by katachreza | May 19, 2013 | kultura, państwo, religia
 |
| God, save the Barbie! |
Otrzymaliśmy dziś w dostawie ogólnokrajowej dzień podwójnie wolny z miętówką mistyczną racjonowaną przez wspaniałomyślne państwo.
Pod moim stuletnim balkonem chodzą odświętnie ubrani konkwistadorzy skromnie gasnącej epoki naziemnej i anonsują niedzielę. Cały ten zgiełk taki dziś ładnie wytłumiony dobrym wychowaniem, choć z mimowolnych skrzywień trajektorii ruchu wynika, że duch święty latał kędy chciał, a nie zawsze udawało mu się odbić od absolutu w nielicznym monopolowym na stacji benzynowej.
Szanuję stadną apokalipsę niedzieli, która dokona się jak co weekend nocnym powrotem lokalnego taty. Sprężyna tygodnia nakręca czas kolisty, który być może spóźnia się o całe jedno zmartwychwstanie, ale nigdy nie marnuje dobrej okazji. U wszystkich dokwaterowani Kacper Melchior Baltazar, jak to wszystko odchować, wyżywić, a imienin ile. I ot, co rok – prorok i lato, niewierzący na plażę, wierzący na tłumne nabieranie wody święconej do słoiczków po keczupie, będzie na popitkę i kamień nazębny.
Małe Polski. Plemiona telewizyjne, zasypiające ufnie nad gazetką promocyjną z Tesco. Poprawiające sobie widoczność wymianą osiedlowego kina na Biedronkę. Całe jedno pokolenie jak dotąd nie wstało z kanapy. Niechby i testy gimnazjalne były z gazetek reklamowych. Okazje wielokrotnego wyboru. I trudne obliczenia na alkomacie jednorazowego użytku, jeśli wypiłem cztery piwa, to kiedy będę mógł prowadzić. Wiedza powinna być codziennego użytku. I utwierdzają dzisiaj krytycy u Zimno, żadnych bójek na Kopalińskiego, nauczmy się wreszcie.
Tabletki na życie w tym kraju jeszcze długo będą z krzyżykiem.
by katachreza | May 18, 2013 | ja, kolor, rodzice
 |
| city colors by Katachreza |
Wydarzam się teraz trochę częściej. Znowu. Odrosłam sobie jak ogonek zwinki, porzucona przez siebie w czasach zagrożenia. Zachłannie zbieram kolory. Nowe i używane.
Nierealnie różowy niedopałek, pół spranej tęczy dziecięcych koszulek, trzy chude kolorowe torebki spięte żółtym paskiem, przejrzałe truskawki, ogórek, maślana zieleń sałaty cukrowej.
Staranne nazwy owoców i warzyw na brudnych straganach, w biegu skanuję kartoniki kodowane flamastrem. Ziemniak polski. Nasza truskawka. Wiosna importowana powoli przechodzi w krajową; nad rynek wraca zapach identyczny z naturalnym, ciepła zapowiedź leciutko sfermentowanych wieczorów.
Kalendarz stojący w miejscu znowu ruszył, mój ojciec jeszcze raz kosi pierwsze w roku wysokie trawy i udziela się towarzysko w przykościelnym Towarzystwie Dobrej Śmierci; jest to rodzaj ćwiczeń. Mama sieje, żeby zebrać, ale jak co roku nie wie, czy człowiek tego groszku, buraczka dożyje; ze mną udało jej się już trzydzieści sześć razy, z moją siostrą już ponad pięćdziesiąt. Więc groszek kolisty. Wszystko gotowe, ojciec wynosi na słońce garnitur z pięćdziesiątej rocznicy ślubu, ma wystarczyć. Mama ciągle nie wie, w co się ubrać.
Ja wyszłam z ich domu przez sklep z pamiątkami. I szafę czarnych ubrań. Powolna wylinka ze spranego płaszcza Konrada; wyrosła mi świeża turkusowa skóra, czuję się zabliźniona jak nigdy dotąd. Dostałam konwalie od E. i bzy od Zuzanki. I starą ulicę ciężko pachnącą upałem i dzikimi kwiatami, pomyłka dzielnicy i przepowiedni deszczu dziś jeszcze na moją korzyść. Jest noc śpiewających ptaków, dopiero teraz odzyskują przestrzeń. Rozumiem je dobrze. Słucham ich kosztem snu, płacę nim za wszystko, ale mnie też dopiero teraz słychać.
Moje niedaleko od szosy. Moje smutne. Moje miejskie grzebanie w śmietniku dnia. Mój brak ogrodu. Kolory jak krople do oczu. Pozdrawiam Was, drodzy ludzie. Jestem sobie. Blisko.
by katachreza | May 14, 2013 | dzieci, kultura, państwo, wychowanie
 |
| Zakazy by Polska |
Rok temu, w wakacje, zdobyliśmy Malbork. Zamkowa restauracja Gothic z aspiracjami,ale bez perspektyw, przywitała naszą rodzinę z czwórką dzieci na wskroś polskim gestem przyjaźni. Duży wolny stół, dzbanek kompotu, kredki, bloki i korony dla dzieci. Po kilku godzinach zwiedzania – błogostan.
– Musi się Pani przesiąść, powiedziała do mnie kelnerka, zamiast przyjąć call for espresso. – To jest stół dla dzieci, tu nie wolno siedzieć. – O…ok? To proszę inny stół, możemy wziąć kredki? -Nie wolno. – Ale dlaczego? – Bo wie Pani, tylko na tym jednym stole mamy obrus, który mogą brudzić dzieci. I niech państwo usiądą przy trójce. – Ale nas jest sześcioro. – Ale dzieci zostaną przy stole dla dzieci. Będą mogły rysować. – Ale dzieci będą jadły obiad, potrzebujemy 6 krzeseł. -To państwo będą siedzieli przy trójce, a dzieci przy stoliku dla dzieci. – To dzieci mają zjeść przy tym stole? – Nie! Tam nie wolno jeść, to stół dla dzieci! – Ok, dziękujemy pani, do widzenia.
Tak było. Do wędrówki po naszym kraju trzeba mieć nerwy ze stali i własny pomysł na wszystko, bo sztanca nie przewiduje tak licznych składów osobowych w fabule wakacji.
Postanowiłam wkleić tutaj swój własny niegdysiejszy komentarz do marcowego posta Zimno, bo wskutek nadejścia ciepłej wiosny i objawienia się rodzin na ulicach, w restauracjach, bramach i na placach zabaw, wydaje mi się boleśnie aktualny i tęsknię do świata, w którym jest możliwe i bez dąsów przygotowane nienerwowe wrastanie dzieci w społeczeństwo, bez spychania w kącik malucha syknięciami gości. Pamiętny pomysł stref wolnych od dzieci, z którym rozprawiła się Zimno, ciągle we mnie tyka. Jak bomba. Nie, nie czuję się w tym kraju chciana, mimo że łożę na spory kawałek przyszłego pokolenia, które będzie musiało jakoś sobie cichutko urosnąć i wesprzeć skrzydłem emerytalnym dzisiejszych syczących.
Nie chcę, żeby którekolwiek z moich dzieci rosło w cudzym zakazie, spocone ze strachu, przed umowną granicą Pań Halinek. Jest pewna elementarna różnica pomiędzy wychowaniem a represją. Naród, który wyrasta z dzieci wychowanych na zakazach i karach, na punktach ujemnych i rodzicach biorących stronę strażników syczących “nie wolno dotykać” – potem nie dotyka. Ani rzeczy, ani istoty rzeczy. Nieźle za to recytuje i karnie maszeruje w pochodach okolicznościowych.
[Z komentarza, więc może ktoś z Was czytał, wybaczcie] Kiedy byłam w Barcelonie, wieczorami wokół restauracyjnych stolików biegały stada dzieci. Rodziny, przyjaciele, znajomi, jedli kolację pod gołym niebem, rozmawiali głośno i śmiali się zaraźliwie, a wszystkie uzbierane dzieci czasem jadły, a czasem przemieszczały się przez restauracyjną wioskę spontanicznym wężem. Nie drgały niczyje oburzone wąsy, nie było zmęczonych animatorek, linii Maginota w formie praktycznych stolików rodzinnych w bocznej, wygłuszonej sali, po prostu błyskały gołe pięty w sandałach, a wokół kotłowała się nienatrętnie żywiołowa radość.
Place zabaw jeszcze przed północą pełne były dzieci z leniwie gadającymi ze sobą, śmiejącymi się głośno matkami. Po północy do domów wracały niecicho całe syte rodziny, a ojcowie poważnie prowadzili na plastikowych jeździkach i rowerkach z kaczuszką chylące się już trochę ku upadkowi senne dzieci.
U nas dzieci wrzuca się w świat w modelu “Nie przeszkadzaj”. Cichutko, nie wolno, nie dotykaj. Przesadzam? Ależ kochani, nigdzie nie ma takich muzeów, jak w Polsce. Nigdzie. Takiej szyby, co jej nie wolno palcem. Takich eksponatów chronionych jak śnieżyczka przebiśnieg. Takich opancerzonych kopii oryginałów. Tylko moje dziecko weszło w Poznaniu w kościec, ościec zrekonstruowanego prawieloryba czy innej praryby i go zawaliło.
U nas getto restauracyjne jest preinstalowane lokalnie, w polskiej głowie, która wychodzi na mrożoną krewetkę po szacunek i godność, odświętna, na barykadę barakudy :>. Za szarlotkę naszą i waszą. Za pieniądze.
U nas się trzyma pod kluczem, nieufnie, na dystans. Węgiel, dziecko, samochód, rozwód, śmierć i romans, Rozmawia się z obcymi GŁOŚNO, po polsku głośno sylabizując PA-NI-PÓJ-DZIE-W-PRA-WO-NICHT-VERSTEIEN-PRZE-PRA-SZAM-U-MNIE-JESZCZE-TROCHĘ-OKUPACJA.
A południe tak jakoś żyje. Jak maleje upał. Zasypia wesoło, chociaż kryzys. Bawi się i odpoczywa razem, całym rodzinnym miastem, rodzinnym miasteczkiem i rodzinną wioską. Na włoskiej fieście w miasteczku pod Rzymem chłopaki i dziewczyny od ledwo zaczynających chodzić po już ledwo powłóczące nogami do nocy wymachiwały bioderkiem naturalnym i sztucznym, w symbiozie, bez pyskotrzasków światopoglądowych, tamując ruch na jedynym rondzie w starym centrum. Razem, wyobrażacie sobie? Straszne, co? Tak się lubić i spotykać.
Są miejsca, gdzie świat jest jakiś taki – bardziej wspólny. Nie na kartki. Bez listy i kart wstępu.
Jestem przeciwko krajowej godzinie policyjnej, która jest o każdej i wszędzie. Przeciwko rozwiniętemu systemowi zakazu gry w piłkę. Przeciwko utracie podwórek. Przeciwko lękom i całej tej walerianie izolacji każdego od wszystkich. Przeciwko prawu separacyjnemu i stanom lękowym.
Przypomnijcie sobie. To miejsce, w którym Was nie chcą. Do którego nie powinniście wchodzić. Bo nie pasujecie. Wypadacie z obstalowanego u krawca garnituru społecznego zębów, a wszystkie mądrości. Za młode na, za stare na, za biedne na, za bogate na, za wierzące, za niewierzące, za głupie, za mądre, za bezdzietne, zbyt hojnie obdarzone potomstwem, w za krótkich spódniczkach i w zbyt bibliotekarskich sweterkach.
Przypomnijcie sobie, skąd kiedyś wyszłyście w ataku duszności i wstydu.
Ja w naszym miłym kraju wychowałam samotnie dziecko.
Doprawdy restauracyjne gettko byłoby zabawną wisienką na torcie wykluczeń.
Doprawdy byłabym rozbawiona, gdyby ktoś mnie jeszcze z któregoś powodu nie chciał.
Z jeszcze chociażby jednego.
Nicht für Frauen mit Kindern.
To może opaski?
Cieniutka jak opłatek banderola na zatłuszczonych stronach karty dań dla milusińskich? Tutaj z boku, troszkę na uboczu społeczeństwa, które winszuje sobie spokojnych skrzydełek.
To może cała dzielnica? Województwo?
Państwo kobiet, rodzin z dziećmi może?
Tak ładnie wyrosną.
Na nas.
Prawda, jak to dobrze?
by katachreza | May 13, 2013 | dzieci, ja, rodzice
 |
| Il Nido by Franco Matticchio |
Czy zastanawiacie się czasem, co wyrośnie z Waszych dzieci? I co z Was samych wyrosło? Bo ja się mocno zastanawiam.
Kiedy tak chodziłam po Pradze w zeszłym odcinku, to wykonałam sobie nieodpłatną refleksję w zakresie świadomości własnej. Że właściwie nie jestem dzieckiem. (lat 36, wiem, że refleksja może wydawać się nieco spóźniona). I że jestem dorosła. (już połowę życia jestem dorosła). I że jestem rodzicem. (od prawie 15 lat jestem rodzicem). I że jakbym szarpnęła się intelektualnie na zmianę perspektywy i zaczęła patrzeć w przyszłość, zamiast w przeszłość, to byłabym trochę mniej zdenerwowana. I może mniej zmęczona. I mniej przygnębiona również.
I jeszcze pomyślałam sobie, zajadając wiaderko lodów (śmietankowe z parmezanem, przypominam), że chyba tych wszystkich fajnych rzeczy, których nie dostałam zasadzonych porządnie w głowie, jak pelargonii (w umywalce), mogłabym dorobić się sama. I tak je mieć i dawać sobie i własnym dzieciom i całej rodzinie. I w taki prosty sposób zmienić. To, co się da zmienić. Bo to, czego się nie da zmienić, wygląda na skamieniałe jak mydełko Fa znalezione w ręcznikach rodziców po jakichś 20 latach. I można to ewentualnie spróbować wymydlić, ale jest ryzyko, że potrwa zbyt długo i pokaleczy ręce nawykłe do opatrywania ran komentarzem.
Już po powrocie – miałam testowe nieprzyjemne przeżycie wewnętrzne. W domu rodziców, skąd odbierałam dzieci, ojciec usilnie mi coś próbował opowiedzieć. Jakąś historię rozgrywającą się na przestrzeni lat pięćdziesięciu, w kilku kartografiach o niejasnym zarysie granic państw ościennych, w języku i czasie zaprzeszłym. A ja, trzydziestosześcioletnia, nie słuchałam go, odsunięta i niechętna. Bo wciąż jestem na niego zła. Za to, jaki był dla mnie, kiedy byłam mała i duża trochę już też. I miałam ochotę mu to wykrzyczeć trochę, no ale nie wykrzyczałam i chyba tak jest lepiej. I chciałabym już odwrócić w sobie tę historię do końca, wyrosnąć z niej całkiem. Odebrać drugi dowód osobisty i wyprawić sobie osiemnastkę. I dobiec, dojść do siebie. Samej. Podpisać w sobie porozumienie bezstronne, zlikwidować barierki, wstawić większe okna, wybetonować trwały podjazd, ale bez wojny z szatanem, światem i ciałem.
Muszę tylko zastosować do siebie tę praską refleksję. Nie tam, nie w domu rodziców. Bo ja tam już nie mieszkam. Mieszkam tutaj.
Tutaj sobie będę siebie robiła. I rodzinę i teraźniejszość i przyszłość.
Sprzątam.
Ale tym razem swoje rzeczy. Tylko i wyłącznie swoje. Segreguję i wyrzucam albo zostawiam. Przepakowuję się do mniejszej torebki. Do której mieści się mało i trzeba to wybrać starannie. Czy wszystko co moje, warto nosić ze mną. Na początek wyplułam kamienie, które nosiłam latami, żeby się nie zająknąć na żadne niewygodne tematy. Są już białe.
I dociera do mnie, jak fala gorąca, że jestem tak bardzo kochana. W moim tutaj. I że ja – tak kocham.
Ale numer.
Jestem kochana. Podziwiana. Wielbiona. Dla mnie, słabej od wróżonego nieudania się, morderczo niepewnej kobiety, której nieosiągalny świat pokazywano na słabym żółwiu z piasku, i zawaliło się, to wielkie odkrycie. Że to ja jestem światem. Pozwalam sobie na to, żeby to do mnie całkowicie dotarło. Nareszcie. Bo bałam się słuchać. I komplementów. Wolałabym same złe rzeczy, wiadomo, w nich jak ryba w wodzie, do zadławienia się powietrzem. A tu miłość mojego życia. Zaczynam rozumieć, co do mnie mówiła. I mówi. Nie przestaje. Jestem z miłością mojego życia. I chce mi się śmiechu. Po kolana. Najbardziej na świecie lubię się śmiać.
A wspominałam, że kiedy smarkaty kolega z późnej podstawówki wiózł mnie smarkatą komarkiem z wyprawy na leśne dzikie czereśnie, to mnie zgubił i nawet nie zauważył? Wjechał w dziurę w leśnej drodze, podskoczyliśmy, ja zawisłam w powietrzu, komarek wyjechał spode mnie, kolega pojechał sobie spokojnie dalej, a ja, walnąwszy awersem o glebę – zostałam w lesie, a następnie grzecznie wróciłam pieszo.
Tak od tego układania sobie przypomniałam. I od śmiechu mnie boli.
Miałam zapytać – jak się właściwie hoduje dzieci w Waszej rodzinie?
Rodzic – wersja czujny bernardyn z baryłką ovomaltiny, wykopujący ofiarnie przychówek spod zaspy kilkanaście razy dziennie? Czy raczej myjnia ręczna bezdotykowa, samo wyszło, to samo wróci? Jak Was wychowywano? Jak lepiej? Jak teraz, kiedy na drodze 997, 112, wilcy? Jak ogarniać codzienność, pochwały i smutki, do kiedy wycierać po kąpieli, od kiedy stawiać na samodzielność, jak się rośnie w matczynej nadgorliwości, a jak na głębokiej wodzie, co w tym ważne? Jak to z Wami było?
Mój starszy brat na przykład z podróży po Europie Zachodniej regularnie przywoził dla swojego dwu- trzyletniego synka odżywkę mleczną Hipp w puszkach pięciokilogramowych. Późnopeerelowski synek wypasany na zachodniej odżywce rósł w oczach, również po odstawieniu odżywki.
Mój ukochany bratanek, którego tu serdecznie pozdrawiam, w wieku lat piętnastu był już wyższy od taty, a osiemnastkę świętował ze wzrostem grubo przekraczającym 2 metry, oraz numerem buta obsługiwanym wyłącznie przez firmy szyjące obuwie na wymiar i Reeboka. Co zbiegło się w czasie z przyswojeniem przeze mnie wymaganych języków obcych, dzięki czemu o wiele lat za późno udało nam się rodzinnie ustalić na opakowaniach odżywek Hipp, recyklingowanych na strychu rodziców do przechowywania śrubek, iż pierwotnie zawierały odżywkę białkową Hipp dla kulturystów. Co mógł komunikować obrazek kulturysty na pudełku, ale nie musiał, niegdyś pochopnie uznany za dobrą wróżbę dla prawidłowego rozwoju małego polskiego chłopczyka.
Kontynuując rodzinną tradycję odpowiedzialnego chowu potomstwa, daję wikt i opierunek wysokiej jakości w gatunku pierwszy bernardyn rzeczpospolitej, leczący zanim choroba, co również obecnie zmieniam, gdyż zmęczyłam siebie i materiał genetyczny, który się nieco wstąpił nerwowo. W tej zresztą materii i okoliczności towarzyszącej, jak niektórzy z Was już wiedzą, moja droga Zuzanka zapewniła mi ostatnio fantastyczny wstrząs sezonu.
Wykonując z Zuzanką sporadyczny transfer najładniejszych ubranek dziecięcych, przekazałam niedawno dla jej córeczki śliczne jesienno-wiosenne buciki, z których moja córka zasmucająco szybko wyrosła, choć niekarmiona przecież odżywkami Hipp.
W dniu dokonania cesji obuwniczej odebrałam od Zuzanki uprzejmy telefon z pytaniem, czy mam jeszcze jedną parę takich bucików, co uznałam za komplement i dowód, że buciki się podobają. Zostałam jednak ponownie odpytana, czy nie mam drugiej pary takich samych. Żeby dało się dobrać dwa buty tego samego rozmiaru do pary. Bo jeden z przekazanych jest w rozmiarze 24/25, a drugi 26/27.
Otóż nie miałam drugiej pary. Moje dziecko chodziło dzielnie w dwóch butach różnego rozmiaru całą jesień.
Więc pocieszam się, że może nie jestem znowu taka nadopiekuńcza.
by katachreza | May 6, 2013 | ja, kultura
 |
Sikający by David Černý by Katachreza |
Nie było mnie, bo wyszłam za jętyk.
Miałam siebie bezdzietną przez cały bity tydzień. Mogę jedynie powiedzieć, że różnica w zawartości siebie w sobie jest znaczna. I czasu w czasie.
Praga wiosną jest wspaniała. Bez biały i fioletowy kwitną na potęgę, w Angelato dają lody śmietankowe z parmezanem, świętemu Wacławowi David Černý osiodłał zdechłego konia, a Czesi są uśmiechnięci. W rejonach nieturystycznych nieprzymusowo serdeczni, w strefie zagrożenia turystą – ibidem. Bardzo, bardzo dziwne wrażenie. I starsi są. Widocznie starsi. Zza kontuarów i lad uśmiechają się panie i panowie, nie studiująca adolescencja. Nie zniknęli, jak w Polsce, z posad innych niż à la Pani Halinka. Są niearoganccy, uprzejmi po ludzku, pomocni i empatyzujący spontanicznie, rozmowni, ciekawi, nie burczą. Są staranni międzyludzko jakoś inaczej, zwyczajniej, nie z uwagi na zalecenie pracodawcy oraz kursy z zarządzania i sprzedaży. Czy ja wiem – może po prostu żyją?
Co już całkowicie wprawiło mnie w osłupienie – to uśmiechnięci, życzliwi policjanci, ochroniarze i strażnicy wszelkiego rodzaju. Najszczerzej ubawionych i najserdeczniejszych widywałam pod zdechłym koniem świętego Wacława przed kawiarnią Lucerna. Gawędzili spokojnie z turystami, tubylcami i kloszardami – żartowali i wyjaśniali, poczciwi i krępi jak Rumcajsy. Nie było zatrzymań, ani upozowanej grozy władzy, choć wykluwaliśmy się w tym samym żelbetonowym jajku socjalizmu.
Taką mam obserwację. O. A obserwacja wykonywana była podczas niespokojnej przebieżki przez miasto z takim jednym fajnym zapaleniem oskrzeli, które zabrało mnie w podróż majową i zapadło na zdrowiu paskudnie. Wyborny praski wieczór i noc upłynęły wyłącznie na studzeniu gorączki 39,3’C, na której żaden lek nie robił wrażenia. Jaka to była radość, kiedy po dwóch godzinach zimnych kompresów udało się zbić dwie kreski! Ludzie! Potem już tylko lekarz, badanie crp i antybiotyk i już można było wracać. U praskiego lekarza szczerze ubawił mnie pomysłowy system miar i wag – w tym szaleństwie była wybitnie środkowoeuropejska metoda.
Przed gorączkowym powrotem do kraju w zachwyt i euforię wprawił mnie praski Zamek, Hradczany, Złota Uliczka, kamienice z fasadami zdobionymi moją ulubioną techniką sgrafitto, wszystko samotnie schodzone, obejrzane, połknięte w zachwycie. Piękne miasto dla ludzi, otwarte i jasne, neurasteniczne i melancholijne, ale przejrzyste.
I nie wiem, jakim cudem jedno miasto i jeden naród mogą zawierać tyle autoironii. Wydaje mi się, że kończy się tutaj właśnie destylować własną historię do form bardziej życiowych niż ołówek z brzozy smoleńskiej i silniej ułatwiających trawienie niż wzbudzony w polskiej wątrobie orzeł żółciowy.
A ja – proszę Państwa – ja to jestem z Polski. I trzeba by sprawdzić mi na opakowaniu, co właściwie mam w środku.
Recent Comments