by katachreza | Jan 28, 2014 | celiakia, Córkinia Juma, dzieci, zdrowie
Jak widzicie, zniknęłam na dłużej.
Fraktalny ten styczeń, przy wtórze cichych implozji w domowej puszce Pandory rozpadam się na drobne kawałki i opalizuję przy odrobinie słońca, nanizując na sznurek trochę nanosekund, tych nielicznych, kiedy akurat niczym się nie martwię. Gdyby nie ta niesprzyjająca odległość od lata, mogłabym wirować sobie w nieprzerwanych smugach światła, drobina kurzu, folia z american beauty, okruszek, metal lżejszy od powietrza, dusza, amelinium. Gdyby nie ten świeży kamień w brzuchu, biegłabym sobie beztrosko przez źdźbła następnego zboża, regulowana przez niezawodne consequtio temporum wszystko będzie dobrze, spokojna i syta, a stary kontynent spałby mi pod ręką, kot w pustym mieszkaniu, napłakał.
W ramach ćwiczeń z podnoszenia ciężarów miałam od połowy grudnia miesięczne czekanie na wyniki biopsji (wszystko dobrze, na szczęście, choć już nigdy nie przejdzie mi ten lękowy dygot podczas czekania na dowolny wynik).
W ramach niespodzianki noworocznej – od 11 stycznia był szpital i dziecięcy oddział zakaźny, gdyż drugi rotawirus w odstępie 5 tygodni posprzątał mi niespełna sześcioletnią córkę w jedną (słownie: jedną) dobę sensacji z elementami noir. Trafiłyśmy do zaprzyjaźnionego szpitalnego peerelu z wąsem, izolatka przyjemnie spełniała pokładane w niej nadzieje i izolowała, płyny izotonizowały dożylnie, furkotał niespokojny sen na foliowym prześcieradle, gorączka szarpała bandaż i zwracała się do personelu dość obelżywie, nie życząc sobie bycia dotykaną dziesiątkami rąk, przyzwyczajałyśmy się z Mają do szklanego obozowiska ze śluzą antybakteryjną, wszystko szalenie jednorazowe bolało najbardziej od niewypuszczania do domu, kontaktowano się z nami poprzez nieustanną wymianę rękawiczek, fartuchów i grzeczności i przynoszone niedobre nowe wieści.
Trafił się Mai ciężki rotawirus z powikłaniami, poważnie odwodnione w ciągu 24 godzin dziecko w chwili przyjęcia miało kwasicę ketonową, bardzo kiepskie, częściowo niejasne wyniki, w tym poważne odbiałczenie. Powikłania tropiono sześć dni, masa badań, podejrzenie cukrzycy, namierzane różne odmiany zespołów złego wchłaniania. 16 stycznia objawiło się zapalenie trzustki, powód szalejących wyników, paradoksalnych i błyskawicznych spadków elektrolitów, bardzo wysokiego cukru. 20 stycznia pojawiło się zapalenie wątroby. Wszystko w ramach powikłań w infekcji rotawirusowej.
Aż wreszcie – tadam – 21 stycznia ujawniła się najważniejsza choroba – celiakia, ładne imię dla dziewczynki.
Ta
da
m
n
I inne brzydkie wyrazy.
W piątek, 24 stycznia, po nawodnieniu, wyleczeniu trzustki, zatłuczeniu rotawirusa, odchuchaniu albuminą i aminokwasami, ustabilizowaniu zapalenia wątroby skalibrowanej na program Prometeusz – puścili z tabletką do domu i pozwolili leżeć we własnych dekoracjach. Po 14 dniach w izolatce – coś naprawdę cudownego. Wrócić.
Mamy zatem syndrom powrotu z emigracji oraz aksamitną rewolucję żywieniową. Oddycham w torebkę, ogarniamy dzięki nieocenionym Znajomym (Znajomi, I lovU) temat ścisłej diety, majstrujemy w domu pakiet startowy dla eterycznej blondynki, co rzuciła gluten, idzie Nowe, zawiane, bo taki zwrot akcji, że wypadam przez burtę. (Oraz czy styczeń można już wyłączyć, proszę?)
Wczoraj dokonałam defenestracji produktów z glutenem, kuchnia jest biała i stosunkowo pusta, całą rodziną zaczynamy nowe życie z dietą bezglutenową, aby podołać Jej Restrykcyjności, więc ahoj, przygodo.
Oczywiście tak, odczuwam szczęśliwie ten paradoksalny efekt, lepiej wiedzieć, niż nie, odkąd wiem o celiakii, czuję się o wiele lepiej, śpię spokojniej, bo dotąd funkcjonowałam w trybie porcelanowo-biały dzwoneczek serca + świstak wejściowy + autoalarm + bojaźń i drżenie. Patrząc na wykonywane w szpitalu badania, czekając na kolejny wynik, czułam się codziennie jakbym stała przed maszyną losującą, będzie albo magda pocałuj pana, albo niech szanowna pani zechce wypierdalać, gdyż nigdy nie wiadomo, co los, dla ciebie pan Los, chowa dla ciebie w zanadrzu. Gdyby konik uciekł.
Najlepsze, najważniejsze, że jesteśmy w domu, bo chociaż wciąż nie wierzę, przecież w końcu przyjdzie jakiś rytm i spokój. Wróciłam z mocno posiwiałymi włosami, ciekawe dlaczego, teraz w każdej wolnej chwili odsypiam, piję wino, naklejam sobie pospieszny plaster na głowę pustą od czuwania nad wycieńczonym chorobami dzieckiem, wertuję w sieci pantone pól tulipanowych, licząc dni do powrotu koloru.
Tak. Przyszło nowe. No to niech usiądzie może.
by katachreza | Dec 31, 2013 | kobiety, życie
Dorosłam trochę, przybrałam jak powódź i śledź w zalewie wiślanej, więc siadajcie, czas najwyższy trochę porozmawiać. Pamiętacie moją
wioskę kobiet? Dziękuję, że jesteście, że dołączacie. Nie przestaję Was szukać, pytać, słuchać.
Opowiedzcie, co u Was? Jak Wam minęły święta? Caliście, duzi i zdrowi? Komu się urodziło? Kto pożegnał? U kogo idzie nowe, a kogo boli kręgosłup w starym? Kto ma dosyć, a wcale nie syty? Kto objedzony kamieni i mu ciężko? Kto nie śpi po nocach i gryzie palce ze zmartwienia i strachu? Kto aż krzyczał z radości, kto popłakał po cichu, żeby nie martwić innych?
Mówcie koniecznie, bo widzę przecież, że u Was zmiany, jedne ładne, drugie trudne, a te, co po cichu, niech będą po cichu, ale niektóre poniesiemy razem, bo razem i mniej boli, i radość większa.
Patrzcie sami, ile się zdarzyło:
Kartka świąteczna Bebeluszka dostała wyróżnienie od Rymsa, a Polska na jesień zakwitła Świerszczykowymi koniczynkami, Kaczka cichuteńko powiła Biskwita i perłową masę pięknego słowa, pod niesamowitym skrzydłem oczekującej trzeciego potomka Doroty powstało Macierzyństwo bez lukru 3 – z niejednymi Wami w środku!, Zakurzona książkowo vloguje i ma fantastyczną pracę na szerokie wody, Czary Maryś otworzyła boski sklep z marzeniami wypisz wymaluj, Alcydło, Skorpion, Emma wspaniale widzą i opisują i tęsknią po tobie, nieoceniona Zuzanka i jej wszystkowidzący aparat zwiedzają za mnie kawał świata, co u Zorki, to wiosną się wyda, Mama w Centrum prowadzi idealne warsztaty dla wspólnie drących pierze bez kotów, córeczka Taty, jak moja, radośnie całuje kolegów w przedszkolu, u Moniki Mimo-zy można bez końca jeść oczami i uczyć się żyć wolniej, a Magda na 27 stronie przypomina, że w podróży najważniejsza jest podróż.
Gratulacje i wiwaty cukrowe, co za historie u Was i w Was!
I najważniejsze dla mnie – więcej mnie dzięki Wam ( i świątecznym ciastom) – dziękuję Wam bardzo.
A ja, ja (nie wierzę nadal) piszę bloga, i w płytkiej szufladzie pliku rośnie mi chuda powieść próbka, szpotawa i z końską szczeciną na grzbiecie, niepodobna do nikogo, chociaż kocham jak swoją. Niech tam, na pohybel i pantałyk, kto wie, a może uprę się i zostanę tą prawdziwą utalentowaną nieznaną pisarką z pierwszej (mam nadzieję, że zdążę, który dzisiaj?) połowy XXI wieku?
Tak, moi drodzy, tośmy sobie trochę posiedzieli na tym letnim słońcu, co niebawem wraca, nazbierali, ususzyli, zjedli, i jesteśmy znowu kawałeczek dalej, jedne filcowe korale nanizane na sznurek, dwa zagrane koncerty, wszystko swoje własne, to może jeszcze nie historia, ale już nie przemijanie. Odrobina zatrzymanego na później, spiżarnia, plik kartek trwalszych niż paragon i wyniki badań.
Mało?
Chyba żartujecie.
Macie apetyt na więcej?
Ja wielki, chociaż ciągle gryzę palce ze strachu.
Uwierzylibyście równo rok temu, że akurat to się potem stanie?
Coś się nam przecież wydarzyło, mogło nie nastąpić, mogło nas wszystkich nie być, a jednak się udało. Trochę mitozy z mejozą, trochę odchodzenia, ale to całkiem fajne, podjąć ryzyko – życia. Święta skończyły mi się w tym roku pogrzebem, dziewięćdziesięcioletnią denatkę otoczył wianuszek rozgadanych ciotek i wujków, kuzynek, było tego z setka, popłakało się sobie i pośmiało, bo może i się umarło, ale jak to miło, że się ciągle żyje, i że się zdążyło na życie. Że się jadło, siało, zbierało, że rosło się zdrowo, że umarło spokojnie, żeby trochę sobie odpocząć, bo się wcześniej zmęczyło, bolało, a jak się było młodym, to się tańczyło co niedzielę na placu w pałacowym parku i grzmociło smarkatą konkurencję po chudych pleckach, żeby nie odbierała kawalera od ust, bo przez tę wojnę jeszcze nikogo nie pocałowały.
Wiecie?
My jesteśmy to ich następne pokolenie.
Ale numer.
Czemu nikt mi wcześniej o tym nie powiedział?
Jesteśmy science fiction naszych rodzin, rodziców.
Wyślą do nas na koniec premiera i dzieci, kto wie, może pokochają, ale pozwolą nam wrócić?
Już tęsknię, już wiem, że mijanie jest się.
Jak Wam się żyje w ich przyszłości?
Ja cicho stąpam wewnątrzgalaktycznym korytarzem, a obcasy niełamliwe, z wikliny, iskrzą mi się, kiedy przedłużam gatunek. Instaluję najnowsze nietłukące mrożki w interfejsie miasta, sporządzam swój świąteczny glutaminian sodu najzręczniej jak umiem, piszę tak, jak mogłam im orać, kopać, może jestem lśniące powtórzenie, a może izotop.
Jakie macie marzenie, skoroście już do nich tacy niepodobni? Bo przecież trzeba zaraz wsiąść swoim marcepanowym pośladkiem na zjeżdżalnię następnego roku i wziuuut. Do nowego, nieużywanego czasu.
Masa dobrego może się wydarzyć, wiecie?
Trzeba sobie tylko swoje nieposiadane wszystko postawić pod właściwym kątem.
Życzę Wam samego dobrego, którym bywa też złe po odwróceniu.
I jeszcze – życzę Wam mnóstwo dobrego rozmawiania, tego mówionego, z odpowiedzią na poste i karnawałe restante, za okazaniem dowodu sympatii, życzliwego współbycia, które wymieni się na swoje najlepsze belki w oku, nie napluje do zupy, a przynajmniej nie bez powodu. I do oka też nie napluje.
Posiedziałabym z Wami chętnie i pogadała o niczym, bo ważne.
by katachreza | Dec 11, 2013 | ja, kolor, pisanie
Są chwile, kiedy dokładnie wiem kim jestem. Głową. W środku samej siebie. Jak w pudełku z kredkami. Wszystko czeka, natemperowane, gada do mnie bohaterka Anusia Janeczko, nie nadążam pisać, nagrywam, wioząc do/ z ukochanego przedszkola zaskoczone mną niezmiernie dziecko, matka z aplikacją do notatek głosowych o szemranej fabule.
Będę musiała się przepisać na czysto, czas najwyższy.
Co ja robię, rany boskie, oszalałam. Ale samo się pisze, Anusi się gęba nie zamyka, w ciągłych tarapatach, pomóc muszę kobiecie w potrzebie, tak wyszło.
A tymczasem, patrzę na księżycowe zdjęcie placu zabaw i staję słupka, tak okropnie jest moje.
Zabawy na koniec świata.
Nuklearne pastele.
Dogma zimy.
Za pięć dni moje trzydzieste siódme urodziny. Mogłam mieć najwyżej sześć lat, kiedy przynosiłam ze spacerów wspaniale zamrożone kwiaty, baldachimy lodu, za każdym razem tak samo zdziwiona, że skrząca biel topi się w domu i znika, odsłaniając zbutwiałe łodygi. Nie zdejmowałam nawet kurtki, po klęsce malutkiego roztopu w wazonie, szłam natychmiast po następny bukiet. Klęska niewiedzy czy czyste szczęście, jak myślicie?
Dawno tak nie próbowałam, dla samego próbowania, bez zmitygowanych ryzyk, tras i planów sześcioletnich. Dawno nie szłam, skacząc.
Napiszę Wam to sprzed mojego biurka, jako archiwalną, obolałą od tęsknoty pamięć: lubię światło, lubię chodzić po bieli, uwielbiam nierealnie ostry blask śniegu. I otwartą przestrzeń. I skrzypienie. Zimą w ziemię wstępuje planeta. Coś się dzieje w grawitacji, trzeba brnąć, kolonizować.
Może wyjdę, kiedy tutejszy śnieg wróci.
Choćby na biel kartki.
by katachreza | Dec 9, 2013 | Bez kategorii
Wszyscy pewnie Robótkę 2013 już znają, ale kto nie zna, i jeszcze nie wie, że piszemy świąteczne listy do takich jednych Dzieciaków – Starszaków, temu melduję, co piszą Kaczka i Bebeluszek, a na samym końcu podaję, kto z Dzieciaków – Starszaków, zgodnie z informacją od Bebe, pozostał do proporcjonalnego zaopiekowania.
Piszą Kaczka i Bebe:
“w Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie mieszka pięćdziesięcioosobowa gromadka podopiecznych – od nieletniego drobiazgu po srebrnowłosych seniorów. Wszyscy oni – intelektualnie, a często również fizycznie niepełnosprawni – z najróżniejszych przyczyn znaleźli w Niegowie swój dom na resztę życia. Takie dzieciaki-starszaki.
Wielu z tej gromadki zdaje sobie sprawę ze swej odmienności i bardzo ją przeżywa. Wielu z nich nie ma już nikogo, kto by o nich pamiętał, niektórzy nigdy nie mieli. Choć rodziny nie da się zastąpić, na szczęście przyjaciół można zawsze sobie znaleźć.
Stąd i nasza prośba.
Zaprzyjaźnijcie się.
Poprzez kartkę świąteczną.
Do konkretnego mieszkańca.
Ze słowami prostymi i pisanymi od serca.
Niech każdy z nich przez chwilę poczuje się ważny, wyróżniony, wybrany i dostrzeżony.
Ślijcie z Polski, z zagranicy, z krańców świata, z nowoodkrytych galaktyk.
Każda kartka waży tyle samo.
Czyjś uśmiech.
A do tego solidnie dokłada odbiorcy do poczucia własnej wartości (Czy to nie fajne?).
Oni nie umieją czytać, ani liczyć.
Wasze życzenia będą im czytać opiekunowie.
Wszystkie formy artystycznego wyrazu są dozwolone. Piszcie prozą, wierszem, rymujcie po częstochowsku (szczególnie dla Urszuli), wysyłajcie życzenia w wersji audio, a jeśli zabraknie Wam słów rysujcie – serca, słońca, uśmiechy. Potnijcie na kartki futro ze sztucznego susła, odetnijcie konar Waszej choince lub zanurzcie długopis w olejku z pomarańczy, tak by kartkę można było “czytać” ręką, nosem, czy policzkiem. Zróbcie kartkę na szydełku lub wytnijcie życzenia na świątecznym pierniku. Nie stawiamy żadnych granic Waszej wyobraźni!
Ślijcie zatem i nie martwcie się, czy dla każdego będzie po równo. Pamiętając, ile dobrych słów spłynęło do Niegowa w ubiegłych latach, wierzymy, że i w tym roku dla każdego wystarczy z górką. Niegowiacy rozpytywani na okoliczność “kto dostał najwięcej?” odpowiadają radośnie: “”WSZYSCY!”
Do tego, uprzedzając pytania, w jedną kopertę można włożyć wiele kartek.
Prosimy o kartki z życzeniami. Jeśli chcecie dołączyć świąteczny podarek – śmiało! Niech Wam w tym pomoże załączona charakterystyka głównych bohaterów i bohaterek. Prosimy jedynie, pamiętajcie, nie konkurujemy z akcjami formatu “Szlachetnej Paczki”. To nie nasz kaliber. O codzienne potrzeby Niegowiaków dbają ich opiekunowie. Nie trzeba zatem ryżu, mąki, czy proszku do prania, tu potrzeba bardzo konkretnego potwierdzenia, że ci ‘inni’ nie są odrzuceni, że są ważni dla naszego “normalnego” świata.
Cóż oferujemy Wam w zamian?
– Ich radość, jaką tylko oni potrafią się cieszyć. Trudno ją opisać, ale może zdjęcia zdołają uchwycić choć fragment.
– Ich pamięć o Was w wieczornych pacierzach.
– I nasze głębokie, Kaczki i Bebe, przekonanie, że TAKIE dobro zawsze wraca do właściciela. Rozmnożone i dorodne jak wystawowe króliki z rodowodem.
To, co?
My piszemy.
A Wy?
I oby i tym razem dało radę, bo oni tam czekają.
Jak nikt na świecie.”
To był wierny cytat z Dwóch Takich Kobiet z Wielkimi Skrzydłami. Uściskuję im czubki skrzydeł i chylę czoła oraz dołączam kurcgalopkiem, bo już 9 grudnia, czas popracować na skoliozę u niegowskich listonoszy.
Melduje Bebeluszek, odpytany dziś przeze mnie na tę okoliczność, kto z Robótkowych Dzieciaków – Starszaków mniej wzięty pod skrzydło niż reszta, że do proporcjonalnego zaopiekowania pozostaje gromada samych chłopaków. Wkleiłam od razu opisy każdego Dzieciaka, czytajcie, może właśnie do Niego/ do Nich wyślecie jakąś odrobinkę dobra? (Wszystkich Mieszkańców poszczególnych Rodzinek z Domu w Niegowie oczywiście znajdziecie u
Kaczki i
Bebe.)
Rodzinka I: zostali Janusz i Rafał
Janusz (53) – to elegant z muchą przy koszuli (może mucha do kolekcji?); bardzo lubi muzykę i taniec.
Rafał (23) – chłopiec z cechami autystycznymi. Lubi piłkę lub kręcącego bąka.
Rodzinka III: zostali Wojciech, Wojtek Ty., Sylwester, Leszek, Piotr, Darek, Piotruś
Wojciech (56) – od lat dzielny opiekun maluchów w tej rodzince. Chudek i sucharek, zawsze ogolony na gładko. Może jakiś męski kosmetyk?
Wojtek Ty. (36) – ten kocha zegarki, radiomagnetofony i różne grające sprzęty.
Sylwester (41) – najbardziej lubi pomarańcze…ale i muzykę rozrywkową.
Leszek (57) – zwany Lalą; Postawny mężczyzna, który najbardziej w świecie lubi kolorowe balony!
Piotr (30) – nasz dwumetrowy Pan o sercu gołębim. Ze względu na wzrost, fajne byłyby dla niego spodnie sportowe lub sweter na 205 cm.
Darek (39) – chłopiec niedowidzący. Lubi muzykę, chętnie uczy się krótkich wierszy.
Piotruś (35) – chudziaczek; wszystko w rozmiarze M mile widziane.
Rodzinka VI: zostali Marcin, Tadeusz K., Stanisław K., Andrzej K., Rafał S. i Julek
Marcin (32) – znany jako szalony Marcin 🙂 Ma gadane, i śpiewane, buzia mu się nie zamyka. Jeśli nie mówi to znaczy, że śpiewa, a jak śpiewa to pieśni biesiadne. Improwizuje koncerty od ręki. Sam robi sobie konferansjerkę, sam układa teksty, sam gra na wyimaginowanych instrumentach. Gdyby tak ktoś podarował mu mikrofon… Marcin lubi też sport – wszystko co związane z piłką nożną – i ma tysiąc pomysłów na sekundę.
Tadeusz K. (61) i Stanisław K. (58) – to bracia dżentelmeni w krawatach, witają gości, oprowadzają po domu i cmokają damy w ręce. Ucieszy ich wszystko, co doda im tego dżentelmeństwa oraz muzyka biesiadna.
Andrzej K.(62) – lubi zwierzęta: opiekuje się kozami i kotami Domu w Niegowie.
Rafał S. (34) – lubi sprzęty typu siekierka, śrubokręty. Szczytem marzeń Rafała byłaby np. skrzynka majsterkowicza, ale taka poważniejsza (nie plastiki), gdyż Rafał sam w sobie jest poważnym mężczyzną.
Julek (63) – nasz najstarszy stażem Mieszkaniec. Dobry gospodarz. Lubi rozpinane swetry rozmiar XL.
Tyle dobrego czeka na zdziałanie 🙂
My tu z Nieletnią szykujemy dla Dzieciaków anioły w kolorach wybitnie karnawałowych i wierszowane życzenia, a pod muzyczno-koncertowe skrzydło zgarniamy Marcina (32) z rodzinki VI, albowiem Nieletnia w pełni rozumie potrzebę mikrofonu i będziemy organizować mikrofon :-).
by katachreza | Dec 8, 2013 | ja, zdrowie
 |
| Clint Eastwood |
Jestem chora, zmęczona i słaba jak balonik bez powietrza, a przede wszystkim mam zapalenie krtani i straciłam głos. Pani w aptece otwarcie chichotała, kiedyśmy próbowały ustalić, po co właściwie przyszłam prócz recepty na antybiotyk. Też się śmiałam, ale bezgłośnie, jak pies Bełkot, co tylko pogarszało sprawę i w rezultacie nieco panią spłakałam. Nie podejrzewam, żeby to przeczytała, ale serdecznie ją pozdrawiam.
Przyjęłam od dzieci podwójną dawkę wszystkiego oddechowego, dziękuję, poleżę teraz.
Poodwoływałam poumawiane.
Nie wzięłam udziału, nie stawiłam się na, nie ukończyłam bądź nie rozpoczęłam.
Grypa jak mała śmierć, leżę i patrzę, jak powoli moją krzątaninę przejmuje ktoś inny. Miejsce po mnie szybko zapełnia się wirowym ruchem rodziny, runął mój wewnętrzny mit o niezastępowalności mnie w sprzątaniu, zmywaniu i praniu, z przebieraniem i usypianiem w tle. To trudne do uwierzenia, bo rzadko się daję położyć na plecki i wysłuchać liczenia do dziesięciu. A teraz muszę, za słaba, żeby zrobić cokolwiek sensownego.
Podczas gdy ja leżę na pleckach, na przyzbie wykonano czynności racjonalizatorskie, ogarnięto chaos, ba, wyrzucono moją brzydką suszarkę do naczyń i zaplanowaną nową, mniejszą o połowę. Usamodzielniono dzieci o kilka punktów w skali apage satanas, pobaw się kochanie samo w pokoiku, co mnie się niemal nigdy nie udaje.
Tak w sumie, to jest to jedna z najważniejszych chwil w moim życiu.
Chociaż taka przyziemna.
Mam problem z realistyczną oceną ciężaru, który niosę na plecach. Wydaje mi się największy na świecie. Nie do zdjęcia. Mam syndrom Atlasa, który nie może odłożyć plecaczka, bo w plecaczku tacha przypadkowo cały świat i trzy pralki prania. I to najgorsze – odpowiedzialność za zdrowie i życie dzieci. Tak mam. Ja, ja, ja najlepiej podam elektrolit dziecku wyczerpanemu grypą żołądkową. Ja nie zasnę, nie prześpię, ja, ja, i zobacz, jaka jestem zmęczona.
No i nie mogłam teraz nic podać.
I chyba pierwszy raz w życiu podzieliłam się.
Ciężarem.
Fajne uczucie. Tak przepakować plecaczek.
Lżej.
I sen senniejszy.
Ale jak wstanę, to mówię Wam.
Łby poutrącam i porządek zrobię.
Recent Comments