Zarys postaci

Zarys postaci

Niewidzialna Katachreza w 8 klasie

Dobra, szczerze:

Mocno przeżyłam spotkanie autorskie Agnieszki Kalugi wokół książki “Zorkownia”.

Na sali byli wielcy ludzie. Był stawiający etycznie na baczność profesor Jacek Łuczak, był nieprawdopodobny Przemek Kowalik, była ogromnie poruszająca Agnieszka Kaluga, byli przyjaciele wolontariusze, byli ludzie, których bliscy odeszli w hospicjum Palium.

Nie zdarzyło mi się dotąd coś tak intensywnego w szeroko pojętych ramach spotkań z pisarzem. Pogranicze literatury i dokumentu, z jakiego wywodzi się “Zorkownia”, sala pełna bohaterów “Zorkowni”, wszystko to spowodowało szczerość i uczciwość. Do śmierci.

Profesor Jacek Łuczak i Przemek Kowalik zaświadczali życiem. Agnieszka Kaluga zaświadczała życiem. Część nieobecnych zaświadczała śmiercią, co czyniło kilka spraw prostych i bezdyskusyjnych.

Nie wiem, czy pojmujecie, co się wtedy dzieje.
Musiałam pewnie, prowadząc spotkanie, powiedzieć masę głupot. Z mokrymi oczami. Świadoma, że nie ma tu co popadać w literaturę, choć jest ona w “Zorkowni” bez dwóch zdań piękna.

Włączając się w opowieść Agnieszki Kalugi o tym, ile intensywnego życia jest w hospicjum, profesor Łuczak mówił o opiece nie tylko medycznej, ale ludzkiej, jaką ofiarowują pacjentom hospicjum wolontariusze, i do której wychowuje studentów na swoim wydziale.

Była masa tematów do oswojenia. W pewnej wstrząsającej mikroskali spotkanie oddawało to, co dzieje się z detalicznym czytelnikiem “Zorkowni”. Powolne, ale głębokie, radykalne uzmysłowienie sobie, że to wszystko istnieje. Wózek istnieje, odleżyna istnieje, rozpacz istnieje, cierpienie istnieje, śmierć istnieje. A ocalanie w cierpieniu jest kosmicznie proste i wymaga całej potężnej uwagi i czułości tych, którzy w cierpieniu towarzyszą. Ocalanie w cierpieniu polega na ocalaniu człowieczeństwa, ocalaniu ludzkiej godności, mówił profesor Łuczak, jak nieskładnie rekonstruuję, czerwona wtedy jak uczniak z emocji. Śmierć musi dać się znieść równie porządnie jak życie, cierpienie potrzebuje czystości, troski, zadbania, pomocy. I jeszcze cierpienie potrzebuje – dać się uśmierzyć. A człowiek podążający ku śmierci potrzebuje drugiego człowieka. I jego woli obecności.

Komukolwiek towarzyszyliście. Czyjąkolwiek godność ocalaliście kosztem własnej wygody, spokoju, czyjekolwiek cierpienie współcierpieliście. Komukolwiek pomagaliście nieść ciało, które boli. Czyjąkolwiek rękę myliście. Czyjkolwiek zapadnięty policzek ogoliliście, komukolwiek porządnie uczesaliście włosy. Kogokolwiek historię życia wzięliście do siebie na przechowanie.

To właśnie tyle, ile trzeba, i było najlepsze, co mogliście dla niego zrobić.

I pojawiła się w rozmowie jeszcze jedna kluczowa sprawa. Sprawa, z którą po tym spotkaniu trzeba się zmierzyć inaczej niż zwykle.

Chodzi o elementarne zobowiązanie samego siebie do dobrego życia. Najgłębiej moralne, w najbardziej podstawowym, obowiązkowym stopniu etyczne jest życie pełnią siebie. Bezkompromisowe, mądre, nieprzerwane dążenie do własnego celu. Życie trzeba robić i to jest masa zwykłej, codziennej roboty, dowodził Przemek Kowalik, który na wózku elektrycznym dotarł do Portugalii nad ocean, skakał ze spadochronem, wybiera się wózkiem na Woodstock, i który uważa, że ludzie wszędzie, na każdym etapie naszej drogi, w każdym miejscu, są w przeważającej większości pomocni i dobrzy, trzeba im jedynie pozwolić to okazać.

Niesłychane były te momenty spotkania, w których Agnieszka Kaluga i profesor Łuczak wymieniali kolejne wyczyny Przemka Kowalika, a on z uśmiechem odpowiadał, że no tak, tak właśnie zrobił. Pojechał. Że planuje następne wyjazdy.

Trudno w takiej perspektywie znaleźć najmniejsze usprawiedliwienie dla bierności własnej i okopania się w ogólnej niemocy zrobienia.

Hospicjum poleca: żadna uśmiechnięta mgła oczekiwania, aż marzenia spełnią się same, ale spocona z wysiłku determinacja w życiu własnego życia. Morderczo pracowite wypełnianie go treścią i sensem. W niczym innym sensu życia nie stwierdzono. Profesor Łuczak powiedział wprost o rozpaczy umierającego, który w chwili śmierci odkrywa, że jego życie nie miało sensu. Nie te wybory. Nie takie decyzje. Życie – nieżycie.

Taka jest dla mnie mniej więcej puenta spotkania: uprasza się o przyjęcie do wiadomości, że sens życia nie zstąpi na nas w formie wygodnej gołębicy.

I z tym poleceniem służbowym trzeba się rozejść do domów.

A w domu do luster.
I odpytać się z życiorysu.

Ja się przez tydzień odpytywałam.

I tyle mi wyszło w kwestii sensu życia i takie rzeczy mnie bolą, jak to poniżej opisuję i nie ma to formy skróconej katalogowej prostej, lojalnie uprzedzam, oraz wielokrotnie już było, różni się tylko tym jednym stawiającym do pionu spotkaniem.

Więc jest tak. Nigdy nie byłam najlepsza w zaznaczaniu własnej obecności.

Widzicie to zdjęcie z 8 klasy podstawówki? No i gdzie jestem, wypłowiała od słońca biała blondynka o jasnej karnacji? Przypatrzcie się dobrze. Został ze mnie zaledwie zarys postaci w prawym górnym rogu. Stoję w górnym rzędzie, szósta od lewej, pamiątka z ektoplazmy, trochę więcej niż drżenie powietrza.

Może dlatego z niedowierzaniem łowię własne odbicie w mijanych lustrach, szybach wystawowych. Niepewna, czy jestem. Jakbym niby żyła, ale bardziej mijała. Się. Z sobą. Nie do końca świadomie kontrolując życie.

Myślałam, wyświetlę się ładnie na kliszy tekstu. Siedząc wygodnie na kocyku piknikowym, a rozpostarty byłby on na mowie trawie; sączyłabym coś nieśmiertelnego z kubków duraleks twardszych niż ze spiżu.

Ale mi jasna cholera psiakrew nie idzie. Nike nieustannie się waha i ma okresowe spadki wiary w siebie. Od prekambru, w sukience z wiskozy. Skrzydła, kiedy straciła ręce?

A przecież, psiakrew, cholera, że wokatywnie znowu rzucę przekleństwem, jako dziecko nie miałam tego właśnie jednego jedynego problemu: nie wahałam się, czy pisać. Nie zastanawiałam się nad tym. W ogóle. Moja pewność siebie była wzruszająco głupia i nie ma takich warsztatów, które dałyby radę przywrócić mi ją, tamtą, oddać w formalinie, owinięte w coś pocałowanego. Bo już dawno nie żyje.

Pierwszą powieść napisałam mając lat czternaście, miała tytuł “Utkane z życia”, porządny szkolny harlequin, niemal obyczajowy, ilustracje pisakiem, fabuła luźno osnuta wokół biografii własnej. Powieść otrzymała do ręki nauczycielka polskiego, wtedy świeżo po polonistyce. Zamknęła się z nią w pokoju nauczycielskim razem z resztą grona pedagogicznego i przez jakiś czas zza zamkniętych drzwi dobiegało serdeczne i demokratyczne rżenie. Moja powieść zawierała lekko skandalizujące wątki romansów nauczycielskich, zdaje się, wcale dobrze trafione. Strasznie byłam z tego dumna. Że się śmieją. Lubię rozśmieszać, dałabym się pociąć za rozśmieszenie widowni oraz czytelnika.

Lubię też pisać, jakby się szybko jechało, szajba tego rodzaju pojawiała się często w systuacjach egzaminów i konkursów polonistycznych, więc w efekcie wchodziłam do kolejnych szkół i na studia pobliżem literatury, prequelami lektur, ponadnormatywną dawką stylu.

Podczas gdy oni wszyscy ode mnie nic nie zamawiali. I podobało się, dopóki trwał konkurs, a następnie mówili, żebym wyłączyła. Styl, metafory, język. Żebym zniknęła.

I tym jestem, cholera, psiakrew i mać, trochę zmęczona. I trochę się waham. Ale nie, bardziej jednak jestem tym zmęczona.

Że wciąż tym drażnię. Choć już prawie nie piszę. Ale drażnię. Metaforami w miejsce znormalizowanego druku, nieurzędowo zawiłym opisem, wielokrotnie złożonym zdaniem na tematy różne. Patrzą na mnie jak na cholerny nenufar, za którym wlecze się za rękę Toliboski Józef poezji, i boją się, że naniosę w ordnung must sein und zeit błota w nogawkach. No stoję, cholera, mówiąc te metafory, po jednej na styl i na hashimoto i znajduję siebie nieco zdenerwowaną, gdyż wraz z wyrażaną w moją stronę niechęcią odnotowuję rujnujący w miarę upływu czasu brak pewności siebie w mowie. Nie w piśmie, ale w mowie.
W mowie. No doprawdy, psiakrew, trochę szkoda.

Wybaczcie, ale znowu przeszło mi to parę tygodni temu ludzkie pojęcie i uwiera jak kolec, drzazga, wykałaczka, szaszłyk. Jestem niezmiernie psiakrew zasmucona, że się mnie przestrzega przed stosowaniem mnie w miejscach publicznych.

I jestem zasmucona, że w wyniku wszystkich klęsk i nieszczęść również prowadząc spotkanie wokół “Zorkowni” słyszałam w głowie te nagromadzone przez ostatnie lata wyrazy niezadowolenia na temat tego, jak mówię.

Więc, widzicie, jestem mały śmieszny Demostenes z ustami pełnymi kamieni, żeby przekrzyczeć lęk przed mówieniem, które rozczarowuje słuchającego i wywołuje grymas zniecierpliwienia. Biorę te kamienie i mówię, pokonując w głowie obraz człowieka, który nieustannie krzywi się, kiedy mnie słyszy. Biorę kamienie i mówię, wbrew poleceniu, aby w miarę możliwości milczeć. Panicznie tnę zdania na proste, niezłożone. Mówię drukowanymi. Mówię.

Tak jest u mnie.

I, otóż. Cokolwiek powiecie. Żeby nie przeklinać, nie przesadzać. Nie zadziała. Posłuchajcie – ja niczego od Was nie usłyszę. Jakikolwiek dacie mi goździk i rajstopy.

Paradoks: stoję przed Wami, niewidzialną widownią i opowiadam Wam o lęku przed sceną.

Mówicie dobre rzeczy, ale wiecie jak to działa. Nie uwierzę Wam. Póki nie przyjdzie to do mnie z własnego środka. Nie wkurzajcie się. Nie chodzi o to, żebyście mnie przekonali do mnie. To ja muszę do siebie wrócić, do wiary w samą siebie. Do nieliczenia się z innymi. Jakoś muszę psiakrew i mać wrócić.

Z perspektywy czasu, po roku analizowania własnych odruchów, po miesiącach odstawiania miski psu Pawłowa w głowie, uznaję uprzejmie, że największe piętno odcisnęła na mnie jednak szkoła:

– zastąpiła świadomość własnej wartości silnym uzależnieniem od systemu ocen
– poddano mnie trwałej uniformizacji
– oryginalność okazała się słabością
– zamówiono poprawność zamiast kreatywności
– uwierzyłam, że tylko ktoś inny (nauczyciel, egzaminator, samozwańczy superwizor) może ocenić, czy jestem odpowiednią mną, dobrą mną, mną w stopniu satysfakcjonującym.

No to słucham grzecznie pana, zła od środka. Jestem pruska jak błękit. Stoję przed Wami, skubiąc nylonowy kołnierzyk szkolnego fartuszka i mówię jak jest: wracam na tarczy, przebita światłem. Pysk puchnie od dławionej wściekłości. Brzydko i niesprawiedliwie.

Na próbę piszę odręcznie. Dalsza część tego wpisu została napisana odręcznie. Pierwszy raz od dawna. W starym, kiczowatym zeszycie poza wszelkim znanym ludzkości formatem. Dławiąc potężną wolę biczowania niedobrych ołowianą od słów psiakrwią złego tekstu. Cichnę od determinacji.

W moim pięknym równym piśmie piszę zupełnie inaczej niż w komputerze. W odręcznym pisaniu jestem wcześniejsza, uczucie powrotu i radości jest nieporównywalne z równym krojem czcionki w edytorach tekstu. Może nawet jest to bliskie patrzeniu w lustro. Grafologiczne małe epifanie. Znajome uczucie radości, kiedy spod ręki wychodzą równe rzędy liter, balansujących wąską kreską nad przepaścią kratki. Jestem tym pismem. Bardzo równym i pochylonym zarazem. Wiem, czego tak mi brakowało. Skreśleń. Pierwszych wrażeń. Błędów. Charakteru. Jestem tutaj pełniejsza, nadmiarowa, uczciwsza. Nie wszystkie moje zdania wchodzą do wersji ostatecznej. Pracuję nad sobą, ale poza efektem końcowym pozostają ryzy pokreślonych kartek. Czułość brudnopisu.

Jedyny jeden raz zostawię tutaj ten brudnopis. O tyle mnie więcej.

Muszę sama w siebie uwierzyć. Napisać to sobie.

Nie będzie dobrych świadectw i nagrody książkowej za czerwony pasek. Co za szkoda, tak ogromnie lubiłam być najlepsza. Ale bycie najlepszą przyszło bardzo późno, dopiero kiedy zapomniałam, jak lubię być sobą. A zupełnie na początku po prostu sobą byłam.

Chodzę po samej sobie jak po muzeum historii naturalnej. Zwiedzam, biorę do ręki, ośmielona odejściem szatniarek. [Koresponduję z ludzkością – ludzkość mówi, że odejście szatniarek do dobry znak.]

I jeszcze to znajome: chwila, kiedy unoszę głowę po napisaniu czegoś, co słyszałam od środka. I zdumiona, patrzę na napisane zdania. Wyszłam z myślenia, pozbawione mnie stało się tekstem, czymś radykalnie zewnętrznym.

Niczego się wtedy nie wstydziłam. Wewnętrzne zwierzątko sceniczne, nastoletni dyrektor, primadonna ogrodów, zdobywczyni gwoździ, zuchwała i rzutka. Świeciłam własnym światłem, dzika, nie miałam jeszcze tej wiedzy, że, jak reszta świata, okażę się niedopasowana, nie z obowiązującej sztancy, że przyjdą cięcia.

Korektor wewnętrzny zżyma się na słowa wskazujące na dumę z samej siebie. Nie wypada dziewczynce. Chwalić się.

Chciałabym odzyskać własny obraz. Uzupełnić kontur. Tyle mnie przepadło, ale wraca w piśmie, które muszę wystosować do siebie uprzedniej.

Więc jakbym chciała przeżyć tę ostatnią, drugą połowę życia?

Chciałabym jak w podstawówce, na skromnej wycieczce do Piły, w parku wyjść z klasą na scenę i spontanicznie dać występ, festiwal. Wtedy (10? 11 lat?) dyrygowałam w dziecinnym natchnieniu, a klasa tańczyła, śpiewała i chodziła po scenie jak pokazywałam. Mała władczyni mocy. Wewnętrzna Łajka jeszcze wtedy we mnie nie zdechła, ufnie jadłam sobie z ręki i leciałam w kosmos.

Żałuję, że od tylu lat jestem na ocenę. I że ktoś mnie po drodze tak wystraszył i złamał. Odbywa się we mnie długotrwały wewnętrzny przewrót, nie jest szybki, wypisuję się na niepodległość już całe lata.

Moje ukochane pismo. Gruby zeszyt. Pamiętam zdania, które napisałam dziesięć lat temu. Pamiętam jak wtedy żegnałam się z samą sobą, z przyrodą, której brak mi nadal. Wyrzucona z pór roku chodzę bez kalendarza, nie widząc czasu, który upływał w znajomych, powtarzalnych falach i paroksyzmach kolorów, zapachów i smaków. Pot w pachwinach fikcji literackich. Zostało poczucie tymczasowości i fałszu, brak adresu do doręczeń, arytmia.

Porzuciłam prawie całą samą siebie. To nie poetycki koncept, tylko prawda. Wyparłam się siebie. Nie tylko tej śmiesznej, po którą z czułością wracam, ale tej odważnej i kochającej samą siebie. Przestałam nosić się ze sobą. To wymaga pracy, starań, uczciwości. Zapomniałam własne zaniechania. Przeceniłam odporność na nacisk.

Tapeinosis. Ulubiona figura śmieszności. Przestałam pisać wiersze, artykuły naukowe, niezamówione eseje z omówieniem słów i rzeczy. Porzucenie pola walki, dezercja. Tu mnie boli najbardziej, tu mi brakuje.

Mam to wszystko blisko. Pliki archiwalne. Przechodzę obok niedokończonych projektów. Nie skończyłam. Bałam się oceny. Paniczny lęk przed sformatowaniem. Dziękujemy za nadesłanie siebie, ale nie możemy w tej chwili skorzystać.

Wcześniej, chwilę wcześniej pisałam odpowiedzi, nie dbając o pytania, na tym polega moja niechciana moc, na literaturze nie zamówionej wcześniej. Przez nikogo. Jako ogłoszenie drobne, ciasno upakowana w puszkę sardynka skowytu nad bałamutną egzystencją. Śmiać się.

Jak ja bym chciała śmiać się. W głos.

Dekomponując samą siebie we fragmenty dziennika, zyskuję małą ulgę, chwilowość pisania, jego uspokajający, szybki początek i koniec, wejście do tej samej rzeki po okazaniu stroju kąpielowego. Bikini bloga, filozofia topless.

I piszę, ciągle piszę o pisaniu i sobie, a może wystarczyłoby kupić sobie lustro. Żeby się sobie nie zgubić na kilkanaście lat, jak ja się mnie zgubiłam i po psiakrew okruszkach wracam. Nie jestem przy tym ordynarna, tylko smutna, smutek jest moją dzielnicą robotniczą i krzyczy pod Waszym balkonem, przechodząc z poniedziałku we wtorek, z dnia w 23:00, w nie zdążyłam.

Tak sobie karnie i cichutko krzyczy. I idzie do lustra, nie móc się napatrzeć.
Z kamieniami w ustach.
Powie sobie coś miłego.

Dziennik rzeczy ostatnich. O „Zorkowni” Agnieszki Kalugi.

Dziennik rzeczy ostatnich. O „Zorkowni” Agnieszki Kalugi.

Zorkownia by Znak

“Teraz wszędzie, na ulicy, w kawiarni, nieuchronnie widzę ludzi w stanie przedśmiertnym, to znaczy w ścisłym sensie jako śmiertelników. – I z nie mniejszą oczywistością widzę ich jako niezdających sobie z tego sprawy.”
Roland Barthes, Dziennik żałobny

„Zorkownia” to najtrudniejsza książka w moim życiu, chociaż otwiera ją, przenika i wieńczy nadzieja. Wypisywanie ciężaru, porządkowanie rzeczy ostatecznych poprzez rozmowę, konfrontację z drugim człowiekiem, dialog dwóch cierpień niosących sobie nawzajem ulgę i zrozumienie, wiedzione są podskórnym porządkiem literatury funeralnej. Książka i praca Agnieszki Kalugi w hospicjum to mocne i dobre bycie pośród ludzi, dające oparcie i niosące spokój mimo niemożliwości racjonalizacji cierpienia. “Zorkownia” uczy żyć do ostatniej chwili.

Jest jednak przede wszystkim książką bez precedensu, wyjątkowo mocnym katharsis, bez znajomego komfortu fikcji literackiej, choć z jej koniecznymi elementami. Tego nie uprawia się w kulturze. Tego nie uprawia się w życiu. O tym się nie rozmawia. Tutaj u nas, w oficjalnym obiegu – prawdziwej, detalicznej śmierci nie ma i nie jest zalecane wspominanie o niej w swobodnej rozmowie.

Funkcjonujemy w kulturze do zapominania o śmierci. Śmierć nie jest dotowana programem unijnym, nie jest pierwszorzędnym priorytetem epoki, podobnie jak cierpienie, starość i brzydota. To najnowszy etap rozwoju gatunku, który wypiera się własnej śmiertelności. Jeszcze nie umie jej zapobiegać, ale już nie chce jej widzieć. Lady Makbet chciałaby już domyć ręce.

Cywilizacyjnie zinstytucjonalizowana śmierć, infrastrukturalnie odseparowana od świata żywych, przeniesiona, relegowana na obrzeża codzienności to w polskich warunkach miejsce nieistniejące, przestrzeń niemożliwa. Śmierć to specjalnie wydzielone miejsce, z którego nie korzystają żywi. Opis śmierci w kategoriach przestrzennych nie jest przypadkowy, ponieważ na tym etapie cywilizacyjnego rozwoju doskwiera społeczeństwu jako punkt w przestrzeni, nie w czasie, jako miejsce do systemowego odgrodzenia. Dlatego hospicjum z “Zorkowni” z trudem uzyskuje przyzwolenie mieszkańców okolicznych osiedli. Jako terytorium możliwej śmierci narusza strefę komfortu, psuje bieżące dekoracje, za którymi należałoby posłusznie i bez form zgromadzenia publicznego zniknąć, rozpłynąć się bez źle widzianej ostentacji żałoby, nie mącąc spokoju żywej zbiorowości. Dobrze wychowani członkowie społeczności sprzątają po sobie.

„Zorkownia” wychwytuje w najbliższej, rodzimej kulturze moment najradykalniejszego zerwania ze śmiercią, moment, który należy powstrzymać, nim całkowicie rozchwiany zostanie plemienny, wspólnotowy porządek odchodzenia i żałoby. „Zorkownia” to w najbardziej powierzchniowej, społecznej warstwie elementarna niezgoda na oderwanie umierania od życia, śmierci od natury, na ukrywanie śmiertelnego ciała pod dekoracjami obrządku, na łagodzenie prawdy i sztuczność, mistyfikację pogrzebu. Nakładka ceremonii, siatki grodzące od dziury wykopanej w ziemi. „Udajemy, że to nie ciało, nie grób, nie ziemia?”, gniewnie pyta narratorka.

Społeczne nieistnienie śmierci, oficjalny brak czynności umierania i towarzyszenia w umieraniu jako naturalnych części egzystencji, zamknięcie na cierpienie i niewygodną śmierć Innego dobrze wyjaśniają kluczową mechanikę „Zorkowni” – składanie cudzych i prywatnych śmierci w depozyt dziennika, sejf tekstu. Kontrowersyjna intymność odchodzenia i towarzyszący jej, jak mówi bohaterka, „oleisty ból” nie mają gdzie indziej się podziać.

„Zorkownia” jako dziennik intymny pełni bardzo trudną funkcję, mając za zadanie pomieścić nie tylko własną historię, ale też wchłonąć życia i historie cudze. Historie umierających pacjentów hospicjum przeplecione są historią bohaterki – wolontariuszki i historiami jej dzieci. Rozedrgana opowieść o losach pacjentów hospicjum pozwala częściowo na oddzielenie się od ciężaru cierpienia, a sam dziennik jest, jak przez lata głosiło motto blogowej „Zorkowni” hospicyjną myśloodsiewnią. “Zorkownia” staje się jednocześnie bezcenną rekonstrukcją czasu utraconego, do którego poprzez tekst można w każdej chwili powrócić. W żadnym innym medium nie da się ocalić tak wiele życia, jak w piśmie, które jest sprawnym mechanizmem małej śmierci, z natury mówi pod nieobecność.

Wolontariat w hospicjum to wymiana na historie. Bohaterka opowiada życie za życie, ciężar za ciężar, śmierć za śmierć. Współrozmawiając i współumierając z pacjentami, do których ogromnie się przywiązuje, wolontariuszka rewanżuje im się w sposób, który jest dla niej samej bardzo kosztowny, ale jednocześnie wydaje jej się jedyną szansą, aby zasłużyć na zaufanie cierpiących – opowiada swoją historię straty dziecka. I rzecz kluczowa – hospicjum okazuje się ulgą rozmowy o śmierci, sekretnym miejscem cierpiącego gatunku, jego żywą pamięcią i ochroną przed zniknięciem, centrum rozproszonego plemienia. W miarę poznawania historii pacjentów hospicjum bohaterka może zacząć przychodzić nie tylko do nich, ale też do samej siebie, aby spokojnie i otwarcie pobyć mamą pierwszego ze swoich dzieci, mamą nieżyjącej już córeczki.

Z biegiem czasu „Zorkownia’ jako dziennik przybiera ukrytą, nieoczywistą konstrukcję helisy. W„Zorkowni” splatają się bowiem dwa równoległe dzienniki, bieżący dziennik dni przeżywanych w hospicjum i lapidarny dziennik dni utraconych wraz ze śmiercią córeczki, dziennik nieprzeżytego wspólnie życia. W nierozerwalnej helisie historii cudzych i własnych odbywa się ostrożna praca nad próbą ostatecznego wyjścia z bólu w stronę życia totalnie, wszechogarniająco uważnego, w stronę przejścia żałoby, przy jednoczesnej pomocy chorym w odchodzeniu i wsparciu ich rodzin w uważnym współbyciu.

Wolontariusz hospicjum to ostatni bliski, który dołącza do stada, aby nauczyć je jak dobrze przeżyć śmierć i siada, aby razem z nim płakać. To pomocnik i przewodnik po życiu w trakcie umierania, które jest długie, trudne, rozciągnięte w czasie. Pomaga umierającym w listach i rzeczach ostatnich, współdźwiga wysiłek mądrego przedostania się w przyszłość pozostawianych bliskich.

Ponieważ śmierć przeniesiono z domów do specjalnych pomieszczeń, jako nieufne plemię nie znamy jej niemal i do pewnego momentu nie widujemy osobiście, dlatego jesteśmy nieprzeszkoleni, nieprzygotowani do umierania. Śmierć wydaje się czymś w najwyższym stopniu zatrważającym. Ale na szczęście jesteśmy przygotowani do miłości i obserwujemy jak bohaterka uczy rodziny opierać się na tej miłości, na czułości, bliskości, na tym, że podczas umierania kochanej osoby nie da się uruchomić żadnego innego działania ponad miłość i dotyk.

Jako społeczeństwo jesteśmy wychowywani w szacunku do profesjonalnych rozmów porządkujących życie. W czci dla terapii, remanentu, porządkowania pawlacza pamięci. Wraz ze śmiertelną chorobą okazuje się, że to, co ostateczne, pozostaje nierozstrzygalne, a wielość wyborów, sądów, przekonań jest ocalająca, ponieważ pozwala własnemu życiorysowi i własnym błędom rezonować pośród innych na prawach historii równie słusznej.

W trudnej pracy nad umieraniem niezwykle ważne staje się wyrozumiałe wysłuchanie historii cudzego życia, współbycie, tkliwa obecność i dotyk, naturalny, ważny, a przecież niemal nieobecny w dorosłych relacjach rodzinnych. “Zorkownia”jako opowieść i bohaterka jako wolontariuszka przywracają w umieraniu tę współobecność i dotyk, dający ulgę w bezradności, jako znak bycia blisko i współodczuwania.

“Zorkownia” przypomina nam o rzeczach podstawowych – że zawsze można coś dla kogoś zrobić. Wykonać gest, przysługę. Porozmawiać, zwilżyć usta. Pozwolić istnieć. Widzieć, nie odwracać wzroku. Umierający istnieją na obrzeżach. Hospicjum funkcjonuje w polskiej świadomości społecznej jako rodzaj leprozorium. Śmiertelnie chorzy są trędowatymi współczesności, trzeba się do nich przekradać wbrew prymitywnej mechanice karnawału, którym pochłonięta jest reszta stada. A przecież  te łóżka zwolnią się kiedyś dla nas.

Niech nas nie zwiedzie osobista forma dziennika w “Zorkowni”. To dziennik – blog pisany w przestrzeni publicznej, którego podstawową siłą narracyjną jest przeniesienie roli wolontariusza hospicjum na czytelnika. Nie przeoczmy tego: bohaterka w miarę upływu historii jest w tej podróży paradoksalnie tym mniej istotna, im więcej dowiadujemy się o chorych. Wolontariuszka funkcjonuje jako everyman, fundując nam moralitetową wycieczkę przez pokoje hospicjum. Spisując historie tych, z którymi rozmawia, udziela nam fabularnego pozwolenia na emocjonalne przywiązanie do właścicieli tych życiorysów. I działa jeszcze dalej: wprowadza nas przecież strukturalnie jako stronę toczącej się rozmowy, jako nienawykłą do współcierpienia najdalszą rodzinę. To przywilej i cena lektury „Zorkowni”: nasze własne, nieuniknione przywiązanie do bohaterów książki. W miarę jak bohaterka zakorzenia się w życiu, my bierzemy na siebie część jej zadań, bierzemy w depozyt spisane przez nią historie pacjentów, niesiemy część ciężaru. Wraz z “Zorkownią” spada na nas porzucony przez nasz gatunek obowiązek: plemienne towarzyszenie w przemijaniu.

Ta warstwa “Zorkowni” uczy nas, niespokojnych wychowanków kultury do zapominania o śmierci, abyśmy już nigdy nie popełnili błędu wyparcia się śmierci jako części życia i odzyskali najważniejszą perspektywę egzystencji: zachłanną potrzebę własnej intensywnej obecności w całym posiadanym przez siebie czasie. To ostatni, największy z paradoksów „Zorkowni”: jako dziennik formalnie wywiedziony z bloga ma charakter konfrontacyjny, społecznościowy, jest jednocześnie dziennikiem intymnym i plemiennym. Nie tylko aby wychować dziecko potrzeba całej wioski. Cała wioska potrzebna jest również, aby unieść śmierć i dobrze żyć życie. Dlatego “Zorkownia” zwraca się do całego plemienia, do całego gatunku.

*Tekst ukazał się jednocześnie w serwisie e-czaskultury.pl

PS. Dziś, 4 marca o 18:00 w Food Wine w Starym Browarze w Poznaniu poprowadzę spotkanie autorskie Agnieszki Kalugi, na którym będzie można osobiście porozmawiać o “Zorkowni”.
Szczegóły spotkania – https://www.facebook.com/events/500486106727177/.

Wojny opiumowe

Wojny opiumowe

Rastignac – Les Dandys by ibride

Weekend.

Funkcjonariusze transportu publicznego w przepoconych kamizelkach z niebiańskiego skaju podjeżdżają pod pobliski sklep z piwem jako pierwsi. Niosą ostrożnie i czule skrzynki rozsądnie zbilansowanych smaków, wesołe kartony butelek, rewers większych domowych zakupów, gest przetrwania. Są dobrzy policjanci, uśmiechnięci taksówkarze, awaryjne włącza kierowca miejskiego autobusu, biegnie cywilny mąż, pan, wójt i pleban. Po zmroku zajeżdża elegancki garnitur rekinich zębów tego miasta, tu się bierze większy wieczór na wynos, bagażnik otula skrzynki z pneumatycznym westchnieniem ulgi, wczesnoporonna tabletka soboty chroni przed przyszłością.

Wydarzają się pod sklepem rzeczy dobre i ważne dla kraju.

Kraj na weekend położy się na chłodnej podłodze i spożyje tygodniowy deputat, biuro podróży za przystępną cenę. Kraj łatwiej sklei w sobie rodzinę na nieoczekiwanie długą odległość weekendu. Kraj opanuje w sobie uczucie skrajnej niechęci do własnego życia. Kraj wykona plan wypoczynku, kraj się poprawi, zasłuży i chętnie wstanie w swoje wszystkie czarne poniedziałki.

Kraj niepoprawny opiumista, dobry kraj z nawracającym snem o wolności dwa razy w tygodniu.

Kraj z pampersem swoje nieposłuszeństwo zrobi pod siebie. A może nawet kraj nie wyjdzie w godzinach nie przeznaczonych na przewidziane umową krótkie przerwy. Może nawet będzie jeszcze posłuszniejszy.

Potem kraj się prześpi.

Dzieci kraju będą w czerwcu i wrześniu monotonnie recytować nieostrożny wiersz Słonimskiego:

Chcę być dobrym Polakiem,
Cały tydzień pracować,
A w niedzielę być ptakiem.

Moja ukochana ja, poczekaj na mnie

Moja ukochana ja, poczekaj na mnie

Imagine finding me by Chino Otsuka 

Nie wiem, co mi się przez to moje całe życie stało. Mojej mnie. Jak ja się na to wszystko złożyłam.

To znaczy, oczywiście wiem, mam materiał dowodowy, zdjęcia, wspomnienia, tabletki. Jestem opakowana po czubek głowy. Bandażowanie czasu.

Chciałabym się odwinąć z bandaży. Może tak samo jak Wy, nie wiem. A może jestem jedna taka głupia. Wchodzę w ruchome piaski liter na własną odpowiedzialność. Asperges me hysopo, et mundabor, lavabis me, et super nivem dealbabor, maniakalne przepisywanie siebie na czysto, zabieg kosmetyczny ułaskawienia pamięci, nietrwałe wybaczanie sobie rzeczy, które zrobił mi ktoś inny, jak to zrobić. No jak. Jak odzyskać samą siebie. Sprzed.

Chciałabym zerwać własną głowę delikatnie jak dmuchawiec i pozwolić, żeby wszystko, co dawno przekwitło, odleciało daleko, przerosło w coś nowego. Zrobić w sobie wiosnę.

Chciałabym tak jak Chino Otsuka stanąć obok małej samej siebie ze zdjęcia, na którym zrywam mlecze, w jasnozielonej sukience, pięcioletnia, oślepiona słońcem, i spokojnie się przez to wszystko przeprowadzić. Trzymając za rękę.

Dasz radę, mała. Dasz radę, wytrzymasz i jeszcze będziemy się z tego niejeden raz śmiały. Może jeszcze nie dzisiaj, ale przecież kiedyś.

I nie będziemy żałować nic a nic. To też jeszcze nie dzisiaj. Ale kiedyś.

Uczę się, jak to zrobić, królowa francuska pokazała dziś w komentarzu do Kuchni wzruszającą strasznie perspektywę, oglądałam i ryczałam jak głupia. No to Wy też poryczcie. 

Kuchnia

Kuchnia

Home Cookin by Carol Hopper

Mam w brzuchu kłębek sierści i ze dwie kreski radości, pierwsze od dłuższego czasu. Dwie kreski radości to wciąż niemiarodajnie niski Celsjusz, wynik mocno niestabilny, z łatwą tendencją spadkową. Chronię, ogrzewam, palę sobie i świeczki i jakiś ogarek, ale – bywa – gaśnie. Nie jest łatwo.

Dni mijają fabrycznie podobne do siebie, różni je teraz tylko odległość od wiosny. Montuję im ciekłokrystaliczne śniadanie, zawsze w biegu, nieprzytomna, nie-do-obudzenia, bez dobrej energii, nerwowa i smutna.

Szczęściem hodowla dziecka w wariancie bezglutenowym odbywa się pomyślnie, dziękuję, na wadze posiadamy 2 kg Mai więcej, a jest to pierwsze 2 kg od trzech lat, więc dobrze, pierwszy raz od dawna sięgamy po mityczną normę w siatce centylowej, złoto matek i puchar piekących pyszny chleb powszedni ojców. Będzie dobrze, jakoś.

Co ze mną zatem, cóż mi osobniczo dolega, jaki problem pierwszego świata spędza mi sen ze ślicznych, lekko tylko obrzmiałych oczek, jakimż smutkiem targana, melancholijnie nawijam na paluszek wypadające mi garściami włosy, jakież to niewesołe kwestie przepowiadam sobie przed snem, doświadczając nieistotnych fabularnie afazji, jąkając się w zdaniach wielokrotnie złożonych do strzału. Ja, ściana słów, narratorka równoległa, co nie pamięta żadnego początku i musi posłusznie poczekać aż wróci. Ja, facetka od języka. Jąkając się, czekam.

Nie tak byłam ze sobą umówiona, biegłam, a stanęłam. Stoję, brudna woda, smutno, depresyjnie, sennie, od kilku dni dopiero nowa, blada jeszcze iskra.

Po raz drugi, po zmianie lekarza, daję po pysku swojej hashimoto, jak mi smutno, to czytam sobie Aleksandry Zielińskiej praktyczny poradnik “Ta podstępna dziwka – tarczyca” vol.1 i vol. 2., po dwóch miesiącach bez hormonów, po zjeździe równią pochyłą, po badaniach i wynikach badań, od tygodnia nareszcie łykam tabletki od mądrego profesora i pozwalam walcować się, miażdżyć, policzkować potężnej huśtawce nastrojów. Kiedy mówię huśtawka nastrojów, mam na myśli skok na bungee nastrojów, skok z kosmosu dysforii, bójkę na pięści, łatwy krzyk, ogólnorozwojowe nie podchodź. Niech ktoś zrobi mi twardy reset, proszę, zanim zginę z ręki domowników za opar szaleństwa, na jakim próbuję dotrzeć do następnego poziomu tej nielogicznej gry z własnym organizmem. Nie, nie mogę zracjonalizować, zgadzam się, że byłoby to bardzo sympatyczne, niestety, zakładam szkła korekcyjne na oko cyklonu, które nadal wiruje.

Więc tak, jakoś się kręci. U mnie. Piękna wiosna tej zimy. Taka niezrzeszona, bez legitymacji, ciężko ją będzie obronić jako stały punkt lutego, ale proszę. Miejmy w sobie ten wstępny przebiśnieg.

Och, nie może być tak, żeby było w tych nerwach spokojnie, prawda?
Dawno tak się nie miotałam w życiu.
Szukam odwagi, aby zrobić to, co chcę zrobić. Czy to nie paradoks? Mieć w jakiejś kwestii niezachwianą pewność i bać się nadal?

Czuję się jak uczennica. Czeladniczka. Córka. Mówią mi: nie uda się. No nie uda Ci się, daj spokój. Nie podoba nam się, jak robisz, miałaś nie robić. Pranie byś zrobiła. Nierozsądny głupku.

Kto mówi? One. Tamte. Wymienię je tanio na coś bardziej operacyjnego, coś, co nie czeka, aż pan Przeznaczenie włączy zielone w najładniejszym odcieniu. Może hormon włączy, nie wiem, niech mnie ktoś zastrzeli i wypcha jak psa Smutka, proszę.

Moja wyzwolona młodsza siostra literatura nie potrafi mi pomóc. Pochodzę z piwnicy, przyjechałam ze zjednoczonych stanów lękowych, nie rozumiem. Przyjaciółki uczą mnie pluć sierścią i krzyczeć.

Ale jeszcze nie dzisiaj, dzisiaj jeszcze – kłaczek.

Leczę się, biorę tabletki turkursu, szukam jak sroka srebra, łowię małe, inspiruję się i wzruszam, śledzę powalające na kolana zaskoczenia, małe akty oporu.

Robię sobie codzienną listę miłych rzeczy:
– nacieranie skóry ulubionym kremem
– kwiaty
– sen natychmiast kiedy chce się spać, najlepiej w ubraniu
– myślenie
– kolor niebieski, kolor turkusowy
– przytulanie
– całowanie
– świeży chleb
– duma

Dziwactwa, tam gdzie się od siebie różnimy, nie może nie być dziwacznie, sklejam sobie w jaśniejszą całość śmieci dnia, zbieram siebie, suchy chleb dla konia, obierki.

Czekam ponownie na siebie, odrobinę spokojniejszą, silniejszą. Nie chcę zostać w kuchni samej siebie, nie chcę.

Nie życzę sobie zastać w niej samej siebie za rok, za dwadzieścia lat, księżyców. Na kolanach, ze szmatą nad rozlanym mlekiem.

Wiecie, o czym mówię.
Z grubsza chodzi o to, żeby przestać robić wałki na własnym życiu.