Malwa różowa

Malwa różowa

Malwa różowa by accident

Przespałam cały dzień. Jestem w środku zburzona jak Berlin. Na strzelbie nacięcia, po jednym za każdego, który nie rozumie. Tacy są śmieszni w swoim policzalnym języku. Vituperatio stultorum laus est. Tak,koniec bójek na kopalińskiego, choć uśmiecham się, słysząc czyjeś równie nieczytelne dla reszty aluzje w przekładzie z martwego języka. Trzeba wystawić awatara i zredukować składnię, pilnie. Zeszyt do słówek Rilkego, deszyfrantki, still life, zapakować. Znaczenie rtęciowo opada. Można wkładać do wrzątku, jakkolwiek nie będzie dla kogo. Jeszcze ostatnia kwestia, Panie i Panowie – jeśli Word nie zna słowa, nie znaczy to, że ono nie istnieje.

Malwy natomiast przekwitały już w ubiegłym miesiącu, nasionami na przyszły rok, więc proszę powoli przechodzić w tamtą stronę. Jak o północy krzyczą w kasach Tesco – uwaga, będzie przejście czasu.

Imperium kontratakuje.

Imperium kontratakuje.

Star Wars Art astromech R2-D2
(Admiration, William – Adolphe Bouguereau, 1897)

Z bezbrzeżną niecierpliwością biegnę przez dni. Prawdopodobnie upłynął cały jeden rok ze mnie, kiedy ostatni raz o tym myślałam.

A jednocześnie jestem śledzona. Płyną do mnie maile, wiadomości i posty z niewielką zawartością karnawału. Zapiera mi dech, kiedy pomyślę, jak radykalnie zmieniło się moje życie od czasów samotnego dzieciństwa, zagubionego w wysokich zbożach i łąkach. Szłam w kwiatach, milcząc i próbując się z życiem. Ponad powierzchnią trawy i zboża skakał mój mały rudy pies, żeby sprawdzić, gdzie jestem. I nie chciałabym tutaj używać emotikonów, ponieważ uczciwie uśmiecham się do moich wspomnień twarzą bez znaków diakrytycznych i interpunkcyjnych, ustawiam się zmarszczkami pod okiem, nadpisując błahą przeszłość śmieszną tęsknotą za brakiem ciężaru. Może wywołam to w sobie. Tamten spokój.

Póki co, cudem uchodzę z życiem z codziennej łapanki informacyjnej. Uciekam od dnia, zamiast zbierać kamienie i kawałki stopionego piorunem piasku; wypełniam sumiennie harmonogram codzienności. A kiedyś robiłam obrazy z suszonych płatków i konfitury gruszkowo-cynamonowe.

Pierwszym społecznym modułem track&trace była idea Boga Wszechwiedzącego. Drugim jest siatka kartograficzna informacji. Ręce na kołdrze, nie zabijaj, Oko Opatrzności, rejestracja, kopia z świata, podglądanie snów. Dyscyplinowanie pod nieobecność.

Chciałam tylko zbierać kwiaty, a zbieram internet.

Lekkość szablonu

Lekkość szablonu

katachreza by katachreza

Uspokajający brak ciężaru dla liter.
Przesuwam post nad karnawałem tła bez najmniejszego trudu.
Ulga dowolnie regulowanej perspektywy.

Pozwalam się cicho indeksować w najoryginalniejszych powtórzeniach i treściach.

W pasku wyszukiwarki wprawiam w ruch proste metafory, jest posłuszna w swoich odniesieniach. Śmieję się, wyniki są dobre, czas i Gaspard Winckler potwierdzają, że da się łączyć wszystko z wszystkim, by powstała kolekcja, nieuprawnione rymowanie danych.

The day after. After two weeks.

The day after. After two weeks.

Naturerlebniswelt Heringsdorf by katachreza

Małe kolizje wydarzeń. Korozja słów. Brzydsze cienie na drodze.

Z jakiegoś powodu wszystko się zepsuło za pomocą mnie.
A nie chce się naprawić za żadne nieposiadane skarby.
Nie jestem pewna, co robić. Jak zawsze.

Mam w środku martwą naturę, still life, uroda życia z zapowiedzią pleśni, przemijam w tej chwili, proszę nie przeszkadzać.

Nie jestem rękojmią dla siebie samej, żadnych zabezpieczeń na przeszłość, co niewiarygodne, przestałam niemal zupełnie pisać, choć jeszcze oddycham. Wraz z ustaniem pisma ustaje we mnie życie. Jakbym powstrzymywała się od samej siebie. Nie ma mnie nigdzie indziej, poza moim językiem. Nikt go nie chce już słuchać, bo nie służy do życia. Jestem metaforą, z której się rezygnuje, ponieważ powstrzymuje niezakłóconą emisję komunikatów, prostolinijną propagację fal dźwiękowych, które wraz z zakupami niosą pocieszenie; consolatio ustawione jak wyścig.

Moje pisanie nie nadaje się do mówienia, to proste.

Jestem błędem w samej sobie i nie potrafię długo oceniać go dobrze, ponieważ jest niechciany, a ja wraz z nim. Nie mam nastroju i osobowości poza językiem, jestem wynikiem własnej nadwyżki komunikacyjnej, tam istnieję i tam przepadam, milcząc.

Tak długo już.
Adaptacje egzystencjalne.
Żadnych wahań, rezygnacja z autokorekty, zarzucona dyscyplina stylu, stabilizacja w oficjalnym decorum z blokadą na dezynwoltury, małe abnegacje i imponderabilia, koniec bójek na kopalińskiego.
Tak długo uczyłam się siebie, a teraz płacą mi za to, żebym tylko nie używała siebie w towarzystwie.

Wyświetlam się na ekranach języka, jak japońska reklama na drapaczu chmur, nieczytelna, natrętnie migoczę; najważniejsze, żeby nie przestawać, nigdzie indziej mnie nie ma. Czy ktoś już sklasyfikował przypadek reklamy pustej, poza którą nigdzie nie istnieje jej rozpaczliwie emitowany przedmiot przedstawienia?

Nie ma mnie nigdzie indziej, aniżeli w tym właśnie stadium wyświetlania.
Pamiętam jeszcze to uczucie. Że mogę wszystko, przecież to wystarczy napisać.
Nie brałam jednak dotąd pod uwagę, że bez napisania zniknę.

To już kiedyś było.
Potrzeba mówienia, pisania do siebie.
Skoro nigdzie indziej mnie nie ma.

Trwożliwe metamorfozy. Nie umiem istnieć biegle tutaj, po tej stronie, wśród twardych zasad i rzeczy.
Wtedy obejmuje mnie obca fleksja podległości, jestem w niej mocno warunkowa, a to tamuje mówienie, w którym jestem.

Dotąd byłam ciężarem tylko dla samej siebie, a okazuje się, że trzeba mnie dźwigać poza mną.
Do czego jeszcze jestem nieprzystosowana.
Intuicja podpowiada, że do całej reszty, choć ona jak wszystko, musi być gdzie indziej.

Kryminał domowy. Ładnie, cicho, nikt nie śpi.

Kryminał domowy. Ładnie, cicho, nikt nie śpi.

Vermeer by Dorothee Golz

Dziś przełomowy dzień. Nieuchwytnie jestem tuż po przełomie, zaskoczona, że się wydarzył, cichutko i ładnie.

Jak zwykle, rzeczom cichym i ładnym towarzyszyło wielkie Bang w postaci Córkinii, która zwlokła siebie i pluszowego kota w porze pociągu do Jumy, po czym poszła zapalić światła w całym domu i obwieścić, że jest już dzień.

Nie był.

Utulałam i uciszałam w trybie sen na jawie + zanik czynności życiowych. Byłam tak zmęczona, że nawet instynkt morderczy z rezerwacją na wstawanie przed świtem się nie ocknął.

Byłam tak zmęczona, że oczywiście nie usłyszałam rzeczy tak banalnej jak budzik. Mogę za to przeprowadzić warsztaty pt. Kaskadowanie spóźnienia. Etap I wściekłość i wrzask najstarszej Córkinii, która spóźnia się na (tu wstaw dowolną nazwę sprawdzianu), Etap II szybcy i martwi robią śniadanie dla niesiebie i prostują zmarszczki na wyrazie twarzy otoczenia, Etap III consolatio espresso con variazione ad absurdum, gdy nie ma dzieci w domu, nam się już nie chce spieszyć, a przecież to my powinniśmy, ale przecież dopiero teraz mamy chwilę nie dla ciebie.

Z tej perspektywy dzień wygląda trochę jak koń Lucciano Pavarottiego: wielki, niezwykły, niemęczący się, ale z wyraźnie wjeżdżającą w błoto pęciną.

No to biegniemy.