by katachreza | Feb 23, 2016 | zmiana
Zawieruszyłam się.
Wydarzył się jeden pogrzeb i sporo szpitala.
Mama jest w domu.
Z czasu zrobił nam się zepsuty zegar z osłabioną kukułką, którą trzeba ostrożnie wyprowadzać, krucha. Kukułka trochę milczy, a trochę nie pamięta, ale wygrzewa się i odrasta chyba, tak mówi.
Byliśmy blisko dna, spacer tamtędy był gęsty i piękny, miałam dźwięczny głos i lubiły mnie i siostrę wszystkie panie na oddziale, byłyśmy tam tak długo, żeby przejąć część pracy pielęgniarek, dwa łóżka więcej nie robiły różnicy, zmieniłyśmy trochę nocnych koszul, posmarowałyśmy ileś kromek chleba, a jedną starszą panią, co po wypisie chciała pojechać do domu w piżamie i kapciach, w śniegu, odwiozłyśmy wspólnie, wcześniej dopilnowawszy, aby pielęgniarka porządnie opisała pani nowe peny z insuliną – na plastrze z rolki pisała zawzięcie takim czerwonym pisakiem, aż powiedziałam, że teraz jest idealnie i dużo się do siebie wszystkie nauśmiechałyśmy.
A historii dostałyśmy całe torby, tu życie, tam seria nieoczekiwanych śmierci, i wszyscy na oddziale myśleli, że jestem lekarzem, bo kiedyś chciałam, więc po serii zastrzyków na pluszowych misiach, którym pleśniało serce, przeszłam do analiz literatury i wyników badań, na koniec sama sobie byłam winna, bo internistka zadzwoniła jeszcze dzień po wypisaniu mamy do domu, wyjaśnić mi szczegółowo część epikryzy, ze wskazaniem rodziny leków, jaką sugeruje po zakończeniu serii bieżącej, oraz przekazać, jak obecnie widzi wykonane badania, wraz z rekomendowanym przeze mnie echem serca, które istotnie wykazało wskazane przeze mnie w poprzednim usg pogrubiałe odcinkowo elektrody stymulatora serca, spisywałam jej słowa, aż gwizdało, byleby nadążyć. A więc w tym większym szpitalu serio lepiej się troszczyli i pozwalali mi sprawdzać jonogram, kiedy spadał sód, mama była jak króliczek w reklamie duracell, ten z gorszą baterią, więc jej wymieniali.
Tak, spacer po dnie był piękny, wszystko złe działo się błyskawicznie, a powrót trwał przez wiele godzin, dawałyśmy mamie prześliczne piżamy, a przed najgorszym badaniem sama kazała pielęgniarkom uczesać jej włosy, król był nagi, ale uczesany, płakał, taki słaby, że nic sam nie mógł, więc pieluchomajtki też ładne i ściągnięte w talii, szorowanie, kąpiel w pościeli, aż wrzało. I w każdym łóżku dziewczyny po osiemdziesiątce, każda w różu, w wilgotnej koszuli, ale co była okazja, to się śmiały, na koniec żyje się zażarcie, głosy jak trzy dzwonki, słabiutkie i srebrne, w głowie nam się wszystkim kołowało, ale każda szukała oparcia w radości.
Może stamtąd przyszłam?
Z postanowienia w samym środku siebie, że cokolwiek jest, ma dobry kawałek?
Bo mówię Wam, tak było, nogi jak z waty, a wszystkie szukamy powodu do śmiechu, i w głos, w nocnej ciszy. I ja nie odpuszczę.
I jak wracałyśmy wieczorami na wieś, do domu rodziców, żeby wyprać ręczniki, koszule i zasnąć, to po drodze robiłyśmy zawsze coś dla siebie, i prosto od paczki pampersów, jak lunatyk, poszłam po płaszcz w kolorze fuksji, żeby się go przytrzymać, kolor jest odpowiednikiem śmiechu. I jeszcze kupiłam sukienkę, rozważnie kładąc na szali czasu dla niej czas dla siebie, taki wydał mi się ważny ten mój. I ja taka moja.
I koniec awatarów, zastępstw, pseudonimów, w szpitalu naturalniej przychodzi ten rodzaj decyzji o byciu sobą, w którym nie ma ani chwili do stracenia.
Ja wyszłam, przecież ja akurat wyszłam, a idę od tamtej nocy gorączkowo, w samym środku dzisiaj żyjąc własne życie, żeby codziennie mieć siebie przez jak najwięcej godzin.
Obraz: Dust bowl by Mercedes Helnwein
by katachreza | Jan 19, 2016 | kobiety
W spóźnionym orędziu noworocznym dla mieszkańców tutejszego internetu zaledwie jedna obserwacja.
Otóż, kochany narodzie, dziewczynki trzeba uczyć delegowania zadań.
Resztę już nieźle potrafią, albo zdążą się nauczyć.
Jak zawsze, mówię z perspektywy prywatnej, patrząc na siebie pod mikroskopem ostatnich lat i miesięcy.
A zatem: od najwcześniejszych lat należy dawać dziewczynkom lekcje kaskadowania i oddawania obowiązków, cedowania pracy na innych, osmotycznego rozpraszania odpowiedzialności na pozostałych obecnych w projekcie/ grupie/ rodzinie/ życiu.
Trzeba dziewczynki regularnie zachęcać do drobnych porzuceń i niewykonań, pielęgnować nawyk rozstawania się z poczuciem odpowiedzialności za wszystko i wszystkich, ponieważ dziewczynki zwyczajowo są wykonywane z materiałów dobrze izolujących pękanie w szwach i zręcznie noszą stromo ładowane torby z zakupami.
Dziewczynki mają do pilnego nadrobienia nie tyle dzielenie się wiaderkiem w piaskownicy i niekoniecznie dzielenie się czekoladką. Dziewczynki mają do uzupełnienia na cito pełen zakres dzielenia się odpowiedzialnością, zarządzania wykonaniem niekoniecznie przez siebie i wymagania od innych. W połączeniu ze zrównoważonym rozpoznawaniem, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy wolność osobista jednostki, oraz z umiejętnością obliczenia kubatury wolności własnej, tak aby z minimalnym wyprzedzeniem powiedzieć: tam będzie dość, nie biorę.
Drogi narodzie, zerkałam w lusterko mikroskopu w radykalnym przeciążeniu ostatnich lat. Nie podobało mi się, zmieniam, ale wciąż wymaga wiele pracy. Wiem jedno: nie tak mnie uczono. Zacisk zębów projektowano do największych przeciążeń, miałam sobą orać, sama, do siebie, taka fajna (at)laska, że do rany przyłóż. (Albo, jak usłyszałam na szpitalnym korytarzu w zalotnym dialogu na trasie oddziałowa – pielęgniarz, że do odleżyny chyba)
Kochany depozytariuszu genomu, srebrny dziedzicu kopystki, wałku trwałej w nylonowym obłoku fartucha, siło ługiem szorowana do białości, zarzekam się, że poznałam rozliczne urocze kobiety, które są już jakby nieco niespokojne, ale jeszcze trochę na siebie wezmą, ponieważ to zmieszczą, przecież nie wypuszczą, gdyż uczono je, aby zmieścić i mówiono, że zmieszczenie jest dobre, a nie pokazano, że jeszcze lepsze jest podzielenie się pracą.
Narodzie, pobaw się z dziewczynką, naucz ją realizacji projektu i zarządzania zespołem, naucz uprzejmej wymowy poleceń, bo dziewczynka jest już wystarczającą grzeczna, siedzi cichutko i dyga, a powinna pilnie powtarzać:
– Proponuję, abyśmy podzielili się zadaniami w następujący sposób…
– Potrzebuję…
– Możemy wspólnie…
– Razem przygotujemy…
– Poproszę Cię o zrobienie tego na jutro, a Ciebie tamtego na dzisiaj…
Przygotujcie jak najszybciej ćwiczenia, a ja tu sobie potrenuję pracowicie własne rozproszenie odpowiedzialności, w modelu dekoncentrycznym, od-siebie-do-innych. Uczy mnie siła wyższa, kolizje nieszczęść, własna niemoc nie pozwala nareszcie zachować się inaczej, więc już nie mam wyjścia.
Daję drobne i większe dyspozycje, przekierowuję rozmowę na współplanowanie, zdejmuję z siebie.
Nie, dziękuję, sama nie dam rady.
—-
Photo/ Gif credits: Mirror madness by Flippant Media
by katachreza | Dec 11, 2015 | zmiana
Kobieta kot
ogląda stare rany
Nie spała już dwadzieścia lat
sen w ogóle nie śpi
ale tak wspaniale się wspinać
i potem świst wyprężonego ciała
i szybki czas w obronie własnej
i skoki
Hop!
(w tym słowie jest obręcz i długa tresura, to jest od nich dla niej czy zmyśla widownię i ogień?)
Skoki w powietrzu
z dnia do dnia
zaczepiona koniuszkiem o krawędź
łączy
Szum w ostrożnie postawionych uszach
znów nie zaśnie
gdyby pójść po nią
nie będzie jej tutaj
w skoku
wylizuje łapę
do krwi
nie obiecywała przecież
że wytrzyma
ale nie zrobi czasu z dni
jeśli ich nie zlepi sobą
Obraz: Old Wounds Study by Ray Caesar
by katachreza | Dec 11, 2015 | lost moments
Wiele tygodni temu, kiedy przez chwilę byliśmy ciepłym krajem, Maja wróciła do domu dziadków z dyskretnym makijażem wykonanym z pyłków kwiatów. Paleta wpadająca w żółć i ochrę. Oczy i policzki malowane rumiankiem, nagietkiem, na ustach starannie wtarta róża.
W połowie grudnia, a grudzień jest rodzajem próby czasu, w którym na wszystko jest już za późno, myślę o jej geście, o niedbałym przebywaniu wśród letnich kwiatów, które do pewnego momentu są naszego wzrostu, o nieumyślnym uruchamianiu wewnętrznego postępu, o pobieraniu rzeczywistości, tarzaniu się w tym, co otacza, jeszcze zanim wszystko zostanie skatalogowane, ze starannie określonym przeznaczeniem, które na zawsze wyznaczy granicę. Ostrożna obserwacja jest zaledwie jednym z zastosowań świata, malowanie czoła żółtym pyłkiem wydaje się pierwsze.
Ja i cały świat, blisko.
Dawno tamtędy nie szłam.
by katachreza | Nov 20, 2015 | Bez kategorii
Pamiętacie cykl Rozmowy?Dzisiaj pierwsza!
Żyję w niesamowitym pędzie, ale poznałam niesamowitą dziewczynę i po prostu – porozmawiało się nam samo.
W rozmowie najważniejsza jest ta druga strona, więc zapraszam – ciekawy człowiek, który w berka bawił się pod egipskimi piramidami.
Rozmowa z Kariną Chaczbabian
Karina Chaczbabian aka Karina- DJ’ka obecna na polskiej oraz europejskiej scenie muzycznej od ponad dekady, konsekwentnie kroczy swoją droga. Od wielu lat mieszka w Berlinie, co lato gra na hiszpańskiej wyspie Ibiza, jej debiutancka EP’ka wyszła na winylu na wytwórni z Chicago- God Particle.
Jako dziecko mieszkałaś z rodzicami w Egipcie. Twój ojciec był koncertmistrzem Kairskiej Orkiestry Symfonicznej. Jakie masz wspomnienia z tych czasów?
K: W ogrodzie wokół domu w którym mieszkaliśmy uliczne koty wylegiwały się w nasturcjach. Zapach jaśminu dochodził aż do naszego tarasu, a krzyki ulicznych sprzedawców budziły nas co ranek. Pamiętam wyprawy na pustynie i piramidy, które w tych czasach nawet nie były ogrodzone. Pomarańcze i banany o których marzyliśmy w Polsce, były tu wszędzie!
Jak i kiedy zaczęła się twoja przygoda z muzyka klubowa?
K: W latach 90-tych jeździłam na festiwal Roskilde w Danii i trafiłam do namiotu z The Orb, grał tam również Richie Hawtin. Nie wiedziałam, co to za rodzaj muzyki, ale pamiętam że zostałam w tym namiocie parę godzin. W ’99 roku pojechałam na Ibizę na wakacje i poszłam na festiwal MTV na którym grał Frankie Knuckles. Tego lata wróciłam do Poznania i kupiłam dwa technicsy i dwukanałowy mikser Pioneer.
Czego słuchasz w domu?
K: W domu słucham głownie jazzu i muzyki klasycznej, bardzo lubię też ciszę! (śmiech) Myślę, że dawka house i techno w studio i w klubach wystarczy mi na całą wieczność.
Co myślisz o muzyce elektronicznej w Norwegii?
K: Nieco późniejsze dzieciństwo spędziłam mieszkając w Norwegii. To magiczny kraj – piękne fiordy, góry oraz legendy o trollach inspirują. Znam niesamowitych artystów takich jak Trulz & Robin czy przedstawicieli space disco – Lindstrom czy Prins Thomas. Chłodna norweska natura wpływa na kreatywność – nawet samotne wyjście do lasu możne przyczynić się do powstania prawdziwego dzieła.
Jaki jest Berlin dla ciebie?
K: Berlin jest.. kosmiczny. Jest bardzo kolorowo i interesująco- takiego multi-kulti na pewno nie ma i nie będzie w Polsce nigdy. Miasto tętni życiem, pełno turystów z całego świata, egzotyczne restauracje i dziesiątki klubów i barów. Niesamowite wystawy! Inspirująca jest nawet podroż U-bahnem! Często nagrywam dźwięki miasta, potem przyjeżdżam do studia i eksperymentuje.
Opowiedz proszę o twojej Ibizie. Jaka jest?
K: To wyspa na której wszystko jest możliwe. Kocham ukryte plaże na północy wyspy, doskonałą rybę, która można zjeść w lokalnych restauracjach, zamknięte imprezy w willach, kręte uliczki w Eivissa, i to słonce…! Wiele lat spędziłam pracując w dziale promocji dla imprezy Cocoon w Amnesia, ale to The Zoo Project – open air w starym opuszczonym zoo, niedaleko San Antonio, stał się moim prawdziwym domem.
Jaki jest styl elektroniki, który grasz i dlaczego tylko z winyli?
K: Wszystko zależny od klubu, od ludzi, od nastroju. Cenię synkretyzm, lubię zaskakiwać publiczność, gram od disco po techno. Kocham minimalistyczne płyty Perlon, kolekcjonuje stare disco, zawsze pociągał mnie klasyczny house z Chicago czy techno rodem z Detroit. Eklektyzm.
Co do tematu winyl vs digital: wszystko zależy od selekcji, bo liczy się dobra muzyka. Ja wybieram winyle, bo lubię ich kształt, okładki, kupuje dużo płyt second hand i zawsze zastanawiam się nad ich drogą do mnie.
Gdzie kupujesz płyty winylowe?
K: Na każdym wyjeździe szukam specjalistycznych sklepów muzycznych, odwiedzam też pchle targi! Czasem kupuję całe kolekcje. Od paru miesięcy mam też własny sklep internetowy na discogs. Uważam ze recycling jest ważny. Ciągle kupuję przecież kolejne! Jednym z moich ulubionych sklepów jest Melodies n Memories w Detroit- byłam tam już parę razy i nawet ostatnio właściciel udostępnił mi pomieszczenie z deckami na zapleczu (do przesłuchiwania płyt).
Grałaś w paru egzotycznych miejscach, takich jak Cape Town, Johannesburg oraz jesteś rezydentem Analog Room w Dubaju. Czy ludzie na Bliskim Wschodzie i na samym końcu Afryki bawią się inaczej niż w Europie?
K: Inaczej? Muzyka jest uniwersalna. Niezależnie od koloru skóry, religii czy położenia geograficznego ludzie tańczą, spędzają czas z przyjaciółmi, uśmiechają się, zapominając o minionych trudach dnia. Do klubu idzie się, aby posłuchać dobrej muzyki, poznać nowe ciekawe osoby, odstresować się. Tak jest wszędzie.
Zastanawiasz się czasem, czy nie wrócić do Polski?
K: Oczywiście że tak! Nigdzie nie ma tak dobrych pierogów! 😉
Twój cel?
K: W życiu? Pragnę robić to co kocham i nie tracić energii na analizę przeszłości czy planowanie przyszłości. Tak naprawdę żyjemy tylko w momencie teraźniejszym.
A ulubiona płyta to?
K: To bardzo trudne, wręcz niemożliwe pytanie. Mam ich tysiące! Ale jedna z moich ulubionych jest FK «Hypnodelic» na Wave z 1995 roku. Mam tego aż 3 sztuki!
Posłuchaj ostatniego podcastu Kariny:
Recent Comments