodzielnie zawierane, swobodne znajomości są jak science fiction. Na ich dzieciństwo składa się nasza systematyczna kontrola i ofiarny dowóz do bezpiecznych destynacji. Krótkie wymiany zdań z przedstawicielami innych rodzin w świetlicach i szatniach. Relacja międzydziecięca układana jest przez rodziców, poza społeczną realnością i poza przypadkiem. W pepitkę wspólnych urodzin z grupą przedszkolną lub klasą, w miarę upływu lat bez przeżytków w rodzaju niecierpliwego oczekiwania na spełnione marzenie prezentu i bez eskorty najlepszych kolegów i koleżanek. Wieloletnie karnawały bez postów.

O tak, wiem, co mówię. Sama w dużym stopniu tak hoduję dzieci. Nie mam podwórka. Sąsiadów. Przedszkola obok domu. Szkoły obok domu. Mam kilometry ulic ze sznurem samochodów i przejścia bez świateł. I nie wiem, jak przedrzeć się do tej warstwy rzeczywistości, którą tak dobrze pamiętam.

Byłam dzieckiem bawiącym się do zmroku na dworze. Po dwudziestej jeszcze godzinę – dwie przesiadywałam na najwyższej gałęzi jabłoni w ogrodzie rodziców. Po prostu patrząc i myśląc. Uczestniczyłam w międzysąsiedzkiej popołudniowej wymianie dzieci, gdzie nasi rodzice automatycznie gotowali kilka porcji obiadu więcej, ponieważ zawsze pałętały się pod nogami jakieś nasze koleżanki. Gdzieś tam odrabiałam lekcje, jeśli jakieś w ogóle były zadawane. Plątanie się pod nogami dorosłych, swobodne przewalanie się gromadą pomiędzy domami, zabawa z rówieśnikami, z których dałoby się z trudem uzbierać komplet klepek, bo mieliśmy we wsi wysoki odsetek aberracji genetycznych, ta zabawa, stadna i wilcza, ukształtowała nawet mnie, odludka, dziewczynkę z domu na uboczu, ektoplazmę peerelu, blondynkę o włosach tak jasnych, że nie było mnie widać na zdjęciu w VIII klasie.

I jakoś tak chwilę po zamknięciu Pewexów, znienacka zestarzał się ten niedawny, czyli mój, Wasz, nasz model życia. A właściwie rozszedł, rozszczelnił, rozdzielił. Po wybuchu popeerelowskiej swobody konsumpcji wyliniało oczywiście przynajmniej kilka wersji świata. W kącikach okna rdzewieją anteny satelitarne, bezdomne koty piją z pudełek po margarynie Kama, na strychu moich rodziców, razem ze zdjęciami z pogrzebu babci, mereżkowymi prześcieradłami przywiezionymi przez stryjów z Wielkiej Wojny, pleśnieje Atari 65 XE, książeczka mieszkaniowa siostry i części zamienne do Syrenki oraz winyle z Festiwalem Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Babcine naszyjniki z Jablonexu rozszabrowały moje córki, Matce Boskiej Częstochowskiej rysa nie doszła do serca, na parapet od lat nie narobił żaden gołąbek pokoju. Mamy wojnę rzeczy.

Ale to nie wszystko.

Tak się przypadkowo złożyło, że nasze dzieci wypadły z rzeczywistości. Całej. Nie widują żadnej prawdziwej sfery życia. I chodzi o rzecz dużo grubszą aniżeli aroganckie manipulacje różem w wychowaniu domowych księżniczek i sklepowe tablice Mendelejewa z wszechpotężnym podziałem na zabawki dla dziewcząt i chłopców. Tu się, proszę Państwa, wykonał plan wieloletni, podręczny Truman show dla dzieci i młodzieży. Kultura rezerwatu dla dzieci rozstawiła praktyczne dekoracje, ochronkę, inscenizując wychowanie w kilku seriach i cyklach, gdzie świadomość i wiedzę kompetentnie zbalansowano na każdy poziom wiekowy, fundując le trompe l’oeil 1+, 5+, 14+: czy aby na pewno tak ustawiony bieg przez kategorie wiekowe kiedykolwiek się kończy?

Czuję jak w solidnych dekoracjach współczesnego dzieciństwa ciężko pracuje najniższa część opisanego przez Baumana mechanizmu “kultury do zapominania o śmierci’, mozolnie tłocząc w rzeczywistość opary zastępcze. Przedłużone, oczyszczone z realnego życia dzieciństwo chroni przed śmiercią lepiej aniżeli sztuka. W przedziale wiekowym 0 -18 zapominanie o śmierci jest więc czystym przywilejem hojną ręką danym dzieciom przez dorosłych. Podobnie jak dziesiątki innych nieuzasadnionych przywilejów. Delikatniejsze jedzenie. Częstsze sprawianie radości. Ścieranie z uroczych dziecinnych policzków cienia rozczarowania, niezadowolenia i smutku. Sycenie bodźcem w obawie przed skamlającą nudą. Strumyczek upominków w dostępnym przedziale cenowym. Rodzicielskie poczucie winy wreszcie, najpotężniejsza dziecięca broń naszych czasów.

Dziecinna kultura domagania się. Nierozumienia. Braku współodpowiedzialności.
No więc jest. Mamy to.
Co dalej?

Nasze dzieci – mimo dryblingu empatycznych matek, zachęcających aby intelektualnie pobudzone dziecko włączyło się oto w społeczność i okazało swoją przyrodzoną mądrość i zasób słownictwa, podejrzanie niechętnie uczestniczą. W odrabianiu własnych lekcji, w czytaniu książek, w sprzątaniu. I nie chodzi mi tutaj o eleganckie bądź wściekłe wkładanie w dłoń dziecka rekwizytów ról społecznych, próbny angaż do obowiązku domowego w ramach eksperymentu “mój mały bohater umie już sam wynieść śmieci”.

W najlepszym przypadku mam na myśli dzieci, które niemrawo ekscytują się zadanym tematem zabawy w laboratoryjnych warunkach placów zabaw, z zestawem zabawek kreatywnych. Znam dobrze mętny wzrok dzieci uczestniczących w kolejnych warsztatach. Zblazowana arogancja uczestników zaawansowanych w studyjnym klejeniu kartonu i mazaniu akwarelką. Sklejanie modelu, który choćby i poleciał, Ciebie samego donikąd nie zaniesie.

W gorszym przypadku mam na myśli wszystkie dzieci, których podstawową lekcją do okolic matury jest codzienna lekcja z braku prawdziwego wkładu w życie i przeżycie rodziny. Marsz do zabawek. Z ziemi włoskiej. Ucz się. Mamusia teraz odgryzie sobie język i pokrzyczy trochę do wewnątrz, bo nie ma pieniędzy/ pracy/ perspektyw, ale nie powie Tobie, dziecko, jak możesz pomóc, co możesz zrobić naprawdę, bo to nie są sprawy dla dzieci.

Otóż są.

Ale zamiast szczerości i (współ)pracy nad przeżyciem, dzieciństwo zawiera wyłącznie w tle lata szaleństwa rodziców, nie wypuszczających uprzęży, w której prowadza się dzieci, póki nie wyjdą na ludzi dobrze pilnowanym wyjściem, w miarę możliwości już nie piszcząc w bramkach.

Rezerwat dzieciństwa jest świetny, wiadomo. Tort czekoladowy przekładany panierowanym udem lalki Barbie, posypany ciastolinową trociną. Świadectwa kompetentnego układania lego. Nauka odpowiedzialności – dobrze, ale wyłącznie na kolejnych inkarnacjach chomika o tranzytywnym imieniu Kubuś. 18 lat ćwiczeń, czy astronautom po 18 latach suchej zaprawy w kosmodromie pozwolono by wyjść na orbitę? A przecież w domach robi się troszkę nerwowo, kiedy dziecko nie bardzo rozumie, o co nam chodzi, gdy coraz natarczywiej pchamy je w stronę wyjścia na powierzchnię. Żeby umiało samo załatwić i akt zgonu, i dowód, i kasę. I miało elementarne obycie nad woskowym policzkiem bliskich zmarłych. I rodziło swoje dzieci, szybko i szczęśliwe. Z sukcesami w życiu zawodowym, mądrze zarządzając starszymi od siebie. Oby wystarczyło do tego wspomnienie zabaw z koordynatorką urodzin, która sprawiedliwie rozdawała płaczącym kolegom lizaki. Nieważne, co u nich. Oby zza krawędzi szablonu nie wychynęła nigdy owłosiona łydka realności, chora na rzadszą niż katar chorobę, z nieznanym poziomem rozpaczy. Oby na dorosłej drodze nie stanęło dzieciom nic prawdziwego. Bo się jeszcze, biedactwa, okropnie wystraszą.

Moje pięcioipółletnie dziecko rzyga fikcyjnymi historiami. Ma dość zwierzątek w tarapatach. Księżniczek i smoków po uszy, choćby najfenomenalniejszych. Chce historii prawdziwych dzieci. Z opadniętą szczęką słucha, jak jej czytam książkę Dzieciaki świata Martyny Wojciechowskiej. Są to dzieci dużo bliżej życia. Mniej więcej w samym środku.

Nieosiągalne u nas? Jak Wy to widzicie? Jak sobie z tym radzicie? Obojętnie, czy jako rodzice, czy jako ludzie przypadkowo komunikujący się z równoległym społeczeństwem dzieci.

Ja opowiem jeszcze jeden ostatni drobiazg. Skoro nasze dzieci w wieku lat pięciu nie muszą bronić stada naszych kóz przed hienami, to może chociaż tyle możemy dla nich zrobić.

Moja niegdysiejsza ukochana wychowawczyni, odziedziczona na rok przez moją najstarszą córkę, w czasach gdy mieszkałyśmy we dwie z moimi rodzicami, surowo huczała na rodziców pierwszaków, na pierwszym zebraniu jeszcze przed rozpoczęciem roku:
– Nigdy nie pakujcie dziecku tornistra. Nie sprawdzajcie, czy odrobiło zadania. Czy wzięło dobry zeszyt. Nie pomagajcie mu. W niczym. Nie czytajcie mu głośno lektury. Nie wycinajcie za nie obrazków z gazety. To jest jego szkoła, jego życie i jego oceny. Jeśli dziecko zapomni piórnika – to dobrze, bo to ono samo zapomni. Zapomni tyle razy, aż będzie wiedziało samo, żeby ten piórnik przynieść. Inaczej wy mu ten piórnik do matury będziecie do torby wkładali. Pomożecie mu – to na zawsze będzie myślało, że to dlatego, że nie umie, nie musi. To najgorsza demoralizacja dziecka, jaką ja widzę i żadne dziecko się z niej nie pozbiera. Słabe dzieci rosną. Bardzo słabe. Nie pakujcie dzieciom tego tornistra. Na pierwszy dzień też mu nie pakujcie. To nie jest wasz tornister. A jak spakujecie, to przysięgam, że wam skórę przetrzepię.

I nigdy nie usłyszałam bardziej pożytecznej rady.
Do żadnej innej nie zastosowałam się równie starannie.
Póki co – samodzielność w szkole świetnie działa. Ale mimo to nadal boleśnie czuję potężne oderwanie najmłodszej córki od zwykłego życia, dryf dziecka z różową atrapą kuchenki, kiedy czytam jak Julek i Julka, pięcioletni, sami smażą sobie naleśniki na prawdziwej małej kuchence Julki. I betka, które z nich te naleśniki smaży, kiedy moja córka z rozdziawionymi ustami pyta: – I tak sami sobie usmażą? I najedzą się swoimi naleśnikami i nie zrobi im mama?
Nie zrobi. Ja zrobię, żebyś się kochanie, nie poparzyła czasem.

Jakie to dziwaczne. Nasze stado. Powoli topniejące do osobnych jaskiń. Do osobnych legowisk. Z delikatniejszymi grzebieniami do iskania młodych.

Jakie to odważne. Jako cywilizacja zaprzestać bezpośredniego współprzeżywania i dzielenia się doświadczeniem starszych z kolejnymi pokoleniami.

Jaka piękna brawura.

Może tylko trochę ciężko będzie żyć komuś, kogo całe życie chroniono przed zranieniem się życiem. Ale dość już. Trzeba kupić naszym boginiom Kumari coś ładnego. Idą Mikołajki.

List w butelce

List w butelce

Unemployed Lumber Worker and His Wife, circa 1939 by Indulgd

Ktoś spełnił moje ogromne marzenie, pogłębiające się wraz z upływem czasu, męczące przed zaśnięciem, jak słowo, które masz na drugim końcu języka, i musisz żmudnie i długo po nie iść.

Od wielu lat chciałam zobaczyć przeszłość w jej naturalnych kolorach. Zdjąć z niej ten czarnobiały filtr i powagę podręcznika historii. Odheroizować i wypłukać sepię. Wyjąć czas przeszly z nieludzkiej oprawy, odsunąć łagodnie szarą płytę grobu, w którym śpi wszystko, co zdarzyło się wcześniej. Oskrobać wspomnienia cywilizacji z rybiej łuski patosu. Wyjąć nie taki znowu stary świat z archiwum, wymontować mu aparat słuchowy. Klepnąć lekko w pośladki. Odzyskać ruch tamtych ludzi. Zlikwidować niepotrzebne zatrzymanie wydarzeń, naprawić uszkodzoną ścieżkę do swobodnych spacerów między czasami. Poprawić, wzmocnić pamięć. Wziąć na noc lecytynę koloru. Przypomnieć sobie. Zastąpić historię pamięcią. Pamiętać tę ładną dziewczynę w letniej sukience, Audrey Hepburn, wyjmującą placek z piekarnika. Sąsiaduje ze mną życiem, pożyczyła mi szklankę cukru do moich zawstydzeń. Wychowywałam się z nią przez chwilę.

I nagle ktoś pomógł mi to sobie przypomnieć, raz i dwa. Obejrzałam te zdjęcia i wzruszona, wyjęłam list z butelki. Od Nich. Z błahostkami, jak kolor szortów Einsteina, niciana faktura marynarki Nicoli Tesli, wątrobowe plamy na twarzy Ernesta Hemingwaya. Z porażająco znajomą troską matki – imigrantki. Z wesołym kolorem wojennych zgliszczy, gdzie się płacze i dźwiga z resztek w ładnej, intensywnie ceglanej czerwieni ruin. List do mnie jest z grubsza o tym, że każdego z nich wszystko cieszyło i bolało tak samo jak nas. Że żyli naprawdę. Że nie życzą sobie być rekonstrukcją i portretem trumiennym. Że są mną i ja minę podobnie nieuważnie, z równie kolorową rekwizytornią domu. Że chorujemy na wojny i nie przestaliśmy sobie nawzajem niszczyć życia. Że zarazem potęgą każdego wynalazku przerzucamy się w przyszłość i kolejne pokolenie. Przodkowie są częściowo rozbawieni, bo zrobiliśmy z nich postacie historyczne, a one miały wysypkę i łupież. A Darwin, jestem przekonana, w swojej zamszowej marynarce pachniał garbowaną skórą i hałaśliwie drapał się po brodzie. Dali nam 150 – 100 lat, a my nadal siedzimy, śmieszni, spierając się z kościołem o ewolucję.

Chciałabym kiedyś w taki sam sposób wypłukać pamięć rodzinną. Obejrzeć prababcię tak, jak naprawdę wyglądała. W śmiesznych bucikach z ostrymi noskami, w etoli z lisa (srebrnej? rudej?), pod rękę z oficerem w płóciennej koszuli. Popatrzeć, żeby zobaczyć, poznać. Odszukać ślad, zapowiedź własnych rysów twarzy.

I jeszcze zobaczyć babcię, której nigdy nie poznałam, najlepiej wtedy, kiedy uróżowała policzki czerwoną różą z bibuły, pomyśleć ją jako człowieka. Zobaczyć własną mamę w czasach, kiedy była taka młoda. Siedzi, dwudziestopięcioletnia, na tym samym kocyku, z wianuszkiem koleżanek. W rękach ma malutkie dziecko, moją starszą siostrę. Jest taka poważna wśród swoich roześmianych rówieśnic, piękna, szczupła, skupiona na dziecku. Siedzi tam, pięćdziesiąt lat wcześniej, a ja nie mam dostępu do tamtego dnia, codziennie nie udaje mi się jej poznać. Wtedy, kiedy akurat debiutowała w roli tej siebie, jaką znam. Albo to jedyne zdjęcie, małe zdjęcie z ząbkowaną krawędzią, gdzie moi rodzice jeszcze nie są małżeństwem. Jest rok 1958, stół pełen butelek z krachlami, moja czarnobiała mama ma szare wypieki i śmieje się szeroko, mój ojciec siedzi z kolegami, leżą przy nim pałeczki, grał na perkusji. Mój ojciec, który dziś maluje figurce Maryi paznokcie i usta czerwoną farbą olejną. I przynosi jej kwiaty częściej, niż mojej mamie. Chciałabym ich odzyskać, wyjąć stamtąd, z krwi i kości. Zobaczyć ich przeszłość tak, jak się wydarzała. Odwinąć ich z mojej zasuszonej dziecinnej perspektywy.

Wzór na sukience. Lekkie drukowane płótno.
Nieśmiały rumieniec na twarzy.
Co oni do siebie mówili?

Dawno, dawno temu, kiedy moja siostra leczyła się z nieszczęśliwej miłości, a ja miałam piętnaście lat i nic nie rozumiałam, przyszła, zrozpaczona, zapytać rodziców, czy zamiast pacierza mogą jej wreszcie wytłumaczyć, o co chodzi w byciu z drugim człowiekiem. Jak poznać miłość. Jak to było z nimi. I moi przeokrutnie zaskoczeni rodzice wykrztusili z siebie tylko jeden obrazek, oddali go nam. Na resztę życia.

Mama powiedziała: – Kiedyś, jak były żniwa, w sierpniu, gorąco, upał. I wszyscy byli w polu. To tata powiedział.

Tata po dłuższej chwili dokończył: – To jej powiedziałem – nie wychodź.

Tamto zdjęcie.
Inni ludzie, niż myślisz całe życie. Pod warstwami Maryi i kadzidła.
Kiedy się dopiero zaczynali.

Chciałabym pełniej pochodzić, dziedziczyć, być późną lekcją wyniesioną z pożogi, naprawić błędy, których ci, co wcześniej,  nie potrafili nie popełnić. Poczuć się nieodległym dalszym ciągiem, poczuć ciężar nieukończonego w tej wersji cywilizacji modułu wojny. Te drobne, kolorowe zdjęcia powodują bolesną kontrakcję, ściągnięcie czasu, zniesienie granic i grupowe zwolnienia histerycznych celników historii. Niebieskie szorty Alberta Einsteina są dziś dla mnie dowodem logicznym na jednoczesne istnienie każdego przeszłego i teraźniejszego punktu w czasie. Wszechświat jest albumem ze zdjęciami do pokolorowania. Odwrócona, patrzę zachłannie. Na drobne, odzyskane nagle przemijanie. Czy będą do mnie tęsknić moje prawnuczki? Macham Wam, dziewczyny. Siedzę przy białym stole, sto lat przed Wami miałyśmy takie śmieszne smartfony i żelowe paznokcie. Wasza prababcia suplementowała sobie codziennie magnez i potas, zapijając je niekonsekwetnie pozdwójnym espresso. Robiła w metaforach – to są takie słowa, które się o siebie uderza, żeby strzeliły ładne iskry. Coś jak krzemień o krzemień. Pozdrawiam Was serdecznie z mojej kamienicznej jaskini. Biegnę w czasie, obyście się wydarzyły. Jak nie zniszczę jakiejś pary butów, to może kiedyś przymierzycie wysokie obcasy. Zostawiam Wam zdjęcia, morze zdjęć. Zazdroszczę Wam, że wiecie, czego Wam zabraknie. Dbajcie o swoj brak, może uda Wam się go kiedyś nasycić, od tego jest się pełniejszym w okolicach głowy.

Tak się cieszę, że piszę. Kolorowana przeszłość uderzyła dziś ze zdwojoną siłą, bo nie dalej jak wczoraj mnie samej dopiero co wróciła cyfrowa pamięć. Po spektakularnym padzie dysku w laptopie (dysk zmarł po uruchomieniu pięciolatce gry internetowej “Barbie – mistrzyni danych”, na całe dwa tygodnie straciłam prywatny komputer, a wraz z nim przepadły teksty, zdjęcia, filmy z najsmarkatszego dzieciństwa moich dzieci, cały uzbierany błękit i słownik. I żaden komputer zastępczy nic nie mógł na to poradzić. Czułam się tak, jakby ktoś zburzył mi dom i pół głowy i tym mocniej odczułam zanik pamięci, cyfrową afazję, że była to największa kolekcja mnie, zbiór drobnych spraw, witrynka z figurkami. Będę teraz znacznie pilniej trzymała głowę w chmurach.

Idę zostawiać ślady.
Miło Was znowu widzieć.