by katachreza | Sep 14, 2014 | ja, państwo, przyszłość
Polska.
Tkwimy sobie.
Patrzę i myślę sobie, że skoro mój kraj nie jest o mnie, to chociaż ja będę o nim, w taniej serii z szarego papieru, ścierna. Piszę sobie, chodzę śmielej i manipuluję dziećmi przy przyszłości kraju, w nadziei, że mi jeszcze nie zginęła.
W najbliższych tygodniach nie można wykluczyć ciepłej jesieni średniowiecza. Ukwiecony podatkiem odchodowym trawnik kwili późnym świerszczem. Naród jak zawsze zajęty przecinaniem wstęgi w rezerwacie dla status quo. Celebruje się codzienną cichą uroczystość z okazji uniknięcia zmiany. Otulina beznadziejnej psiakrwi wytłumia w narodzie zbędne decybele.
Na kolację nieotwarta konserwa możliwości, lokalnie kiepsko brandowanej jako puszka Pandory. Przed snem wybiega się w przyszłość jak na grób nieznanego żołnierza, złożyć wieniec w podzięce, że zginęła za nas. Gen ewolucji oddany w depozyt w zamian za jako taki komfort życia. W tym kraju dinozaury na pewno by nie wyginęły.
Tutejsza światopoglądowa strefa komfortu jest cieniutka, powlekana woskiem; gliniana tabliczka do dyktanda z przykazań, które jak każda nienaturalnie gładka powierzchnia łatwe są do naruszenia. Strefę komfortu można przerwać najdrobniejszą sekwencją niefortunnych zdarzeń, w wyniku których odświętnie naoliwione nagle nie chce działać. Strefa komfortu nie zawiera bólu i lęku, prawdziwego lęku egzystencjalnego, a każde naruszenie strefy wpuszcza go do życia. Cała energia strażników strefy wkładana jest w ochronę przed przeciekiem lęku. Strefa komfortu, osiedle strzeżone rzeczywistości, posiada przy tym szereg wygód, schludną zieleń i system obietnic. W izolowanych warunkach strefy pomyślnie dorasta pokolenie Emla, od urodzenia zapisane na życie przeciwbólowe, do iniekcji własnych.
Strefa służy bezpiecznemu poruszaniu się po świecie na pamięć, według dziedziczonej topografii najcieplejszych jaskiń, hologramów wroga wyświetlanych nad odlanym z psiego siku krzakiem.
Nieszczęśliwie, grawitacja strefy komfortu wymusza u tubylców dość niezręczny styl kontaktu z rzeczywistością, a mianowicie peryskopem kupra, co zręcznie ilustruje obraz Moniki Chlebek. Tłumaczy to ogólną jakość rozpoznania sytuacji. Na domiar złego, operatorzy kupra zanieczyszczają basen międzyludzkiego. Oczywiście łzami.
Coś wbija znienacka klin w sprawnie funkcjonujący system. Sabina rozcina dekoracje, Truman natyka się na nienaturalny spadek entropii w przebiegu wydarzeń. Nerwowo przerywam odławianie planktonu w godzinach, po prostu nie mogę już dłużej.
Odzwyczajona od samodzielnych decyzji, na próbę podnoszę głowę i rozglądam się wkoło. Czuję w sobie potężną niezgodę i po raz pierwszy w ogóle nie tłumię jej w sobie, obserwując cierpliwie, dokąd chce mnie zabrać. Niezgoda życzy sobie wszcząć wewnętrzną rebelię. Nie tamuję, wydaję wszystkie pozwolenia.
Wbrew instynktowi preinstalowanemu u mieszkańców strefy pozwalam własnemu kuprowi opaść w wodę i odtwarzam funkcję płynięcia przed siebie.
Kilka dni temu złożyłam wypowiedzenie w korporacji i spływam na swoje.
by katachreza | Aug 15, 2014 | Europa, ja, podróże
Jaszmije ostatnio rykoświstąkają. Nie mogę się zdecydować, pełnia zbiorów, gorączka urlopowych nocy, a może rozpada nam się Europa, nasza krucha filiżanka z sevrskiej porcelany? Nie wiem, mierzyć obwód w talii, czy jabłka w wilhelmach tellach.
Nadchodzą dni spoza kanonu, z nadłamanym paznokciem decorum, ale ludzkość wydaje się jeszcze nadobowiązkowa, z klechd tylko wiadomo, że sennie chlipie w exodusach i gubi płatki kosmetyczne granic.
Czy dawni bohaterowie żyliby inaczej, jak my, maniakalnie nie musząc wybierać? Ledwo zaczęta przez nas najnowsza historia wygląda jak blaknący upał, popołudnie pozorowanych ruchów, miękko wyściełanych pluszem; niekiedy wykonujemy nawykowy obchód najważniejszych rocznic, i czasami pewne gesty miłosierdzia, zrabatowane dla pierwszego świata, nic osobistego.
Czy my tu choć trochę jesteśmy, na ile głęboko uczestniczymy? Widujemy się ze znajomymi w gromadnych lajkach pod fotografiami wydarzeń. Hojni donatorzy gotowych uśmiechów, flaneurzy linków, zręcznie udostępniamy statusy pod przyszłe podręczniki historii. Będziemy waszym najpopularniejszym przodkiem. Nasi zmarli wciąż lubią te ładne fanpage. Szumy zlepy ciągi bez groźniejszych świstów, nielęk i niewybór.
Nie unoszę łuku, może poza brwiowym. Drżący mieczyk Aśki d’Arc srebrnie tkwi w akwarium.
Nie zdecydowałam, o czym chcę być w przyszłości. Moje oko musi podróżować, głowa musi podróżować, wyciągam kolejne godziny z małej puderniczki.
Tymczasem roczniki trzydzieste dyskretnie gromadzą mąkę, kaszę, cukier.
by katachreza | Jul 14, 2014 | ja, marzenia
.JPG) |
| ten years younger Katachreza by Sylwia |
Lipiec, świat i okolice znów delikatnie płowieją, szczupła rzeczywistość angielskich powieści rozszczelnia tę tutejszą, czas kładzie mi się w nogach i z upodobaniem ssie swój własny ogon, rośnie we mnie wielka fanaberia.
Powściągliwie patrzę sobie w zdjęcia, w dowód.
Ucichłam, umarłam, siedzę brzeżkiem, czekam.
Samo nie wstanie i nie będzie żyło, bo sobie nie wierzy, więc podchodzę pomóc.
Ostatnie tygodnie mijają jak sny. Czuję się przedmarzeniowo. Jakbym miała siebie na końcu języka. W drugim pokoju. Za ścianą.
Między przedszkolem a pracą marzenie niemal się materializuje. Przez całe dziesięć minut widzę je jak przez mgłę. Czuję przedsmak zmiany. Nie wiem, co się dokładnie, detalicznie na tę zmianę składa. I nie chodzi o to, że mam odgórny projekt samej siebie, nic z tych rzeczy. To raczej nieśmiały przebłysk wewnętrznego ognia. Taki, powiedzmy, malutki płomyk w brzuchu. Jedną zapałką. Trochę osłaniam od wiatru, a trochę staram się rozdmuchać.
Wiem, że jestem o krok od znajomego, na lata zablokowanego uczucia “marzę o tym i chcę tego bardzo, odsuńcie się, albo przejdę Wam po plecach”. Pamiętam te ciarki. Wyobrażanie sobie jak wspaniale gram na fortepianie. Jak pięknie piszę. Jaka jestem do utraty tchu całowana. Jak mi pięknie od stóp do głów. Jak zdobywam główną nagrodę w konkursie. Jak realizuję mój niesłychanie wspaniały pomysł. Wertowanie marzenia strona po stronie. Niezachwiana wiara w to, jak dobrze będzie, kiedy się uda. Ćwiczenia ze zwycięstw. Satysfakcja, sukces i duma. Głowa w ogniu i radość z bycia najlepszą sobą.
Jestem o krok od przypomnienia sobie, jak się bardzo czegoś pragnie.
Przypominam sobie taką własną siebie.
Zanim zeszła lawina wydarzeń przedziwnie korodujących wiarę w siebie.
Odważam się za sobą stęsknić i idę zajrzeć do siebie, leżącej w bezruchu.
Podchodzę się podnieść.
Wykonuję po cichu szereg ekwilibrystycznych figur aby samą siebie wziąć w objęcia.
Bardzo mi na samej sobie zależy.
Pytam samą siebie szczerze, jakbym pytała najlepszą przyjaciółkę.
Jak mogę Ci pomóc, żebyś wstała.
Tak, -E.W., tak pytam.
Mówię sobie, ta ja, którą w ostatnich tygodniach podnoszę i tulę, że się boję, że myślę o samej sobie historię klęsk, życiorys nieudacznika, któremu wszystko się nie udaje, a jeżeli coś się udaje, jest zasiłkiem od losu, przypadkiem. Ślepym na jedno oko.
Głaszczę samą siebie po głowie, rozumiem.
Zanim przyjdzie czas wysokiego skoku, potrzebuję pomocy, drabinek, krzeseł, małych oparć.
Więc biorę się za rękę i robię coś dla samej siebie, żeby zmienić własną opowieść o sobie i wysłać do siebie wiadomość “hej, dziewczyno, możesz na mnie liczyć choćby nie wiem co, jestem, pomogę Ci w największej biedzie, na zawsze Twoja”.
Żyję dotąd taką opowieść, w której co punkt, to dowód na to, że jak mi po wielokroć przepowiadano, jestem wielkim nikim. Jest w tej opowieści już tona takich dowodów. I ogromna samotność, bo taką opowieść żyje się samemu, u mnie wszystko dobrze.
Tej wyżytej do cna historii o klęsce nie da się na raz dwa próba mikrofonu wymienić na nową historię zwycięstwa. To jakby się chciało zwinąć w zgrabny rulon Bitwę pod Grunwaldem i wstawić rodzinkę Stokowskich. Nie da się, człowiek nadal ostrzy nóż do chleba o dwa wbite w ziemię miecze.
Słucham tego w sobie, pozwalam sobie przyznać się do tego.
Słucham i podchodzę pomóc, bez tego nie będzie tu żadnej przyszłości.
Biorę się za najmniejsze z małych, technika innej oceny wydarzeń wymaga prowokowania innych wydarzeń.
Ogromnie potrzebuję wyraźnych małych punktów do połączenia w nowy obrazek.
I od tygodni pracuję nad wyjątkowo konkretnymi submarzeniami.
Stawiam nowe punkty oparcia, mocne zielone kropki w żytej przez siebie historii.
W tym niedługim czasie coś małego osiągnęłam, coś niewielkiego zmieniłam, do czegoś z dawna zaniechanego wróciłam, czymś wprawiającym w dygot przestałam się zamartwiać, rozwiązałam uporczywy, przygnębiający mnie kłopot, umówiłam kilka innych małych dziur w całym do repasacji.
Nie chodzi tym razem o to, że pokazuję sobie samej wykonalne zadanie w mikroskali.
Albo inaczej: nie to jest najważniejsze.
Tym razem zabrałam się na różne sposoby za pozornie drobne elementy, które w prostej linii powiązane są z moim własnym zaufaniem do samej siebie. Zdemontowałam kilka betonowych wsporników mojej historii klęsk i zaniechań, spraw, które nadszarpywały mi każdą dobę, nie pozwalały zasnąć, zniechęcały do obudzenia się. Trwało to jakiś czas, ale uporałam się z najtrudniejszą, starą i zapiekłą częścią. Sama.
Mam teraz kolejny etap do wykonania, ale pokazałam samej sobie, że mi na takiej jaka jestem ogromnie zależy. Przyszłam do tej mnie, jaką jestem. Poprawiłam, pomogłam sobie, mogę, umiem, udało się. Lżej. Razem możemy naprawić następne.
Zabrałam się nie za nowe, tylko po nowemu za stare, nie za spełnianie marzeń za dużych ode mnie dzisiejszej, tylko za lubienie siebie i pomoc samej sobie. Ile w tym było głębokiej i dobrej radości, drobnego dbania o samą siebie, leciutkiego triumfu, wiem ja jedna jedyna.
Nie zrobiłam niczego wielkiego przez ten czas utracony na rzecz samej siebie.
Stoję w miejscu i mocno trzymam się za rękę.
by katachreza | Jun 11, 2014 | dzieci, dziewczynki, ja
.JPG) |
| Half-Pants Ken by Katachreza |
Co u Was?
U mnie tak.
Ken najczęściej widywany jest w spodniach zdjętych do kolan. Przy samolocie pojawia się incydentalnie, świecąc gołym pośladkiem.
Maja nie może wyjść z podziwu, że z Kena kompletny anioł. Jak dotąd, mimo cierpliwego oczekiwania, drugorzędowa cecha płciowa nie pojawiła się.
Kenowi wiedzie się dość słabo, od dłuższego czasu nie wolno mu prowadzić samochodu. Czasami jakaś plastikowa lala wyjdzie za niego za mąż, ale szybko zostawia go w kąciku, porzuconego razem z welonem.
– Tak już jest, moja śliczna – Maja pobłażliwie głaszcze mnie po policzku, kiedy mimochodem pytam, dlaczego Ken znowu ma zdjęte spodnie, skoro już wiadomo, czego tam nie ma.
A ja tymczasem, pomiędzy, w ramach ćwiczeń z z rozszerzania czasu, robię konfiturę z truskawek i cierpliwie hoduję marzenie. Niebawem napiszę o stawianiu krzyżyków, szukaniu submarzeń składowych i spełnianiu ich samemu sobie na zachętę.
by katachreza | Jun 1, 2014 | ja
To miał być rozpaczliwy tekst o przeszłości, tkwieniu, zacinaniu się deszczem przy goleniu, o zaniechaniu siebie.
Tutaj u nas było miejscami naprawdę smutno, wewnętrzna Łajka ponownie zdechła, nie zostaliśmy lekarzem.
Widziałam wyraźnie, leżały przy mnie pokotem te wszystkie przyczyny i skutki, jak ubłocony owczarek kaukaski. Gdziekolwiek bym nie szła, uniemożliwiały i były powodem, dla którego powinnam odwołać spotkanie.
Z czymś tam. Z radością. Z samą sobą.
Aż tu nagle przyszły cztery kobiety i powiedziały mi do słuchu, a mam bardzo słaby i trzeba mi dużo razy powtarzać.
Jedna powiedziała mi, a jakbyś tak przestała.
Druga kazała usiąść i powiedziała, że mogę przestać, ponieważ zbadała i sprawdziła, moja historia mieści się w ramach i normie.
Trzecia zaczęła nalegać, żebym przestała robić stare i zaczęła nowe.
A czwarta zadzwoniła dziś w południe i powiedziała, że możemy zacząć, ale się wystraszyłam i odłożyłam słuchawkę.
Ale malutkimi kroczkami zaczęłam dziś sama. Żyć teraz, w przyszłość, a nie do tyłu, bo wtedy zawsze się spóźniam.
Ale to wszystko może nie miałoby takiej mocy, gdyby nie marzenia i druga z czterech kobiet.
Dzięki niej, w czwartek po 18:00 widziałam na własne oczy dorosłą kobietę naturalnej wielkości, która zaczęła marzyć. Przecierałam oczy ze zdumienia i powolutku udzielała mi się jej radość i swoboda. Rozmawiałyśmy o jej marzeniu, marzyła głośno, jak się spełnia, większe, aniżeli w jej tu i teraz będzie to kiedykolwiek możliwe. Pozwoliła sobie na opowieść, której w dorosłym świecie niemal nie słychać. Odkąd dobrze znamy swoje miejsce, własne możliwości, oraz co komu wypada, a co nie. I odkąd znamy życie. I ludzi. Człowieku. Opowiadała tak, jak opowiadają tylko dzieci, kiedy zostaną kosmonautką, słynną piosenkarką i pilotem. Opowiadała najpierw o tym co będzie, ale potem zmieniła również to, co było. Opowiadała siebie ze spełnionego marzenia, z historii o tym, jak udało się pokonać, wypracować, osiągnąć. Zaczęła od drobnego zalążka, coraz śmielej odpowiadając na moje pytania, a odpowiedzi przychodziły z samego środka tej niemożliwej opowieści.
Jaka to była gigantyczna ulga.
Zaznać zmiany.
Poczuć tę radość. Szczęście, że udało się wszystko i całe.
Jaki szczęśliwy śmiech i duma.
Schodziła z tamtej opowieści strasznie ucieszona, z rumieńcem na twarzy, swobodnie kalibrując marzenie do realnych rozmiarów, wybierając z niego pięknym, pewnym gestem jedną bardzo konkretną, drobną cząstkę, przekonana już, jakiego wycinka marzenia naprawdę bardzo mocno pragnie i umie przygotować się do jego spełnienia.
Wspaniała, pełna rozmachu, totalna wizja spełnionego już wiele lat wstecz marzenia miała ze swoją małą, zrealniałą wersją bardzo ważną część wspólną. A mała zrealniała wersja była, co ważne, dużo skromniejsza niż cel wstępnie założony w marzeniu.
Wspólną częścią był nagle odkryty rodzaj działania, identyczny bez względu na skalę. I mniejsza, czym to konkretnie się okazało, to już nie nasza historia. Miało szczególną moc: bez względu na skalę niosło satysfakcję, spełnienie, wielką radość.
Kobieta, z którą rozmawiałam, odkryła nagle, że właśnie tego chce. Tego małego konkretnie.
Z za dużego marzenia, którego świat kazałby się jej wstydzić, z wyśnionej, wymarzonej wersji samej siebie, z inaczej przeżytej przeszłości wyłuskała sedno. Prawdopodobnie łatwo powtarzalne źródło autentycznej radości.
I przecież nie wydarzyło się nic spektakularnego. Wiedzieliśmy, że marzenia są ważne. Tylko po prostu przestaliśmy marzyć o ich spełnieniu, zastępując je wyznaczaniem celu i żmudnym dążeniem do punktu B, cokolwiek dalej.
Tymczasem ten cudowny zabieg – zdrada fabularna, rzucenie prawdy historycznej dla jednej nocy z niemożliwą wersją wydarzeń, kapitalna kolizja faktów i mocy opowieści, spisek wyobraźni, dają coś, czego nie zapewni żadne pracowite dążenie do celu.
Dają nieporównywalną z niczym ulgę, radość z pokonania tego, co niepokonywalne, czyli nieznanej przyszłości i niekorygowalnej przeszłości, oraz dumę ze zwycięstwa, dumę z samych siebie, zatykających chorągiewkę na szczycie.
Skorzystał z tego z nieprawdopodobnym rozmachem Quentin Tarantino, w “Bękartach wojny” dając wytchnienie i ulgę przestrzelonej wojną pamięci kulturowej. Na dwie godziny seansu zmienił jej wspomnienia. Biletowane katharsis. Tak mogłoby być, gdyby, jeśliby tylko pojawiła się jakaś złota piramida sprzyjających okoliczności. Jaka ekwilibrystyczna ulga innej historii i jednoczesny błysk świadomości, ile dźwigamy, całą tę morderczą różnicę pomiędzy podręcznikami a nowym scenariuszem. Błysk zrozumienia, że tyle pokoleń później jesteśmy wypadkową tamtych wydarzeń, wysiedleńcami z marzeń, z żałobną wstążeczką w planie gospodarczym.
A przecież tak okropnie brakuje nam wielkich zwycięstw. Radości. Dumy. W trakcie opowiadania naszej historii zmienionej pod wpływem marzenia, w czasie rozwijania, rozkwitania marzenia rosną motyle, których skrzydłem zmieniamy bieg rzeczy, ukierunkowując go tak, aby ponownie poczuć tę samą radość, dążymy do niej, pamiętamy ją dobrze, chociaż się jeszcze nie stała. Dziecinna fikcja nierealnych marzeń jest pracowitą antycypacją wielkich satysfakcji. Przygotowuje nas na to, żeby zmiana w ogóle mogła się dokonać. Śmieje się przyszłą radością. Przymierza za dużą przyszłość i patrząc w lustro, mówi: jak wspaniale!
Zapomniałam, na śmierć zapomniałam, że tak się to robi.
I że jest jak miłość, tylko że do siebie.
Tak się sobie spodobać w marzeniu o tym, jak marzenie się spełnia.
Bez uczucia radości żadne z nas nie zrobi tego, co chciałoby zrobić.
Żadne z nas nie odkryje, ile spełnionego marzenia będzie akurat, bo nie przymierzyło całego.
Marzymy zatem, szanowni państwo, raz i dwa.
Opuszczam niniejszym kopalniane pokłady lęku, twarde, węglowe, z licznie odciśniętymi z profilu Żwirkami i Muchomorkami, dzisiaj nie będzie urobku paleontologa, rzucam kilof, stanę na najwyższej warstwie na palcach i znowu pomarzę o lataniu.
Pamiętam to uczucie radości zimą, kiedy rodzice oblewali wodą okryte grubymi warstwami śniegu i liści wielkie kopce buraków na polu. Zamarzająca woda lakierowała kopce, pole było błyszczące i gładkie. Ubrana w spłowiałą czerwoną kurtkę zakładałam na ręce wycięte z tektury skrzydła, wspinałam się na kopiec i szeroko rozkładając ramiona zaczynałam biec w dół. Ułamki sekund leciałam w moich małych dziecięcych skokach, uderzając skrzydłami o kurtkę, i zdyszana od biegu, śmiałam się głośno z radości.
I biegłam dalej.
Nie chciałam być pilotem.
Chciałam być ptakiem i metodycznie nad tym pracowałam.
Uczyłam się łaskoczącej w brzuchu radości z próbowania, skoków i własnej pracy nad kształtem wycinanym z tektury.
Gdzie jest moja nowa przyszłość, którędy teraz idzie się do mnie, skacząc po górach?
Tańczę tam sobie w czerwonej sukience.
Przyda się choćby jeden ruch skrzydeł dziennie, dla kurażu.
Blog inwentaryzujący wiek klęski definitywnie mi się skończył. Część retrospektywna zamknięta. Koraliki przyczyn i skutków nanizane w połowie, złamania zrośnięte na tyle, że da się iść, zawsze się dało. Idę w okolice jutra, spędzać czas z dziećmi, idę spędzać czas z sobą. A dzisiaj sobie pomarzę o tym, jak się sobie samej udałam nad podziw. Uda mi się dzisiaj wszystko, czego tak się boję.
A Wy? Opowiecie siebie? Kim bylibyście, gdyby spełniło się całe marzenie? Gdyby teraz i wtedy, wszystko, bez żadnych ograniczeń, po prostu było możliwe?
Bo ja
byłabym wielka.
Recent Comments